Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Exodus. Próba pamięci
2016-12-05
Tomasz Mróz

Książka Bieżeństwo 1915 jako świadectwo nie ma sobie równych. Nie ze względu na rozmiar tej tragedii, ale wobec stopnia jej zapomnienia. To chyba jedna z najbardziej nieopisanych katastrof XX wieku.

 

Rosyjskie słowo bieżenstwo znaczy tyle, co uchodźstwo. Po początkowych sukcesach wojsk carskich w 1914 roku, po bitwie pod Gorlicami nastąpiła przełomowa ofensywa armii niemieckiej i austro-węgierskiej. Odwrót Rosjan następował szybko: jesienią front zbliżył się do Baranowicz na północy i Równego na południu. Wycofujące się latem i jesienią 1915 roku wojska rosyjskie wygnały z domów ponad trzy miliony osób: poddanych rosyjskich, w większości prawosławnych, zamieszkujących zachodnie gubernie imperium, czyli w dużej części tereny dzisiejszej Polski. O ich tułaczce, zwanej przez nich samych z rosyjska bieżeństwem, opowiada książka Anety Prymak-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy.

 

Jednostka jest niczym

Prymaka-Oniszk pokazuje, jak wśród ludności zapanował strach przed niemieckim okrucieństwem, skrzętnie podsycany przez carskich wojskowych oraz szerzony przez prawosławnych duchownych. To właśnie postawa prawosławnego kleru uznawana jest za główną przyczynę masowej ucieczki: duchowni w cerkwiach zachęcali do wyjazdu, straszyli okrucieństwem nadciągającego wroga. W tym samym czasie księża katoliccy odradzali wyjazdy, dlatego większość ludności polskiej została w swoich wioskach.

Czy uciekający bali się nieznanego, czy czuli lęk przed ogromną rosyjską przestrzenią? – o tym w książce nie ma zbyt wiele. Być może nie mieli o niej pojęcia. Ale sama Rosja jako kraj nie wydawała im się wroga i nie obawiali się ucieczki na wschód: w końcu byli prawosławnymi poddanymi prawosławnego monarchy – i uważali ten kraj za własny.

Oficjalnie władze carskie były przeciwne wypędzeniom i podobno nawet wydano rozkaz, by karać śmiercią żołnierzy odpowiedzialnych za wypędzanie i niszczenie majątku miejscowej ludności. Wojskowi jednak wiedzieli lepiej i pozostawali za sobą spaloną ziemię: nie wolno było zostawiać wrogowi schronienia, żywności czy rekruta. Palono więc wsie, dojrzałe zboże, wypędzano ludzi. Wojska rosyjskie nie miały litości ani dla prawosławnych, ani dla katolików, ani dla żydów. A przecież carscy oficerowie chyba zdawali sobie sprawę z tego, że kilkumilionowa rzesza uchodźców na tyłach frontu nie mogła zwiększać zdolności bojowej rosyjskiej armii lub wpływać pozytywnie na nastroje społeczeństwa. Nie było tez żadnego dowodu, że taktyka spalonej ziemi zatrzyma ofensywę przeciwnika. Zresztą nie zatrzymała.

Po raz kolejny okazało się, że w państwie carów jednostka jest niczym i dla ostatecznego zwycięstwa można poświęcić świat tych kilku milionów ludzi. Od czasów napoleońskich nie zmieniło się nic: liczyło się imperium, a człowiek i jego domostwo, dorobek kilku pokoleń, w ogóle nie miał znaczenia. Najbardziej jednak przeraża przypadkowość tej masowej ucieczki: żadnej politycznej czy taktycznej konieczności, żadnego planu, czysty przypadek. Część wyjeżdżała tylko dlatego, że wyjeżdżali inni.

Uciekali nie tylko chłopi, uciekało też ziemiaństwo: ono jednak, dzięki swoim kontaktom, pieniądzom oraz obyciu dużo łatwiej odnajdywało się w drodze na wschód. Ziemianie byli przyjmowani w rosyjskich dworach lub przez polską szlachtę mieszkającą w Rosji. Dla katolickiego chłopstwa obecność polskiej szlachty wśród uchodźców okazała się jednak korzystna: to ziemianie tworzyli specjalne organizacje pomocowe dla polskich bieżeńców, które nie tylko dostarczały im żywność, ale także organizowały polskie szkoły mające zapobiegać wynarodowieniu i rozpłynięciu się w żywiole rosyjskim. Dzięki nim polscy uchodźcy znaleźli się w lepszej sytuacji niż chłopi ruscy, o których nikt się szczególnie nie troszczył.

 

Kraina szczęśliwości

Ci, którzy uciekali, widzieli płonące wsie, więc starali się wziąć ze sobą cały swój dobytek. Główne drogi były pełne uchodźców ciągnących na wschód, tabory poruszały się bardzo wolno, więc przebycie nawet krótkiego odcinka drogi zajmowało całe tygodnie. Wydani na pastwę oszustów i nieuczciwych handlarzy, przekupnych urzędników, powoli tracili swój niewielki majątek. Po drodze z głodu, wyczerpania i zimna najpierw zdychały zwierzęta, potem umierali ludzie. Bieżeńcy zostawiali za sobą gołą ziemię: ani źdźbła trawy, którą wyskubały zwierzęta czy przydrożnego zagajnika, który wycinano na opał. Na początku oszczędzano chłopskie gospodarstwa (w przeciwieństwie do ziemiańskich majątków), potem jednak głód brał górę. Nie powinno więc dziwić, że ludność na trasie tego przemarszu wcale nie witała uchodźców chlebem i solą. Władze starały się pomagać, ale pomocta była daleko niewystarczająca. „Wokół dwudziestoośmiotysięcznego Rosławia w guberni smoleńskiej – pisze Prymaka-Oniszk – koczuje osiemdziesiąt tysięcy bieżeńców. Wokół niewiele większego Bobrujska – ponad sto tysięcy. Koło malutkiego, zaledwie dziesięciotysięcznego Kobrynia – dwieście tysięcy". Wreszcie we wrześniu i październiku 1915 roku do przesiedlenia uchodźców w głąb Rosji zaangażowano sto piętnaście tysięcy wagonów. Uchodźcy zostali rozlokowani we wszystkich częściach imperium: większość w guberniach wielkoruskich, reszta na Syberii, Ukrainie, Kaukazie czy nawet w Azji Środkowej. Duża część z nich trafiła do rosyjskich wiosek. We wspomnieniach z tego czasu uderzają opisy dostatku przedrewolucyjnej rosyjskiej wsi – choć pewnie wyolbrzymione, bo dla ludzi którzy przez wiele miesięcy głodowali, albo w najlepszym razie otrzymywali skąpe racje żywnościowe w obozach, dostatek miał już inne znaczenie. Wspomnienie bogatej, mlekiem i miodem płynącej Rosji, to jeden z najbardziej zadziwiających fragmentów tej książki. Ale dostatek był też uciążliwy. Karmieni białym chlebem, jaki na co dzień jadało się w wielu częściach Rosji, uchodźcy stale tęsknili za czarnym, żytnim chlebem, do jakiego przywykli w swoich mniej urodzajnych okolicach. W opisach rosyjskiego życia nie brak też ciężkiej pracy.

Wygnanie było także dla tych osiadłych chłopów doświadczeniem radykalnej inności. Gdy pozbyli się już wszystkiego i chcieli sprzedać to, co zabrali ze sobą najcenniejsze – swoje odświętne stroje – w Rosji nikt nie chciał ich kupić, bo tam w święta ubierano się inaczej. Okazało się, że ich skarby miały wartość jedynie lokalną. Kiedy dotarli gdzieś do Azji Środkowej, pytali, czy są tam ludzie tacy, jak oni.

Bezpieczna i w miarę dostatnia przystań rosyjskiej wsi okazała się jednak chwilowa. Przełom przyniosła rewolucja, która powoli docierała do najdalszych zakątków rosyjskiego imperium. Bolszewicy palili i topili zboże, byle tylko nie dostało się w ręce wroga. Rewolucja przyniosła też krwawą wojnę domową, pochłaniającą miliony ofiar.

Bieżeńcy opuszczali więc Rosję raczej chętnie – nie tylko z chęci powrotu na ziemię ojców, ale też dlatego, że po rewolucji Rosja stała się krajem głodnym i nieprzyjaznym. Tylko młodsi nie chcieli wyjeżdżać: tam dorastali, chodzili do tamtejszych szkół, wrośli w środowisko. Komisarze obiecywali tym chłopskim dzieciom cywilizacyjny awans: przekonywali ich, że w Kraju Rad mogli zostać nauczycielami czy inżynierami, a w „pańskiej Polsce" podobna kariera na pewno nie będzie możliwa. Niestety mieli rację, bo Polska potraktowała „repatriantów" jak obywateli drugiej kategorii. Dlatego po latach wspominano okres bieżeństwa z sentymentem i tęskniono do Rosji, która w pamięci wygnańców pozostała krainą możliwości i dobrobytu. Niektórzy nie potrafili odnaleźć się w Polsce i po latach postanowili wrócić do Rosji, jednak konfrontacja mitu z rzeczywistością okazała się dla nich tragiczna. Jeśli udało im się przejść granicę i nie zostać rozstrzelanym za szpiegostwo, to w drugiej połowie lat trzydziestych przysyłali z obozów pod Archangielskiem listy z prośbą o jedzenie.

W 1914 roku na wschód ciągnęła trzymilionowa armia uchodźców, a właściwie wypędzonych. Według oficjalnych polskich statystyk do 1924 roku na ziemie polskie wróciło 1,1 miliona osób. Do tego trzeba doliczyć tych, którzy przekroczyli granicę nielegalnie (o co nie było trudno, bo była słabo strzeżona) albo wrócili przed ustanowieniem polskiej granicy. Część także została w Rosji. Na pewno jednak straty były ogromne. Tylko podczas powrotów śmiertelność wynosiła 22 procent – czyli na każdych stu uchodźców, którzy wyruszali z Rosji do rodzinnych wsi docierało siedemdziesięciu ośmiu. Do tego należy dodać straty ludzkie podczas drogi w tamtą stronę czy podczas wojny domowej w Rosji. A wracali bieżeńcy najczęściej na spaloną i porośniętą chwastami ziemię. Prawdopodobieństwo, że wrócą do ocalałego domostwa nie było wysokie: wsie najpierw paliła armia rosyjska, potem kilkukrotnie przez przechodziła przez nie linia frontu. Ziemie trafiały z rąk do rąk: wojsko carskie, niemieckie, potem polskie i bolszewickie. Opuszczony majątek szabrowali sąsiedzi, zajmowali ziemię. Zabrane rzeczy czy grunty po powrocie nie zawsze zwracano prawowitym właścicielom. Prócz tego na początku lat dwudziestych we wsiach nierzadko wybuchały epidemie tyfusu, na który wycieńczeni wieloletnim głodem bieżeńcy byli szczególnie podatni.

Ogromna większość bieżeńców wracała do swoich wiosek, bo cóż innego mieliby robić – ich przodkowie od wieków byli przyzwyczajeni do uprawy roli. Zresztą, co mogło im zaproponować nowopowstałe państwo polskie, które z trudem i w pośpiechu budowało swoje struktury i starało się skleić trzy różne terytoria?

 

Skąd zapomnienie?

Ilu z nas słyszało o bieżeństwie? Przyznaję, że jeszcze kilka lat temu nie wiedziałem o tym prawie nic. Jak to możliwe, by tak masowe zjawisko było tak bardzo nieobecne w zbiorowej pamięci? Aneta Prymaka-Oniszk, sama będąca potomkinią uchodźców 1915 roku, dołożyła wiele starań, by przywrócić zbiorowej pamięci tę jedną z największych na tych ziemiach przymusowa migrację.

W 2014 roku, przed zbliżającą się setną rocznicą bieżeństwa, Aneta Prymaka-Oniszk uruchomiła stronę internetową poświęconą temu wydarzeniu. Od tego czasu gromadzi tam wspomnienia potomków tych, którzy w 1915 roku wyjechali w głąb imperium. To właśnie ta strona stała się swoistą kroniką samego bieżeństwa i późniejszych losów wygnanych: i tych, którzy wrócili i tych, którzy zostali w Rosji. W lipcu 2015 roku, w setną rocznicę, wystawę poświęconą bieżeństwu otworzono w Sejmie. Tym samym w sposób symboliczny pamięć o tym wydarzeniu włączono w polską narrację historyczną.

Wcześniej jednak ta mała, regionalna historia została przytłumiona przez większą, państwową. I wojna światowa przyniosła Polsce niepodległość, więc w jakimś sensie była wojną zwycięską: wszyscy zaborcy ponieśli klęskę, powstało niepodległe państwo. Dominująca narracja głosząca radość z odzyskanej niepodległości przytłumiła wszystkie małe i bolesne historie. W Rosji zapomniano o bieżeństwie, tak jak zapomniano całą I wojnę światową: władza bolszewicka budowała mit rewolucji październikowej, a trudny los trzech milionów uchodźców był zaledwie przedsmakiem tego, co czekało Rosję po roku 1917. Poza tym w polskiej, białoruskiej czy radzieckiej świadomości Wielka Wojna została wyparta przez hekatombę kolejnego, bardziej okrutnego konfliktu, który kosztował te ziemie więcej krwi.

Od kilkudziesięciu lat potomkowie uchodźców 1915 roku starają się ocalić resztki wspomnień. To, co udało się zebrać, to jedynie strzępki wielkiej zbiorowej opowieści, która nigdy nie została spisana. Po wojnie wspomnienia bieżeńców ukazywały się w mniejszościowych czasopismach, jednak nie oszukujmy się – materiał źródłowy jest niezwykle skromny, biorąc pod uwagę rozmiar samego bieżeństwa. Pierwszy zbiór wspomnień ukazał się w roku 2000 – czyli osiemdziesiąt pięć lat po początku exodusu. Trochę materiałów zachowało się w dokumentach rosyjskich sprzed rewolucji, trochę w polskich publikacjach z międzywojnia. Utarło się przekonanie, że zapomnienie jest uwarunkowane klasowo: to był exodus masy niepiśmiennych chłopów. Po części to prawda. Bieżeńcy rzadko spisywali swoje historie, które trwały i trwają po dziś dzień w rodzinnych opowieściach. Bardzo mało wspomnień zostało spisanych czy zebranych w czasie bieżeństwa lub bezpośrednio po nim, dlatego w wielu świadectwach tamten okres ma naleciałości późniejszych narracji. Bieżeńcy wspominali na przykład, że z utęsknieniem wracali do ukochanej Polski – a przecież nie mogli tęsknić za czymś, czego jeszcze nie było. Zresztą Polska, do której przyjechali, nie okazała się dla nich szczególnie łaskawa.

Bieżeństwo dla tych kilku milionów ludzi było najważniejszym wydarzeniem ich życia: o wiele ważniejszym od II wojny światowej. Oznaczało bowiem zupełne załamanie się dotychczasowego świata: okazało się, że tradycyjne obyczaje i tradycyjny porządek w tak prosty sposób mogą zostać unieważnione. Ład, który raz został zburzony, nigdy nie mógł już być odtworzony. Okoliczności pokazały, że ta tradycyjna kultura była na taką destrukcję szczególnie podatna. Wielu bieżeńców nie potrafiło znaleźć sobie miejsca w nowej rzeczywistości. Z tego poczucia egzystencjalnego zagubienia, jak przypuszczają socjologowie, wziął się fenomen religijnych sekt na Podlasiu w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Po wojnie prawosławni bieżeńcy wrócili do innego kraju, gdzie nie należeli już do większości. Poza tym polskie władze podejrzewały, że są zarażeni bakcylem komunizmu. Te podejrzenia nie były całkiem bezpodstawne: ci ludzie powrócili z rozpolitykowanej rewolucyjnej Rosji. Tam uczestniczyli w wiecach, słuchali komisarzy. „Od wieków spaliśmy, ale nas obudzili" – od takich słów zaczynał się hymn białoruskiej Hromady – masowego ruchu chłopskiego działającego w dwudziestoleciu na wschodnich rubieżach Polski. Bieżeństwo przyczyniło się do uświadomienia sobie przez prawosławnych swojej odrębności – tym bardziej, że sprzyjała temu dyskryminacyjna polityka władz II Rzeczpospolitej.

Historia jest pisana przez zwycięzców. Ale nie tylko przez nich. Piszą ją też wszelkiej maści kronikarze i pamiętnikarze, ci wszyscy, którzy potrafią i chcą opisywać. Książka Prymak-Oniszk dowodzi, że rodzinna historia przekazywana z ust do ust to za mało, by ocalić pamięć. To, co niespisane, po pewnym czasie przestaje istnieć w naszej pamięci.

Bieżeństwo 1915 to historia małego człowieka, wspaniały reportaż zbudowany z pojedynczych opowieści. Aneta Prymaka-Oniszk nie tworzy nowych mitów i nie umacnia starych, ale traktuje z dużą wyrozumiałością te, które utrwaliły się w pamięci zbiorowej. Przywraca naszej świadomości zapomnianą historię wielkiej odysei w całej jej złożoności.

Ta książka jako świadectwo właściwie nie ma sobie równych. Nie ze względu na rozmiar tej tragedii, bo wiek XX znał większe. Ale ze względu na stopień jej zapomnienia. To chyba jedna z najbardziej nieopisanych katastrof XX wieku. Dobrze, że znalazła swojego kronikarza.

 

Tomasz Mróz

 

Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.


Polecamy inne artykuły autora: Tomasz Mróz
Powrót
Najnowsze

Czy Giedroyc jest aktualny?

25.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Kresentymentalizm

25.05.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

24.05.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Spotkanie: Wojna, która nas zmieniła

22.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Europa Wschodnia – polska specjalność?

18.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Political fiction rodem ze średniowiecza

18.05.2017
Maxim Rust
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu