Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Czarna wyspa Arktyki

Wizyta w Workucie jest poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, jak się żyje we wnętrzu wielkiego eksperymentu, na sztucznej wyspie kultury pośród oceanu arktycznej tundry.

 

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

 

Na sześćdziesiątym siódmym równoleżniku, 150 kilometrów za kołem polarnym, pośród rozległych przestrzeni wiecznej zmarzliny, w miejscu, gdzie słupek rtęci wznosi się powyżej zera jedynie przez siedemdziesiąt dni w roku, gdzie przez jedenaście dni słońce nie wschodzi, a przez czterdzieści sześć nocy nie zachodzi, leży Workuta – miasto-projekt, który miał udowodnić, że człowiek sowiecki jest w stanie okiełznać i przekroczyć wszelkie żywioły, że jest w stanie zapanować nad naturą, że jest w stanie stworzyć coś z niczego.

 

Workuta powstanie!

Dzisiaj, kiedy mija osiemdziesiąt sześć lat od momentu, kiedy Stalin wbrew opiniom planistów, geologów, urbanistów, ekonomistów i całej rzeszy innych doradców apodyktycznie zarządził: „Workuta powstanie", nie przestaje ona budzić skrajnych emocji – lęku, nienawiści, żalu, ale i ciekawości, podziwu, zachwytu. W tej emocjonalnej ambiwalencji, tragicznej historii i skrajnych warunkach klimatycznych łatwo można zatracić trzeźwy osąd i dać się ponieść którejś z utartych narracji, powtarzanych wersji historii czy mitów. Nie mam ambicji ani ich demaskować, ani szukać ich legitymizacji – interesuje mnie tylko, jak się mieszkało i mieszka w Workucie, jak się pracuje, jak się odpoczywa, jak postrzega swoją codzienność i jak spogląda w przyszłość.

Worgaszor, jedno z miast workuckiej aglomeracji. Ulica Entuzjastów. Kilkadziesiąt metrów od otwartej tundry, na parterze bloku z wielkiej płyty mieści się niewielka księgarnia. To imperium Anastazji Grigoriewny, niewysokiej blondynki o ciepłym uśmiechu i jeszcze cieplejszych oczach. Ciepło jest tutaj niezwykle rzadkie i cenne, więc szybko stąd nie wyjdę. Pani Anastazja ma nieco ponad pięćdziesiąt lat i pochodzi z Winnicy. Do Workuty trafiła w 1975 roku jako czternastolatka. Jak to się stało, że wylądowała w Arktyce? Po prostu – przyjechała do siostry, której urodził się syn i która potrzebowała pomocy do opieki nad dzieckiem. Jak to się stało, że siostra wylądowała w Arktyce? Po prostu – przyjechała za mężem. Jak to się stało, że szwagier wylądował w Arktyce? Po prostu – po ukończeniu instytutu dostał przydział do pracy w kopalni. Moja rozmówczyni urzeka stoicyzmem i prostotą osądu – takie życie, takie losy, takie drogi, nie ma się nad czym rozwodzić. W Workucie prawie wszyscy są przyjezdni, prawie wszyscy są skądinąd.

Ja z mężem jesteśmy z Ukrainy, w bloku mieszkają jeszcze Tatarzy, Mołdawianie i Bóg wie kto – mówi Anastazja Grigoriewna.

Księgarnia jest maleńka, niewiele tutaj beletrystyki – trochę klasyki, trochę romansów, kilka pozycji z fantastyki, książki kulinarne i dwa przewodniki. Znajdzie się odrobina poezji, również tej miejscowych autorów. Jednak najwięcej sprzedaje się podręczników i artykułów szkolnych – co chwilę do księgarni wpadają zmarznięte dzieciaki w kolorowych kombinezonach – otrzepują się ze śniegu i odsłaniają czerwone od mrozu, uśmiechnięte buzie. Za oknem temperatura wynosi minus 25 stopni Celsjusza i zaczyna się purga, arktyczna burza śnieżna. Jedni kupują zeszyty, inni kredki czy upominkowe kartki, w końcu zbliża się Dzień Obrońcy Ojczyzny i Święto Kobiet. Jednak bestsellerem jest podręcznik do nauki języka komi – nie to, żeby tutejsi mieszkańcy nagle zapałali szczególną miłością do mowy autochtonów – podkreśla Anastazja Grigoriewna – wręcz przeciwnie, wszyscy rodzice odsyłają do diabła pomysłodawców nowego obowiązku szkolnego, ale co poradzić, jak trzeba, to trzeba.

Związek Sowiecki już w latach dwudziestych XX wieku zapoczątkował zakrojony na wielką skalę proces zasiedlenia i industrializacji obszarów położonych powyżej koła polarnego. Głównym impulsem jego rozpoczęcia było odkrycie tam bogatych złóż węgla kamiennego i innych użytecznych surowców, ale także chęć pokazania i udowodnienia światu, że nowy człowiek – człowiek sowiecki jest w stanie przezwyciężyć wszelkie trudności, zarówno te przyrodnicze, jak i mentalne. Nowy mit miał pogrzebać wszystkie stare mity, miał pogrzebać wszystkie dotychczasowe przedstawienia świata.

Sowiecka północ była bardzo rozległa, ale szczególne miejsce na jej mapie zajmowało Peczorskie Zagłębie Węglowe, czyli obszar około 90 tysięcy kilometrów kwadratowych, rozciągający się na zachodnich stokach Uralu Polarnego. Systematyczne, choć początkowo jedynie teoretyczne badania tego obszaru zainicjował w 1923 roku profesor Aleksander Czernow. Jego hipotezy potwierdziła ekspedycja badawcza kierowana przez Gieorgija Czernowa (syna Aleksandra Czernowa), która odnalazła bogate złoża koksującego się węgla nad rzeką Workutą, od której późniejsze miasto przyjęło nazwę.

Było lato 1930 roku. Nikt dotąd nie wierzył, że ekspedycja badawcza zdoła dotrzeć w te surowe arktyczne rejony, gdzie nawet nawigacja po rzekach jest prawie niemożliwa ze względu na liczne progi skalne i niski poziom wody. Nikt nie wierzył, ale się udało, zaś dostarczone do Moskwy próbki nie pozostawiały żadnych wątpliwości – nigdy dotąd ani w Rosji, ani w Sowietach nie odkryto złóż o podobnej jakości. Dalej historia potoczyła się błyskawicznie – wciąż mało kto wierzył, że uda się zorganizować przemysłowe wydobycie węgla w Arktyce i jego transport „na kontynent", ale decyzja Stalina brzmiała krótko i jednoznacznie: „Workuta powstanie!". Od tej chwili wszyscy, którzy dotąd dywagowali, czy eksploatacja w ogóle jest możliwa, musieli zacząć myśleć, jak wykonać rozkaz wodza. Z kosztami się nie liczono, zwłaszcza ludzkimi. Pierwsza ekspedycja poszukiwawczo-wydobywcza, złożona w połowie z pracowników wolnonajemnych i w połowie z więźniów dotarła na miejsce w 1931 roku. Jej członkowie dosłownie wszystko musieli transportować na własnych plecach: łodzie, narzędzia, materiały budowlane, żywność, bo nad rzeką Workutą był węgiel, ale nie było niczego poza nim. Na wiecznej zmarzlinie nie rosną drzewa, nie da się niczego uprawiać, nie ma żadnych stałych mieszkańców (wyjątek stanowią nieliczni koczownicy), ciężko nawet wykopać ziemiankę. Ale Stalin powiedział „Workuta powstanie!", więc ją stawiano. Pierwszą kopalnię z dwiema sztolniami uruchomiono w 1932 roku.

Miejscowy krajobraz został urozmaicony przez nieustannie rosnące góry czarnego węgla, bo nie było wiadomo, jak go transportować. Intensywne wydobycie wymagało wielu rąk do pracy, tym bardziej że ludzkie ręce były niemal jedynym dostępnym na miejscu narzędziem. Przed zimą 1932 roku w Workucie było już 1500 więźniów. Do wiosny 1933 roku dożyło pięćdziesięciu czterech. Duża śmiertelność oznaczała, że potrzeba więcej więźniów, więc ich znaleziono i wysłano. W 1933 roku, w ciągu 103 dni zbudowano wąskotorową linię kolejową o długości 72 kilometrów, łączącą kopalnie z przystanią Workuta-Wom (była to pierwsza na świecie linia kolejowa zbudowana na wiecznej zmarzlinie). Po dziesięciu latach od odkrycia złóż, czyli w 1940 roku, w Workucie działały już cztery kopalnie, a 15 tysięcy pracujących tam więźniów wydobywało milion ton węgla rocznie. Jednak prawdziwe przyśpieszenie nastąpiło w 1941 roku, kiedy Niemcy zajęli Donbas, pozbawiając tym samym Rosjan dostępu do tamtejszych kopalni.

 

Chwała budowniczym Arktyki

Bez węgla nie da się żyć, budować, a przede wszystkim wojować – nie można wytapiać stali, a więc i produkować broni. Wszystkie nadzieje i siły zwróciły się więc ku wciąż jeszcze raczkującej Workucie. Późną jesienią 1941 roku w Workucie pracowało już 30 tysięcy więźniów (w tym około pięciu tysięcy Polaków), którzy poza pracą w kopalniach budowali linię kolejową łączącą Workutę z Koniuszą. Udało się – 1875 kilometrów torów biegnących przez wieczną zmarzlinę, tundrę i tajgę oddano do użytku w 1942 roku. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by transport działał szybko, niezawodnie i efektywnie: pociągi pełne workuckiego węgla pędziły z północy na południe, a kolejne dziesiątki tysięcy łagierników pokonywały tę samą drogę, tyle że w przeciwnym kierunku. Warto uświadomić sobie, że do dzisiaj jest to jedyna lądowa droga, którą można dostać się do Workuty, spoglądając więc w okno pociągu, widzimy te same rozległe i surowe przestrzenie, na które z bydlęcych wagonów patrzyli katorżnicy.

W 1945 roku działa już trzynaście kopalni, a liczba więźniów wzrasta do 50 tysięcy. Później było tylko szybciej i więcej: w 1947 roku więźniów jest 60 tysięcy, w 1950 roku – 87 tysięcy, a w 1951 przekroczono liczbę 100 tysięcy. W tym samym czasie w Workucie żyje również 40 tysięcy wolnonajemnych pracowników, więc to ledwie dwudziestoletnie miasto zamieszkuje przeszło 140 tysięcy ludzi! W 1953 roku pracuje już siedemnaście kopalni, których łączne roczne wydobycie wynosi 10 milionów ton węgla. Tak było kiedyś.

Bodajże najistotniejszą datą w historii Workuty, datą, która odmieniła jej oblicze i sprawiła, że przestano postrzegać ją jako sowieckie piekło, jest 26 sierpnia 1955 roku. Tego dnia Rada Ministrów ZSRS podjęła decyzję o przejściu workuckich kopalni z obozowego systemu pracy na wolnonajemny. Po raz pierwszy Workuta stała się miastem ludzi wolnych. Może nie dokładnie tego dnia i nie zupełnie wolnych, ale bez wątpienia to symboliczny moment, który zainicjował nowy paradygmat w rozwoju, ale i społecznym postrzeganiu tej metropolii.

Workuta zaczęła przyciągać młodych geologów, architektów, inżynierów budownictwa, ale i outsiderów chcących przeżyć przygodę i zarazem uciec jak najdalej od Moskwy, od sowieckiej władzy. Aleksander Kałmykow – geolog, krajoznawca i żywa encyklopedia wiedzy o Workucie, współautor monumentalnej monografi i Workuta na ugl'e, z którym piję herbatę w sowieckiej kawiarni, tuż obok reprezentacyjnego Pałacu Kultury Górników, wspomina, że trzy fenomenalne dekady rozwoju Workuty, obejmujące lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i osiemdziesiąte ubiegłego wieku, to w dużej mierze zasługa ludzi, którzy pełni zapału, pomysłów i chęci do pracy chcieli się przekonać, jak wygląda życie w Arktyce. Leniwi, niezdecydowani lub po prostu mniej odporni szybko wracali „na kontynent", natomiast jeżeli ktoś zostawał, to znaczyło, że odnalazł się w tym miejscu i potrafi pracować zarówno dla dobra swojego, jak i miasta.

Albert Bernstein, z zawodu inżynier automatyki, a z zamiłowania pisarz, który do Workuty przyjechał w 1962 roku, w opowiadaniu Iskierka wspomina, że wielu było pretendentów do miana „mieszkańca Arktyki", ale mało kto przechodził srogie eliminacje – większość rezygnowała po kilku tygodniach, może miesiącach, ale jeżeli ktoś zdołał przetrwać dwa lata, to już zostawał na dekady.

Elena Pawłowna już dziesięć lat pracowała jako konstruktor w wielkiej fabryce w Doniecku. Zajęcie było monotonne i żmudne, ale Elena przywykła do codziennej rutyny i odsuwała od siebie myśli o zmianie pracy, a tym bardziej miejsca zamieszkania. Odsuwała, ale tylko do czasu – wiosną 1965 roku po prostu kupiła bilet i wyjechała do Workuty – jak sama mówi, zawsze chciała mieć swój udział w oswajaniu Arktyki. Na miejscu znajduje zatrudnienie w dziale projektowym kombinatu budowlanego i już po kilku tygodniach wie, że szybko stąd nie wyjedzie.

To, co szczególnie mnie uderzyło – wspomina Elena Pawłowna – to, że ludzie w Workucie zupełnie inaczej pracowali, mieli zapał, najzwyczajniej im się chciało. Pamiętam – kontynuuje – swój pierwszy pochód z okazji Święta Pracy. Kiedy przechodziłam obok trybuny, ludzie zaczęli skandować: „Chwała budowniczym Arktyki – odważnym zdobywcom Północy!", i poczułam, jak mimowolnie łzy napływają mi do oczu – byłam budowniczym Arktyki, miałam swoje miejsce na ziemi, swój cel. Dzisiaj te słowa brzmią anachronicznie, trącą sowiecką propagandą, ale wyrażają prawdziwe emocje.

 

Miejsce w dolinie śmierci

Oczywiście ogromną rolę w procesie rozwoju Workuty odegrał także „długi rubel" (dlinnyj rubl), czyli liczne dodatki do pensji wypłacane za pracę w trudnych warunkach klimatycznych. Poza pieniędzmi pracownicy otrzymywali służbowe mieszkania, mieli wydłużony urlop, a często także zagwarantowany wypoczynek na Krymie, w Soczi czy nawet w Jugosławii. Wszystko to sprawiało, że mieszkańcy Workuty podróżowali częściej niż ludzie żyjący w innych miejscach ZSRS, było ich stać na oszczędzanie czy na edukację dzieci – wiele z nich uczęszczało do szkół muzycznych, których przybywało z roku na rok.

W 1960 roku pracuje już dwadzieścia dziewięć kopalni, powstają kolejne miasta aglomeracji. W 1975 roku oddana do użytku zostaje kopalnia w Worgaszorze, która jest największą kopalnią węgla kamiennego w Europie. Przybywa kopalni, wzrasta wydobycie, rośnie Workuta i liczba jej mieszkańców – w 1989 roku ludność całej aglomeracji przekracza 220 tysięcy, a sowieccy urbaniści i inżynierowie mówią już o 300 tysiącach w najbliższych latach.

Prognozy te jednak nigdy nie miały się ziścić – po latach spektakularnego wzrostu wraz z upadkiem ZSRS przyszedł spektakularny koniec workuckiego marzenia. Kopalnie zaczęto zamykać jedną po drugiej, wszystkie oszczędności „zjadła" inflacja, a na wypłaty bieżących zobowiązań nie było środków. Z dwudziestu dziewięciu kopalni w roku 1960, w 1991 pozostało trzynaście, w 1994 roku dziewięć, a dzisiaj działają cztery. Co prawda, jest ich pięć, ale po wybuchu metanu w lutym bieżącego roku kopalnia Siewierna pozostaje zamknięta. Wraz z likwidacją kolejnych kopalni z Workuty wyjeżdżali ludzie – z 220 tysięcy w 1989 roku pozostało ich dzisiaj około 70 tysięcy. O ile w 1959 roku odnotowano 5579 urodzeń, o tyle w 2015 było ich jedynie 1080.

Tragedia Workuty to tragedia całej aglomeracji, całego archipelagu, na który poza jego stolicą składają się dwadzieścia dwie miejscowości rozrzucone w promieniu około 70 kilometrów. Dziś trzynaście z nich to miasta widma, porzucone i wysiedlone. Egzystencja pozostałych to balansowanie na granicy życia i śmierci. Opuszczone domy, bloki, całe kwartały sąsiadują z zamieszkałymi. Zdarzają się osiedla z użytkowanymi kilkunastoma czy nawet kilkoma mieszkaniami. Każdego roku aglomerację opuszczają kolejne trzy tysiące mieszkańców.

Jedną z najsmutniejszych i najtragiczniejszych jest historia miasteczka Chalmer-Ju, położonego 70 kilometrów na północny wschód od Workuty. Chalmer-Ju z języka komi tłumaczy się jako „miejsce w dolinie śmierci" i przed 1940 rokiem rzeczywiście był to tradycyjny teren kultu koczujących Nieńców. Eksploracje złóż węgla rozpoczęto tutaj w 1942 roku, lecz ze względu na skrajnie ciężkie warunki pracy kopalnia zaczęła pracować dopiero w 1957 roku. Dalej poszło jednak znacznie sprawniej. W 1959 roku miejscowość zamieszkiwało już 7122 mieszkańców, działał dom kultury, biblioteka, dwa przedszkola i żłobek. Był szpital, przychodnia, piekarnia, sklep przemysłowy i spożywczy, hotel robotniczy oraz stacja meteorologiczna.

Z Workutą Chalmer-Ju połączyła wąskotorowa kolej. Była praca, były pieniądze, był cel życia. Do czasu. Kiedy w lipcu 1993 roku uchwalony został program zamknięcia nieperspektywicznych kopalni, Chalmer-Ju okazała się pierwszą na liście. Na nic zdały się strajki, protesty, prośby i błagania. Kto nie wyjechał samodzielnie, tego wysiedlił OMON. Całą operację zakończono w grudniu 1995 roku, a na terenie miasta utworzono poligon wojskowy. 17 sierpnia 2005 roku w ramach ćwiczeń lotnictwa strategicznego bombowiec TU-160 z prezydentem Rosji Władimirem Putinem na pokładzie odpalił trzy rakiety, które bezbłędnie trafi ły w wyznaczony obiekt. Był nim dom kultury Chalmer-Ju.

 

Upadek mitu

W filmie Nikity Michałkowa Pięć wieczorów z 1978 roku główny bohater Aleksander Pietrowicz Ilin, kierowca z Workuty, przyjeżdża do Moskwy, gdzie przypadkowo spotyka Tamarę Wasiliewną, swoją wielką miłość sprzed osiemnastu lat. Pomimo upływu czasu i skomplikowanej relacji między bohaterami odradza się dawne uczucie. Aleksander namawia Tamarę, by porzuciła Moskwę i wyjechała z nim na daleką północ, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej, gdzie łatwo zacząć wszystko od nowa. Akcja filmu rozgrywa się pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku. Dzisiaj raczej nikomu w Moskwie nie przychodzi do głowy, by zaczynać życie od nowa właśnie w Workucie. Od ponad dwudziestu pięciu lat nie powstał tam ani jeden nowy budynek mieszkalny. Przy tak szybkim odpływie mieszkańców nie można się temu dziwić, przecież przeszło połowa budynków w aglomeracji to pustostany. Mimo takiego stanu rzeczy Jana Iwanowna Zajanczauskajte z największego w mieście biura nieruchomości stwierdza, że rynek mieszkań od kilku lat utrzymuje się na stałym poziomie.

Dwu-, trzypokojowe mieszkanie znajdujące się w granicach miastach można kupić już za 700 tysięcy rubli, czyli 125 tysięcy złotych, jednak w tej cenie są to głównie lokale o podwyższonym ryzyku likwidacji. Z kolei ceny w najbardziej atrakcyjnych budynkach dochodzą do 2 milionów rubli. Do oddzielnej kategorii należą mieszkania kupowane przez rodziny górników na osiedlach w pobliżu kopalni – mieszkanie w przyzwoitym stanie o powierzchni około 50 metrów kwadratowych można tam nabyć już za 600 tysięcy rubli. Osobnym tematem jest wynajem – z różnych przyczyn mieszkańcy Workuty nigdy nie lubili wynajmować mieszkań, w związku z czym ceny najmu są stosunkowo wysokie w porównaniu z ceną sprzedaży – na kawalerkę trzeba przeznaczyć 10-15 tysięcy rubli, a na mieszkanie dwupokojowe 15-20 tysięcy. To niemało, zważywszy na to, że średnie wynagrodzenie w Workucie w 2016 roku wynosi 24 700 rubli (przy średniej dla całej Rosji za ten sam okres 35 000 rubli), więc przeciętny mieszkaniec musi przeznaczyć minimum 40 procent pensji na wynajem mieszkania. Na podobnym poziomie są wynagrodzenia w kopalniach: początkujący górnik może liczyć na 20-25 tysięcy rubli, a doświadczony brygadzista czy inżynier na 80-90 tysięcy. Chociaż te kwoty są zachęcające dla wielu poszukujących pracy, to ze względu na wysoki poziom niebezpieczeństwa w kopalniach (od 1994 roku wydarzyło się 161 wypadków, w których zginęło 116 osób) w mieście odczuwa się realny lęk przed kolejnymi wypadkami.

Patrząc na poziom życia przeciętnego mieszkańca Workuty, należy wziąć pod uwagę także ceny artykułów codziennego użytku, które są średnio o 20 procent wyższe niż w centralnej części kraju. Powód takiego stanu rzeczy jest prozaiczny: większość artykułów spożywczych i przemysłowych trzeba dowieźć, a koszty transportu (w grę wchodzi jedynie kolej lub samolot) podnoszą cenę. Także inne koszty utrzymania w Arktyce są znacznie wyższe, bo jeżeli przez dziewięć miesięcy ma się zimę, to wszystko (prąd, odzież, ogrzewanie, komunikacja) kosztuje więcej.

O to, co będzie dalej z Workutą, pytam Anastazję Grigoriewnę z księgarni w Worgaszorze.

Nie wiem. Kiedyś w mieście żyło 25 tysięcy mieszkańców, dzisiaj może siedem, ale kopalnia wciąż pracuje, więc mam nadzieję, że doczekam tutaj końca swoich dni. To moje miejsce, mój dom, moja tundra, więc nie chcę wyjeżdżać, ale jeżeli nie będzie innego wyjścia, to wrócę do rodziny w Winnicy. Nie chcę o tym myśleć, zresztą przecież rząd przygotował plany rozwoju turystyki w Arktyce, poza tym wybudowali ostatnio koszary, będą tworzyć jednostkę wojskową… Niech mnie pan nie dręczy, wolę się nie zastanawiać nad takimi scenariuszami – odpowiada.

O to, co będzie dalej z Workutą, pytam Aleksandra Kałmykowa, krajoznawcę, który przyznaje:

Nie wiem. Co prawda, w 2011 roku doszły do skutku dwie obiecujące inwestycje – Nowolipiecki Kombinat Metalurgiczny zakupił teren położony 56 kilometrów od Workuty, a Siewierstal (właściciel między innymi Kombinatu Metalurgicznego w Czerepowcu, który jest głównym odbiorcą węgla z Workuty), czyli od 2003 roku właściciel wszystkich tutejszych kopalni, teren w obrębie miasta. Obydwa przedsiębiorstwa zapowiedziały budowę nowych kopalni. Ludzie euforycznie przyjęli te informacje, ale od ich ogłoszenia nie przystąpiono do żadnych prac. Żal mi Workuty, ale powiedzmy sobie szczerze: wszystkie miasta górnicze mają określony czas życia, który kończy się albo wraz z wyczerpaniem zasobów węgla, albo z powodu braku zbytu na ten surowiec. To jest wiedza, którą mamy, jeszcze zanim wbijemy pierwszy kilof, tyle że wraz z rozwojem kopalni, budową miast wokół nich, tworzeniem się tkanki kulturowej ludzie chcą o tej wiedzy zapomnieć, wypierają ją. Ale takie wyparcie nie znaczy, że zmienimy faktyczną sytuację – życie na końcu zawsze mówi „sprawdzam". I być może dzieje się to dzisiaj w Workucie. Jesteśmy świadkami upadku mitu – okazał się on, jak mówią Rosjanie, nieadekwatny.

 

Daniel Wańczyk jest absolwentem politologii, filologii rosyjskiej i filozofii, doktorantem w Instytucie Filozofi i Uniwersytetu Jagiellońskiego, stypendystą Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego na Uniwersytecie Moskiewskim i Komisji Europejskiej na Uniwersytecie w Petersburgu. Zajmuje się zagadnieniem tożsamości rosyjskiej.

Wykorzystane zdjęcie: Anton Obolensky (cc by 2.5) commons.wikimedia.org 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

Dodatek wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutschpolnische Zusammenarbeit.

Partnerem dodatku jest magazyn polsko-niemiecki „Dialog".


Powrót
Najnowsze

Wynik jak marzenie

23.10.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Spotkanie wokół książki „Białoruskie pytania w kontekście europejskich odpowiedzi”

23.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Kijów na starcie?

20.10.2017
Bohdana Kostiuk (z Kijowa)
Czytaj dalej

Edukacyjna wojna o Zakarpacie

18.10.2017
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Emerging Belarus: najciekawsze białoruskie inicjatywy

18.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Petersburg – miasto paradoksalne

16.10.2017
Zbigniew Rokita Joanna Czeczott
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu