Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Dyplomaci uczą się na błędach
2016-11-16
Cornelius Ochmann, Małgorzata Nocuń

Z Corneliusem Ochmannem, dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, rozmawia Małgorzata Nocuń

 

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

 

MAŁGORZATA NOCUŃ: Porozumienie z Białowieży, które formalnie „rozwiązywało" Związek Radziecki, ogłoszenie niepodległości przez Ukrainę, Białoruś i inne kraje poradzieckie – to wydarzenia, które w Polsce zostały przyjęte z entuzjazmem. Jak patrzyli na nie Niemcy?

CORNELIUS OCHMANN: Niemiecka optyka w owym czasie była nieco odmienna. Elity polityczne, jeszcze po puczu Giennadija Janajewa, stawiały na Michaiła Gorbaczowa. W 1991 roku w Polsce lęk wywoływała militarna siła Moskwy, natomiast elity polityczne w Niemczech bały się implozji Związku Radzieckiego: obserwowaliśmy w tym czasie wydarzenia na Bałkanach, gdzie wybuchła krwawa wojna, bano się, że także na obszarze ZSRR może dojść do konfliktów zbrojnych. Podejście niemieckich elit politycznych do ZSRR zmieniło się pod koniec 1991 roku: 25 grudnia, kiedy Niemcy zasiedli przy stolewigilijnym, Gorbaczow przekazał „walizeczkę atomową" Borysowi Jelcynowi. Dla niemieckiego społeczeństwa był to symboliczny upadek Związku Radzieckiego, który doprowadził również do zmiany niemieckiej strategii. Na początku 1992 roku Niemcy zaczęły nawiązywać stosunki dyplomatyczne i otwierać ambasady w byłych państwach ZSRR (w krajach tych w czasach radzieckich funkcjonowały konsulaty generalne). Pierwszym państwem, w którym pojawiła się ambasada RFN, była Ukraina, drugim Białoruś. Powoli nawiązywaliśmy z tymi krajami dyplomatyczne relacje. Trzeba jednak zaznaczyć, że do lat 1993-1994 polityka niemiecka koncentrowała się na Rosji. To ona przejęła bowiem całkowite zadłużenie ZSRR, a w Niemczech polityka zawsze była uwarunkowana interesami gospodarczymi. W owym czasie eksport z terytorium byłej NRD do Rosji był wysoki, niemiecki rząd chciał, żeby ta wymiana handlowa dalej się rozwijała – doszło do ubezpieczenia eksportu, udzielenia gwarancji przez firmę Eulera Hermesa zajmującą się ubezpieczeniami.

Sytuacja zaczęła się zmieniać po 1994 roku: od tego czasu niemiecka dyplomacja była nastawiona nie tylko na Rosję, ale także na Ukrainę oraz inne państwa byłego ZSRR. Kanclerz Helmut Kohl, który był w tamtym czasie symbolem stabilności gospodarczej, podczas wizyty w Kijowie „wprowadził" na Ukrainie nową walutę hrywnę. Hrywna miała być w państwie nad Dnieprem oznaką stabilności.

 

A jak na upadek ZSRR patrzyło niemieckie społeczeństwo?

Oczywiście na zachodzie oraz na wschodzie Niemiec punkt widzenia był różny. Pamiętajmy, że wojska radzieckie opuściły Niemcy później niż Polskę: o ile z polskiego terytorium wyszły 17 września 1993 roku, o tyle z niemieckiego dopiero wiosną 1994 roku. Berlin i Moskwa podpisały umowę międzypaństwową, na mocy której wojska radzieckie nie wycofywały się przez terytorium Polski, tylko drogą morską, przez port Mukran.

Wśród obywateli Niemiec wschodnich fakt ten budził pozytywne uczucia: „nareszcie nie ma na naszej ziemi radzieckich wojsk". Potocznie o tych wojskach mówiono – podobnie zresztą jak w Polsce – die Russen, czyli Rosjanie, kolokwialnie: „Ruscy". Utożsamiano Związek Radziecki z Rosją. Jednak po wycofaniu się „Ruskich" zaczęły się problemy: okazało się, że rozległe tereny Niemiec zanieczyszczone są starym paliwem, amunicją.

W Niemczech zachodnich ten temat nikogo nie interesował. Najważniejszym problemem dla tamtejszych mieszkańców stał się napływ obywateli z byłej NRD: to było około miliona ludzi. Trzeba było znaleźć dla nich mieszkania oraz zabezpieczyć ich byt.

Należy także podkreślić, że rząd niemiecki dążył do tego, by wyjście wojsk radzieckich nie doprowadziło do konfliktów wewnętrznych w Rosji. Z tego powodu rząd zobowiązał się do udzielenia Moskwie kredytów – które zresztą z czasem zostały umorzone. Państwo niemieckie podjęło się wybudowania w Rosji mieszkań o wartości 5 miliardów marek, a w tamtym czasie była to gigantyczna kwota. Infrastruktura mieszkaniowa w wielu miastach, na przykład we Władykaukazie, powstała za pieniądze niemieckie.

Niemcy odczuwali także powszechny żal, że Borysa Jelcyna zastąpił Michaił Gorbaczow. Obraz Rosji w niemieckim społeczeństwie zaczęło kształtować takie wydarzenie: pijany prezydent Jelcyn dyryguje orkiestrą. Społeczeństwo niemieckie tęskniło za Gorbaczowem. Dominowała „gorbimania", zresztą jest ona wyczuwalna do dziś. Gorbaczow był pierwszym sekretarzem KPZR, który normalizował stosunki z Niemcami. Składał wizyty, podczas których miliony ludzi wychodziły na ulice. Niemcy musieli się do Jelcyna przyzwyczaić.

 

Po 1991 roku na terenie byłego ZSRR trwają konflikty zbrojne: wojna ogarnia Kaukaz Południowy i Północny, Azję Centralną. Czy dyplomacja niemiecka nie obawiała się, że terytorium poradzieckie jest tykającą bombą?

W tamtym czasie żywiono takie obawy, ale lęk przed rozlewem krwi nie był dominujący. Pojawił się później – to dziś niemieccy dyplomaci z zaniepokojeniem spoglądają na terytorium byłego ZSRR. Zadają sobie pytanie o przyszłość Kaukazu Południowego czy krajów Azji Centralnej.

W połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku celem dyplomacji niemieckiej było przede wszystkim rozwijanie stosunków dyplomatycznych z krajami poradzieckimi. Z niektórymi państwami – dzięki dobrym relacjom z ich przywódcami – współpracę nawiązywało się łatwo. Tak było w przypadku Gruzji. Eduard Szewardnadze – minister spraw zagranicznych ZSRR w czasach Michaiła Gorbaczowa, od 1995 roku prezydent Gruzji – był w Niemczech popularny, dlatego do dziś relacje niemiecko-gruzińskie są o wiele lepsze niż relacje Berlina z Armenią czy Azerbejdżanem. Współpracę z Tbilisi i Baku utrudniała wojna o Górski Karabach, dlatego niemieckie fundacje czy instytucje udzielające pomocy humanitarnej chcące wspierać te dwa kraje czyniły to z terytorium Gruzji.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych kolejny raz myślenie o gospodarce zdominowało niemiecką politykę wschodnią. Najważniejszym kierunkiem była Rosja: koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia i początek XXI wieku to rozwój handlu niemiecko-rosyjskiego. Obrót handlowy pomiędzy Niemcami i Rosją był zawsze o wiele większy niż handel z innymi krajami poradzieckimi, dlatego dla Berlina relacje gospodarcze z obszarem poradzieckim długo sprowadzały się przede wszystkim do relacji z Moskwą. Zmiana nastąpiła dopiero w 2008 roku, po wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej.

 

Jak udawało się godzić niemieckie Russland verstehen, czyli „rozumienie Rosji", z zaangażowaniem na Ukrainie?

Spróbujmy wyjaśnić, dlaczego Niemcy to naród „rozumiejący Rosję". Ważny jest tu kontekst historyczny: w XIX wieku niemieccy wojskowi i kupcy angażowali się w rozwój Rosji. W Petersburgu istniała niemiecka kolonia, to niemieccy generałowie w XIX wieku reformowali carską armię. W tamtym czasie, kiedy Rosja „otwierała się na Europę", intensyfikowały się niemiecko-rosyjskie kontakty handlowe. W XX wieku doszło do współpracy nazistowskich Niemiec ze Związkiem Radzieckim. Nie była to współpraca ideologiczna, wynikała z ograniczeń, jakie na Niemicy nakładały zapisy traktatu wersalskiego. Ciekawy w Niemczech jest odbiór II wojny światowej: przeciętny obywatel uważa, że Niemcy hitlerowskie prowadziły wojnę przeciwko Rosji. Do dziś wyczuwalna jest trauma Stalingradu jako klęski Niemiec w starciu z Rosją. Dopiero ponad dwa lata temu, kiedy po aneksji Krymu oraz zajęciu Donbasu przez Rosję rozpoczęła się wojna ukraińsko-rosyjska, społeczeństwo zrozumiało, że głównym obszarem działań wojennych podczas II wojny światowej były terytoria Ukrainy oraz Białorusi. Niemcy nie znają historii narodu ukraińskiego, nie wspominając o narodzie białoruskim.

Polityka kanclerz Angeli Merkel stara się godzić „rozumienie Rosji" i współpracę z Ukrainą. Można powiedzieć, że polityka ta wychodzi poza pragmatyczne, gospodarcze myślenie – bowiem obroty handlowe Niemiec i Rosji w ostatnich latach znacznie zmalały. Podczas rewolucji godności sytuację na Majdanie ustabilizowało trzech ministrów spraw zagranicznych krajów Trójkąta Weimarskiego – Polski, Niemiec i Francji. Merkel osobiście zaangażowała się w rozwiązanie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego. Później doszło do nawiązania niemiecko-francuskiej współpracy i zawarcia układu w Mińsku – niestety, zmiany polityczne w Polsce sprawiły, że Trójkąt Weimarski przerodził się w inicjatywę niemiecko-francuską. Postanowienia mińskie nie przynoszą oczekiwanych rezultatów – na Ukrainie wciąż trwa wojna.

 

Czy można powiedzieć, że byliśmy utopistami? Wysiłki polskiej i niemieckiej dyplomacji spełzły na niczym. Przemiany na Ukrainie są rozczarowujące – mierzy się ona z głębokim kryzysem gospodarczym, konfliktem zbrojnym na wschodzie kraju, nie ma nawet co marzyć o wejściu do Unii Europejskiej.

Nie uważam, że nasze działania były utopią. Droga zbliżenia z Ukrainą jest jedyną drogą, jaką mogliśmy i możemy podążać. Problemem jest myślenie, którym kieruje się Kreml: bowiem ani NATO, ani Unia Europejska nie dąży do konfliktu z Moskwą. Nieadekwatnie ocenialiśmy Rosję. Wychodziliśmy z założenia, że tamtejsze elity polityczne są zainteresowane współpracą w sprawach wagi globalnej. Politycy unijni uważali, że Moskwa jest zainteresowana ustabilizowaniem państw poradzieckich pod względem politycznym i ekonomicznym. Nasza polityka nie była utopią, lecz nie zrozumieliśmy pewnych zachodzących w Rosji procesów. Uważając, że europeizacja rosyjskich elit politycznych jest kwestią czasu, myliliśmy się. Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech byli ludzie, którzy twierdzili, że Putin jako były przedstawiciel KGB nigdy nie przyjmie kategorii myślowych obowiązujących w Unii Europejskiej. Ale nie tylko Rosja zmierza w kierunku autorytaryzmu, niestety te tendencje wyczuwalne są także w innych krajach Europy.

 

Co dziś możemy odpowiedzieć ludziom, którzy tak twierdzili?

Trzeba przyznać im rację. Musimy zastanowić się, w jaki sposób zmienić strategię: dotychczasowa mówi, że Moskwa jest naszym partnerem, dlatego pomimo napięć zasiadamy z Putinem – jak z partnerem właśnie – przy stole negocjacji w Mińsku. Staramy się uwzględnić interesy Moskwy i nie definiujemy Rosji jako wroga Unii Europejskiej.

Podjęte niedawno w ramach szczytu NATO w Warszawie decyzje o rozlokowaniu batalionów natowskich w Polsce i państwach bałtyckich są sygnałem wysłanym Moskwie. Jeśli Rosja wciąż będzie kontynuować politykę prowokowania USA, to reakcja Zachodu musi być bardziej wyrazista.

 

Drugi kierunek, na którym Polska ramię w ramię działała z Niemcami, to Białoruś. Wspomnijmy misję ministrów Sikorskiego i Westerwellego w Mińsku, mającą na celu odmrożenie relacji na linii Białoruś-Zachód.

W interesie Unii Europejskiej leży rozwijanie kontaktów gospodarczych ze wszystkimi sąsiadami – oczywiście relacje polityczne muszą opierać się na wyznawanych wartościach. Jeśli uda się nam bardziej otworzyć i zeuropeizować białoruską gospodarkę, to stanie się to z korzyścią dla Unii Europejskiej, a także dla społeczeństwa białoruskiego. Białorusini powinni pozbyć się wrażenia, że Wspólnota – z powodu zamkniętych granic – jest odpowiedzialna za kryzys ekonomiczny w ich kraju. Powinniśmy przywrócić mały ruch graniczny z Rosją, umożliwić Rosjanom zobaczenie, w jaki sposób funkcjonuje Unia Europejska. Bardziej otwarte granice pomiędzy Wspólnotą i państwami Europy Wschodniej powinny być częścią naszej polityki wschodniej. Jeśli uda nam się wprowadzić ruch bezwizowy z Ukrainą, to będzie to symboliczny znak dla Kijowa.

Jeśli tę politykę rozszerzymy na Ukrainę i Gruzję, nie tylko zyskamy w oczach obywateli tych państw, ale nie będziemy także odbierani jako instytucja biurokratyczna, blokująca współpracę. Wschód dostrzeże, że chcemy nawiązywać z nim relacje. Powinniśmy także pomyśleć o liberalizacji ruchu wizowego z Rosją – tymczasem mały ruch graniczny został właśnie zamknięty.

 

Wśród krytyków działań dyplomatycznych Polski i Niemiec rozpowszechniona jest opinia, że nie wyciągamy wniosków z błędów. Zaangażowanie na Ukrainie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Trudno też mówić o sukcesach we współpracy z Białorusią.

Dyplomacja uczy się na błędach, ale nie znam dyplomaty, który biłby się w piersi i mówił: „popełniliśmy błąd, teraz będziemy postępować inaczej". Na tym też polega sztuka dyplomacji: zmienia się strategię, jednocześnie nie ogłaszając całemu światu, że popełniło się błąd i że zaczyna się uprawiać politykę w inny sposób.

Zaangażowanie Unii Europejskiej w pomarańczową rewolucję oraz w rewolucję godności było zbyt słabe. W 2004 roku podczas pomarańczowej rewolucji Polska odegrała w Kijowie gigantyczną rolę. Gdyby nie misja prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który prowadził negocjacje z prezydentem Leonidem Kuczmą i ukraińską opozycją, pomarańczowa rewolucja mogła zakończyć się tragicznie.

Zmiana w postrzeganiu Polski w Niemczech jest bezpośrednio związana z rolą, jaką wasz kraj odgrywał właśnie podczas pomarańczowej rewolucji. Warszawa zaprezentowała, czym jest wirtuozeria dyplomacji: nie popierała żadnej ze stron konfliktu, ale w imieniu Unii Europejskiej starała się doprowadzić do pokojowego rozwiązania. Osiągnięcia pomarańczowej rewolucji zaprzepaszczono, ale odpowiedzialne są za to ukraińskie elity polityczne. Rewolucja godności zakończyła się rozlewem krwi – to było na rękę Rosji i dokonało się przy jej wsparciu – na to ani Polska, ani Niemcy nie miały wpływu.

Inną kwestią jest Białoruś. Choć i tam Polska starała się odegrać rolę mediatora. Niestety zadanie to jest praktycznie niewykonalne: reżim Aleksandra Łukaszenki wykorzystuje kwestię mniejszości polskiej do prowadzenia gry z Warszawą.

 

Pojawiają się głosy, że zaangażowanie w prodemokratyczny, prozachodni rozwój Ukrainy popchnęło ten kraj do wojny.

To kontrowersyjna teza. Wojna na Ukrainie spowodowana jest wewnętrzną sytuacją w Rosji. Gdyby w 2011 roku w kraju tym nie doszło do demonstracji, elity rosyjskie nie byłyby zainteresowane zaognianiem sytuacji na Ukrainie. Postawa Unii Europejskiej, w tym Polski i Niemiec, odegrała tu drugoplanową rolę.

 

Często można usłyszeć taką tezę: „ZSRR odradza się w nowej formie". Czy w Pana opinii takie projekty jak Unia Euroazjatycka można rzeczywiście porównać do próby restauracji ZSRR?

Nie jest to oficjalna strategia Kremla, choć nie można powiedzieć, że rosyjskie elity nie dążą w pewnym stopniu do takiego rozwiązania. Kiedy studiuje się oficjalne dokumenty dotyczące rosyjskiej polityki zagranicznej i kiedy porównuje się je z analogicznymi dokumentami mówiącymi o polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, to można odnieść wrażenie, że rzeczywiście Rosja podąża w kierunku restauracji ZSRR.

W mentalności przeciętnego obywatela rosyjskiego wciąż wyczuwalna jest nutka tęsknoty za Związkiem Radzieckim. Rosjanie mówią: „przecież to wszystko było nasze". To nie znaczy, że chcą przesunięcia granic, ale nie uznają też pełnego prawa do niepodległości państw, które powstały po upadku ZSRR. To neoimperialne myślenie podsycają dodatkowo słowa Putina o tym, że „rozpad ZSRR był największą katastrofą geopolityczną w XX wieku".

Jednak Związek Radziecki się nie odrodzi: państwa bałtyckie należą do Unii Europejskiej, a jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku mówiono o nich jako o „bliskiej zagranicy". Bałtom łatwiej było wejść do struktur świata zachodniego – kraje te stały się częścią ZSRR dopiero w 1940 roku. Ukraina, Białoruś, kraje Kaukazu Południowego i Azji Centralnej znajdowały się pod rosyjską dominacją o wiele dłużej.

 

Cornelius Ochmann jest politologiem, dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Wykorzystane zdjęcie: Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

Dodatek wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutschpolnische Zusammenarbeit.

Partnerem dodatku jest magazyn polsko-niemiecki „Dialog".


Polecamy inne artykuły autora: Cornelius Ochmann
Polecamy inne artykuły autora: Małgorzata Nocuń
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu