Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Mur w głowach

Choć od upadku muru berlińskiego minęło dwadzieścia siedem lat, a suma pomocy przeznaczonej przez RFN na wyrównanie różnic ekonomicznych sięgnie do 2019 roku 3 bilionów euro, wschodnie Niemcy wciąż różnią się od zachodnich krajów związkowych. Przypomniał o tym boleśnie kryzys migracyjny.

 

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

 

Jeszcze kilka lat temu w niemieckiej debacie publicznej wyrażenie „Niemcy Wschodnie" z trudem przechodziło ekspertom przez gardło. Mówiono raczej o „nowych krajach związkowych", wskazywano na sukcesy integracji i demaskowano stereotypy o Ossis („wschodniakach"). Porażka postkomunistycznej Partii Lewicowej (PDS) w wyborach do Bundestagu w 2002 roku urosła do rangi symbolu integracji i napawała obserwatorów optymizmem.

Wszystko zmieniło się, gdy rozpoczął się kryzys migracyjny, a wyborcy ze wschodnich landów okazali się wyjątkowo podatni na prawicowy populizm – mimo że migrantów na Wschodzie mieszka stosunkowo niewielu (a może raczej właśnie dlatego). Jak bumerang do debaty wróciły stereotypy o Ossis nazistach, a niektórzy eksperci i dziennikarze zaczęli nawet zadawać sobie pytanie, czy zjednoczenie Niemiec nie było błędem.

 

Kraj kwitnących krajobrazów

O tym, że problemy są nieuniknione, wiedziano od początku. Choć dziś zjednoczenie przywodzi nam na myśl głównie euforię tłumów napierających na mur, już wówczas nie brakowało obaw. Sam proces unifi kacji odbył się szybko: „jesień ludów" nie sprzyjała ostrożnym i przemyślanym decyzjom. Dziś mało kto pamięta, że bezpośrednią przyczyną upadku muru berlińskiego była plotka.

Mowa o konferencji prasowej rzecznika rządzącej we wschodnich Niemczech Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED), Güntera Schabowskiego, na której padły pamiętne słowa: „wydano dziś zarządzenie pozwalające każdemu obywatelowi NRD na wyjazd z kraju". Schabowski nie miał na ten temat dokładnych informacji i zaplątał się w rozmowie z dziennikarzami: w rzeczywistości zarządzenie miało ułatwiać wyjazdy z kraju na podstawie paszportu i wejść w życie następnego dnia. Konferencja nie dobiegła końca, gdy mieszkańcy Berlina Wschodniego zaczęli napierać na przejścia graniczne w przekonaniu, że te przestają istnieć. Pogranicznicy byli bezsilni wobec tłumu.

Plan zjednoczenia Niemiec autorstwa Helmuta Kohla pojawił się w Bundestagu jeszcze w tym samym miesiącu, czyli pod koniec listopada 1989 roku. Kilka miesięcy później odbyły się wspólne obrady rządów RFN i NRD, tuż po nich zapowiedziano unię walutową. Alianci przystali na projekt Kohla (traktat 2 plus 4), a Parlament Europejski powołał Komisję ds. Zjednoczenia. 3 października 1990 roku wschodnie kraje związkowe dołączyły do RFN, kładąc kres istnieniu NRD.

Menadżer" zjednoczenia, kanclerz Kohl, roztaczał przed Niemcami optymistyczną wizję „kraju kwitnących krajobrazów", którym stać się miała w ciągu kilku lat NRD. Zjednoczenie (a tym samym koniec okupacji alianckiej obu krajów) wzbudzało jednak wiele obaw w RFN i za granicą. W Europie bano się przede wszystkim niemieckiej hegemonii gospodarczej, w RFN (szczególnie na lewicy) – „uwschodnienia" Niemiec. „Wschodniość" rozumiano tu między innymi jako poparcie dla silnego państwa, ksenofobiczne uprzedzenia oraz sentyment do III Rzeszy.

 

To my jesteśmy narodem

Początkowo chodziło o słowa. Kiedy w 1989 roku na jednej z największych demonstracji antykomunistycznych w Lipsku radośnie wykrzykiwano: wir sind das Volk („to my jesteśmy narodem"), w RFN cieszono się jeszcze ze zjednoczenia Niemiec. Trzy lata później, kiedy we wschodnioniemieckim Rostocku doszło do brutalnej napaści na obóz dla uchodźców, pojawiły się wątpliwości. Światowe media obiegło zdjęcie mężczyzny ubranego w koszulkę niemieckiej drużyny piłkarskiej i obsikane spodnie, który wykonywał salut rzymski.

Dopóki jednak Ossis głosowali na Socjaldemokratyczną Partię Niemiec (SPD) i Unię Chrześcijańsko-Społeczną (CSU), incydenty w rodzaju tego w Rostocku nie wywoływały większej paniki. Notowania neonazistowskiej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD) nie przekraczały 10 procent w skali lokalnej, co zważywszy na stosunek ludności starych i nowych landów (12,5 miliona do 68,3 miliona według danych z 2013 roku), nie wpływało na kształt polityki krajowej.

Sytuacja zmieniła się niemal ćwierć wieku po zjednoczeniu, wraz z nastaniem kryzysu migracyjnego. Marginalna dotąd partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) zyskała w byłej NRD szerokie poparcie ze względu na swoją antyimigrancką, antyeuropejską i antyestablishmentową agendę, a hasło wir sind das Volk – w okresie zjednoczenia jeszcze dość niewinne – zostało zinstrumentalizowane przez nacjonalistyczny ruch PEGIDA.

W marcowych wyborach samorządowych w 2016 roku w Saksonii-Anhalt AfD uzyskała 24 procent głosów (w tym samym czasie odbyły się wybory w zachodniej Nadrenii-Palatynacie, gdzie AfD otrzymała dwukrotnie mniejsze poparcie). We wrześniowych wyborach w Meklemburgii-Pomorzu Przednim populiści dostali 20,8 procent głosów, a w niektórych gminach (na przykład nadmorskich Peenemünde czy Garz) łączne poparcie dla AfD i neonazistów przekroczyło 50 procent.

Podatność na prawicowy populizm we wschodnich krajach związkowych jest wyraźnie większa – abstrahując od wyników wyborów, warto zauważyć, że PEGIDA funkcjonuje na zachodzie jako marginalny folklor. Na wschodzie dynamiczniej rośnie też liczba przestępstw motywowanych uprzedzeniami. „Nie mamy w Niemczech nowego prawicowego populizmu – mamy specyficzny prawicowy populizm w Niemczech Wschodnich" – pisał parę miesięcy temu Jan Fleischhauer w centrowym „Der Spiegel".

Spoglądanie na te problemy przez pryzmat stereotypu Ossis nazisty nie tylko jednak krzywdzi niewinną większość, ale i odwraca uwagę od przyczyn problemu. Po pierwsze, antyimigrancka przemoc zdarza się również w Niemczech Zachodnich, o czym wielu komentatorów zdaje się zapominać, wysługując się Ossis jako kozłem ofi arnym: bez nich współczesne Niemcy byłyby rzekomo utopią liberalnej demokracji. Po drugie, poparcie dla AfD nie wynika tylko ze strachu przed imigrantami, ale przede wszystkim z szeregu problemów, które kształtują wschodnioniemiecki opór wobec mainstreamowych partii, a co za tym idzie – Unii Europejskiej.

Kryzys migracyjny nie pogłębił różnic między wschodem a zachodem; raczej uwidocznił te, które istniały już wcześniej – podkreśla berliński analityk polityczny Frank Burgdörfer.

 

III Rzesza w zamrażarce?

Choć ideologia komunistyczna potępiała zarówno państwo Adolfa Hitlera, jak i nazizm, NRD nie przeszła procesów, które ukształtowały powojenną RFN. Przede wszystkim NRD nie doświadczyła po 1945 roku denazyfikacji: byłym członkom NSDAP było łatwiej kontynuować polityczną karierę niż ich zachodnioniemieckim kolegom, a w zaszczepionej za totalitarnej III Rzeszy nienawiści do wrogów ojczyzny zmienił się zaledwie jej obiekt: już nie komunista czy Żyd, a zachodni imperialista. Wiele osób we wschodnich Niemczech wciąż wierzy w „naród" (i jego wrogów), pojęcie w RFN tabuizowane. NRD nie przeszła też lekcji 1968 roku, kiedy zachodnioniemieccy studenci (częściowo brutalnie) sprzeciwili się zamiataniu historycznych brudów pod dywan, wywołując wieloletnią i, zdaje się, owocną debatę.

Wschodnie Niemcy nie mają też, w przeciwieństwie do zachodnich, wieloletniego doświadczenia życia w społeczeństwie wielokulturowym. Studenckie czy pracownicze wymiany z bratnimi narodami Mozambiku czy Wietnamu były zjawiskiem marginalnym i ściśle kontrolowanym przez bezpiekę. Na antyimigranckie sentymenty niewątpliwie wpłynęła też przygraniczna przestępczość, jaka rozwinęła się po otwarciu wschodniej granicy. Żartobliwe hasła w stylu: „jedź do Polski, twoje auto już tam jest", były w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku szczególnie popularne we wschodnich landach. To właśnie tam jeżdżono z Polski na „jumę".

Dziś na wschodzie liczba mieszkańców mających migracyjne pochodzenie nie przekracza 5 procent (w zachodnich landach to nawet 25 procent). Przyjazdom migrantów nie sprzyjają przede wszystkim trudności w znalezieniu zatrudnienia, a coraz częściej również strach przed stereotypowym Ossis.

Historyczna specyfika byłej NRD niewątpliwie wpływa nie tylko na popularność antyimigranckiej retoryki, ale i na roztaczaną przez AfD wizję suwerennego, niezależnego od Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych państwa. Program AfD to dziwna mieszanka neoliberalizmu, obyczajowego konserwatyzmu, demokracji bezpośredniej i nacjonalizmu. AfD i jego wyborców łączy jedno: przekonanie, że niemieckiej klasie politycznej i większości mediów nie należy ufać. A że w społeczeństwie, które przeszło traumę dwóch systemów totalitarnych, zaufanie publiczne niemal nie istnieje – trudno się dziwić.

 

Euro gorszego sortu

To, że przez dwadzieścia siedem lat nie udało się tego zaufania zbudować, wynika przede wszystkim z różnic ekonomicznych. Choć z mediów płynie przekaz o zjednoczonych Niemczech równych szans, a w zachodnich Niemczech wciąż obowiązuje tak zwany podatek solidarnościowy, mieszkańcy byłej NRD z trudem snują się za zachodnioniemiecką klasą średnią. Przygotowany w ubiegłym roku przez berliński Instytut Demografi i i Rozwoju raport pokazuje, że mimo olbrzymiego skoku dokonanego przez Niemcy wschodnie po krachu ekonomicznym różnice wciąż są spore, a odczuwa je przede wszystkim przeciętny obywatel.

Według autorów raportu mieszkańcy wschodnich krajów związkowych zarabiają średnio około trzech czwartych wartości pensji swoich zachodnich kolegów i koleżanek (około 2800 euro), wypracowują zaledwie 67 procent PKB byłej RFN, a spędzony przez nich w pracy czas jest mniej warty: „produktywność" Niemca z zachodu wyceniana jest na 50 euro na godzinę, ze wschodu – 35 euro. Rzadko staj ą się milionerami (z pięciuset najbogatszych Niemców zaledwie dwudziestu jeden mieszka na wschodzie, z czego czternastu w Berlinie), często za to bezrobotnymi (na wschodzie szansa na to jest niemal dwa razy większa niż na zachodzie i wynosi 12 procent) lub ubogimi (ryzyko popadnięcia w ubóstwo jest o 25 procent wyższe).

Kiepsko przędzie również duży biznes: żadna z trzydziestu największych niemieckich spółek akcyjnych nie znajduje się na wschodzie, a funkcjonujący tam przed upadkiem muru przemysł ciężki przestał właściwie istnieć z powodu niekonkurencyjności wzmocnionej przez ustalenie kursu wymiennego marki wschodnioniemieckiej na poziomie 1 : 1. Na wschodzie królują małe przedsiębiorstwa rolnicze i usługi niskiego rzędu (na przykład call center), co nie sprzyja rozwojowi gospodarki. Poziom zarobków przekłada się, rzecz jasna, na styl życia: na wschodzie na dobra konsumpcyjne przeznacza się o 79 procent mniej pieniędzy niż na zachodzie. Tu w salonie samochodowym wybiera się škody, tam – BMW. Niechętnie kupuje się żywność ekologiczną: w byłej RFN „przepłacanie" za produkty bio deklaruje aż 64 procent obywateli, w NRD – 46 procent.

W efekcie ogromna część obywateli byłej NRD wyjechała po upadku muru na zachód kraju (na podstawie spisów powszechnych tę liczbę oszacować można na przeszło 2 miliony). Fakt, w ostatnich latach zdarzają się powroty, a studenci z bawarskich miasteczek chętnie przyjeżdżają do Berlina, Lipska czy Frankfurtu nad Odrą studiować na „dzikim wschodzie". Berlin po zjednoczeniu stał się zresztą magnesem dla artystów z całego świata właśnie przez swoją „wschodniość" i żywą kontrkulturę, która rozwinęła się na gruzach robotniczych dzielnic.

Nie zmienia to jednak faktu, że kto tylko mógł uciec z byłej NRD, zrobił to: w blokowiskach zostali na ogół emeryci i sfrustrowana, często nie najlepiej wykształcona młodzież. Opuszczone bloki burzy się lub przebudowuje na mniejsze, by nie dopuścić do tworzenia gett wykluczenia społecznego. Statystyki mówią nawet o 300 tysiącach wyburzonych mieszkań. Do lasów Brandenburgii po latach wróciły wilki i lisy.

 

Rewanż wykluczonych

Raport Instytutu Demografi i i Rozwoju wskazuje również na różnice kulturowe. Niemcy ze wschodu są bardziej zsekularyzowani (do jednej z instytucji religijnych należy 26 procent, na zachodzie – aż 70 procent), uzyskują lepsze wyniki w naukach ścisłych, nie udzielają się społecznie tak chętnie jak Wessis (30-37 procent) i częściej umierają z powodu alkoholu. Różnice występują również w takich drobiazgach, jak nawyki snu – Ossis wstają wcześniej i myją się raczej przed snem niż rano. Choć dla wielu z tych różnic można znaleźć uzasadnienie w specyfice enerdowskiego stylu życia, nie mają one dla Niemców wagi większej niż różnice między zachodnimi landami. Niemcy to mozaika dialektów, zwyczajów i nawyków kulinarnych, a co za tym idzie – kopalnia stereotypów. Szwabowie są ponoć skąpi i spięci, Nadreńczycy – wyluzowani, nieszczerzy i religijni, Ossis – zawistni, biedni i nacjonalistyczni. I tak dalej.

Czasy, kiedy Ossis dało się rozpoznać po ubraniu, dobiegły końca – zauważa Frank Burgdörfer. – Dorosło nowe pokolenie, które nie pamięta muru. A pod pewnymi względami wschód wygląda lepiej niż zachód, szczególnie jeśli chodzi o niedawno wyremontowaną infrastrukturę publiczną.

Mimo to Wessis niechętnie na ogół jeżdżą na wschód (przy czym większość Niemców ze wschodu była na zachodzie), a mieszane związki typu Wossis zawiera jedynie 10 procent Niemców (podobna liczba Niemców wiąże się na stałe z osobami z pierwszego pokolenia imigrantów). Stereotypy przetrwały przede wszystkim w głowach ludzi ze starszych pokoleń.

Moja koleżanka z Bonn opowiadała mi, że kiedy poinformowała rodzinę o tym, że ma zamiar studiować w Lipsku, jej ojciec, nauczyciel, zdziwił się, że tutaj w ogóle jest uniwersytet – opowiada Steve Naumann, student z Lipska. – Przez dwadzieścia pięć lat Niemcy ze wschodu byli konfrontowani, również w mediach, z tego rodzaju drobnostkami, które świadczą o niewielkiej wiedzy o wschodzie. Kiedy te same media zajmują się realnymi problemami wschodu, na przykład ksenofobią, mało kto im ufa. Między innymi stąd popularność sloganu „prasa kłamie".

Dlatego właśnie znany w zeszłym roku satyryczny klip Be Deutsch autorstwa Jana Böhmermanna został na wschodzie odebrany jako kontrowersyjny. Teledysk stylizowany na estetykę Rammsteina opowiada o walce dwóch grup: prawdziwych, liberalnych, rozliczonych z przeszłością Niemców i ślepych, zacofanych, ksenofobicznych populistów i ich wyborców. Choć klip uderza w prawicowy populizm całej Europy, wielu Niemców z byłej NRD mogło z łatwością odnaleźć siebie w tej drugiej grupie. W tej drugiej, bo trudno zidentyfikować im się z pierwszą: kolorową, wielokulturową, radosną paradą wegan kroczących w sandałach Birkenstock w kierunku kontenerów do segregacji śmieci. Pytam Stevena Naumanna, studenta z Lipska, o sposób życia przeciętnego Saksończyka (dawna NRD) przed powstaniem PEGIDY.

Szkoła zawodowa, bezrobocie, zakupy w supersamie. Z trudem uciułane wakacje w Tunezji, ale najczęściej kemping na Węgrzech lub nad Bałtykiem – opowiada Naumann. – Wied zą, jak wybudować dom, ale nie mają w nim zbyt wielu książek. Na wyborach głosują na CDU, rzadziej na lewicę albo nie chodzą na nie w ogóle.

Nic dziwnego, że wśród wielu Ossis po zjednoczeniu dojrzewało poczucie niezrozumienia swojej nowej ojczyzny, frustracji i upokorzenia. To z kolei – w połączeniu z niskim poziomem zaufania publicznego – pociągnęło za sobą dobrze znany w Europie Wschodniej podział na „nas" i „onych". Wiele osób w byłej NRD ma poczucie, że „oni" – Wessis – podejmują decyzje zgodnie ze swoim interesem i przeciwko „nam". To „oni" reagują z pogardą, kiedy wyrażamy swoją gorycz. To „oni" piszą o nas źle w kolumnach swoich gazet. To „oni" wreszcie przyjmują uchodźców, kiedy my czujemy się wciąż nie wystarczająco zadbani. Niemcy ze wschodu, głosując na populistów, pokazują, że często nie czują się częścią państwa zarządzanego przez partie mainstreamowe.

 

Przestroga ze wschodu

Z polskiej perspektywy, zanurzonej w konsekwencjach wieloletniego medialno-politycznego podziału na Polskę A i Polskę B, widać jedno: największym błędem jest wzmacnianie tego rodzaju stereotypów i marginalizacja radykalnych głosów w debacie publicznej, w momencie gdy zyskują one społeczne poparcie. Być może zdiagnozowanie tych problemów przez niemieckich polityków może zapobiec dalszemu „wstawaniu z kolan" w wykonaniu niebezpiecznych dla europejskiej stabilności populistów.

Kryzys migracyjny wyraźnie pokazał różnice między mieszkańcami byłych RFN i NRD – podkreśla Frank Burgdörfer. – Być może to okazja, by się z nimi zmierzyć i znaleźć sposób na ich przezwyciężenie. Tym bardziej, że problemy społeczne, które windują populistów w sondażach, istnieją również, w mniejszym stopniu, w Niemczech zachodnich – tłumaczy ekspert.

Osiągnięcie obecnego kształtu sceny politycznej – dążącej do kompromisu, liberalnej społecznie i opartej na antynacjonalistycznym konsensusie – zajęło Niemcom kilka dekad. Oczekiwanie od mieszkańców byłej NRD, by nadrobili tę lekcję przez zaledwie dwadzieścia pięć lat, okazało się przeciwskuteczne.

 

Kaja Puto jest dziennikarką, redaktorką, wiceprezeską wydawnictwa Korporacja Ha!art. Zajmuje się Europą Wschodnią, Kaukazem i tematyką migracyjną.

Wykorzystane zdjęcie: Neptuul (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

Dodatek wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutschpolnische Zusammenarbeit.


Partnerem dodatku jest magazyn polsko-niemiecki „Dialog".


Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Między sojuszem a rywalizacją

28.11.2017
Jakub G. Gajda
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu