Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Moje Baku
2016-12-10
Wojciech Górecki

W rogu podwórka była piekarenka, kupowaliśmy tam chleb i keksy. Za ladą stał wujek Mamied, tą samą dłonią podawał pieczywo, liczył pieniądze i zasłaniał buzię od kaszlu. Znajomi dziwili się, że tam zachodzimy, ale potem okazało się, że kupują ten sam chleb (w eleganckim sklepie): dowoził go pan Tofik, syn wujka Mamieda.

 

Reportaż ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016). Więcej o numerze.

 

Baku – zwornik Eurazji. Przedsionek Wschodu, Zachodu, Północy i Południa („W azjatyckim kontekście Baku jest egzotyczne właśnie przez swoją mieszczańską europejskość" – pisał Ryszard Kapuściński). Rodzinne miasto Cezarego Baryki z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego. Baku – pięć lat mojego życia: od końca sierpnia 2002 do początku września 2007 roku. Pięć lat, jesieni, zim i wiosen. Pięć cyklów świąt. Dziesiątki poznanych ludzi (i „właśni" fryzjer, szewc, gazeciarz), dziesiątki przeczytanych książek, setki tematów. Trzy mieszkania.

 

Bakijskie adresy

Opisać nasze mieszkania: pierwsze, w nowostrojce niedaleko urzędu statystycznego, drugie – w Trzech Koronach, i trzecie – w stalince przy Bakichanowa.

 

Nowostrojka, czyli nowo wybudowany dom (w tym przypadku – blok), mieściła się u zbiegu ulic Abdułły Szaiga i generała Dżamszyda Nachiczewańskiego, przemianowanej później po prostu na Nachiczewańską. Starym taksówkarzom rzucało się tylko: naczało Sowietskoj – początek Sowieckiej. Sowiecka już dawno tak się nie nazywała, nosiła imię Narimana Narimanowa, ale nowych nazw nikt nie używał, nie wbiły się w świadomość, bo po pierwsze, przemianowywanie ulic było tu procesem ciągłym – nie tak jak u nas, gdy na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wyrzucono za jednym zamachem większość Dzierżyńskich i Marchlewskich – trzymano się zatem pewników i na pytanie, gdzie mieszkasz, padała odpowiedź: „przy czwartej poliklinice", „naprzeciwko szkoły sto ósmej" albo właśnie „przy Sowieckiej", gdyż Związek Sowiecki, sojuz nieruszimyj riespublik swobodnych, był ze swoją sowiecką nomenklaturą takim właśnie pewnikiem; po drugie, bo nazwiska nowych bohaterów jeszcze nic nikomu nie mówiły. Jeśli taksówkarz był młody i nawet „naczało Sowietskoj", głównej okolicznej arterii – o Szaigu i Nachiczewańskim niewarto było nawet wspominać – nie budziło w nim żadnych skojarzeń, pozostawał urząd statystyczny, jeden z najważniejszych orientirów tej części miasta. Na statystykę można było liczyć zawsze.

 

Nowostrojka nie była już nowa, w kategorii nowostrojek była wręcz staruszką, ale to była pierwsza nowostrojka w okolicy, więc pewnie mówią tak na nią do dziś; nasze mieszkanie nie miało ogrzewania, „przecież w Baku jest zawsze ciepło!", traf chciał, że pierwsza zima była zimą stulecia, więc gospodarze wstawili nam piecyk, ale co po piecyku, kiedy ciągle nie ma prądu? A wtedy nie było. Później już wiedzieliśmy, że trzeba pytać o ogrzewanie.

 

Przy Abdułły Szaiga (pisarz, poeta, autor książek dla dzieci i dorosłych) stały zdewastowane niskie domy, przypominające slumsy – teraz już wyburzone, bo Baku szybko się zmienia; bramy prowadziły w głąb podwórek, na których wiecznie suszyło się pranie, dzieciaki bawiły się na jezdni, bo mało kto tamtędy jeździł, w dobudówkach prosperowały biedasklepiki i biedaczajchany, a po zmroku zapalała się co piąta latarnia. Kiedyś, gdy przyjechali do nas moi rodzice, poszedłem tam z ojcem na spacer, szliśmy dość długo, bo to długa ulica, wreszcie gdzieś stanęliśmy i zagadaliśmy się. Po jakimś czasie z najbliższego domu wybiegł chłopczyk i powiedział: „Wejdźcie na herbatę!". Okazało się, że ktoś zauważył nas przez okno i pomyślał, że może się zgubiliśmy, kogoś szukamy albo chcemy odpocząć. Tak czy owak – że potrzebujemy pomocy. I wysłał syna, żeby nas ściągnął.

 

Z nowostrojki przenieśliśmy się do Trzech Koron, kompleksu trzech stojących obok siebie wieżowców, z których środkowy był najwyższy. Nazwa „korony" wzięła się stąd, że wieżowce górowały nad otoczeniem, miały po dwadzieścia kilka pięter, a na dachach zwieńczenia, które od biedy można było wziąć za korony. Wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Ogrzewanie było, ale prawie nigdy nie działało… Ta nowostrojka była nowostrojką prawdziwą, dopiero co oddaną, ludzie właśnie się wprowadzalii urządzali po swojemu: wpuszczali w ściany instalacje i przenosili kaloryfery, wyłączając w tym czasie z użytku cały pion, a sztafety ekip remontowych – którym nigdy się nie spieszyło – hałasowały niemiłosiernie. Wytrzymaliśmy tam dziewięć miesięcy (w pierwszej nowostrojce tkwiliśmy okrągły rok).

 

Nasza stalinka, czyli dom wybudowany za Stalina, miała – jak wszystkie stalinki – grube ceglane ściany, dzięki którym zimą nie jest zimno, a latem – nie za bardzo upalnie. Stalinkę przy Bakichanowa, w rejonie zwanym w narodzie Armenikendem, czyli „ormiańską wioską", bo dawniej mieszkało tam sporo Ormian, wznieśli ponoć niemieccy jeńcy wojenni, ale tak mówiono o wszystkich solidnych socrealistycznych gmachach tamtej epoki. Dla nas ważniejsze było zadrzewione podwórko – nikt, ktonie mieszkał w Baku, nie doceni tego cienia – i zainstalowane przez naszego gospodarza ,doktora Namika, patenty: uruchamianą przyciskiem pompę zapewniającą dopływ wody nawet przy niskim ciśnieniu (na wypadek gdyby z wodą było całkiem krucho, istniała jeszcze ponoć możliwość skorzystania z lewego podłączenia do zbiornika straży pożarnej) oraz podpięcie mieszkania do trzech różnych linii energetycznych (gdy wyłączano prąd w jednej z nich, system przerzucał się na drugą, a w razie potrzeby na trzecią, więc zawsze mieliśmy światło). Na klatce schodowej wisiały wiązki kabli i odpadał tynk – kierownik administracyjny polskiej ambasady, który musiał zatwierdzić wynajem, nie chciał się nań zgodzić, bo bał się o nasze życie (kiedyś zaszedł do nas od sąsiada elektryk, który szukał trzeciej fazy) – ale samo mieszkanie było bez najmniejszych zastrzeżeń.

 

W rogu podwórka była piekarenka, kupowaliśmy tam chleb i najlepsze w Bakukeksy, za ladą stał suchotniczy wujek Mamied, który tą samą dłonią podawał pieczywo, liczył pieniądze i zasłaniał buzię od kaszlu. Znajomi dziwili się, że w ogóle tam zachodzimy, ale potem okazało się, że kupują ten sam chleb (w eleganckim sklepie, gdzie obsługa nosiła rękawiczki): dowoził go pan Tofik, syn wujka Mamieda, w wyłożonej gazetami starej ładzie. Wujek zmarł w 2014 roku, ale piekarenka, teraz odmalowana i wykafelkowana, działa nadal.

 

Przy Bakichanowa spędziliśmy szczęśliwe trzy lata i trzy miesiące. Kiedy pakowaliśmy auto na wyjazd (samochód mył nam co jakiś czas pan Szamistan, emerytowany doktor chemii, który nie mógł odnaleźć się w nowej posowieckiej rzeczywistości), otoczyły nas podwórkowe koty (opisać z czułością bakijskie koty!): wcześniej niezwracały uwagi, gdy wyruszaliśmy na urlop czy weekend, zbiegały się tylko, gdy wynosiliśmy im jedzenie, ale teraz co i rusz ocierały się o nogi, właziły na czekające na spakowanie torby, a jeden niepostrzeżenie umościł się w bagażniku. Skąd wiedziały, że wyjeżdżamy na zawsze?

 

Przyjaciele

Opisać bakijskich przyjaciół – żywych, ale przede wszystkim tych, którzy odeszli.

 

Alekpera Husejnowa, pierwszego azerbejdżańskiego kawalera Orderu Uśmiechu. Urodził się w 1961 roku w Baku, ukończył Wydział Aktorski w Azerbejdżańskim Instytucie Kultury i Sztuki, od roku 1988 pracował w Azerbejdżańskim Państwowym Teatrze Lalek im. Abdułły Szaiga. Równolegle prowadził program telewizyjny dla dzieci Każdy z nas jest kwiatem (jako Wujek Alakbar), a na temat jego metod pracy z dziećmi pisano naukowe rozprawy. Kiedy wykryto u niego nieuleczalną chorobę nowotworową, lekarze zabronili mu jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, ale się tym nie przejął. Order wręczono mu 13 marca 2007 roku w Teatrze Pieśni im. Bejbutowa, wieczorem tego dnia szczęśliwy zaprosił nas na kolację, ale sam prawie nic nie jadł, wykończyła go uroczystość. Zmarł wkrótce potem.

 

Reżysera i tłumacza Wagifa Ibrahimoglu (1949-2011), zwanego przez przyjaciół Wagulą – twórcę i głównego reżysera teatru Yuğ, który mieścił się w starych łaźniach przy ulicy Muchtarowa (urządziliśmy tam nasze pożegnalne przyjęcie).

 

Profesor Lejlę Achundzade (1953-2010), dziekana Wydziału Teorii Sztuki bakijskiej Akademii Sztuk Pięknych, która

wyznała kiedyś, że jesteśmy jej bliżsi niż duża część jej rodaków, nad czym jako azerbejdżańska patriotka ubolewa.

 

Panią reżyser Giulbeniz Azimzade (1947-2006) – od jej filmu Tylko wyspy ze sobąnie weźmiesz, który podarowała nam na płycie DVD, zaczęła się nasza fascynacja Półwyspem Apszerońskim.

 

Profesora Rafika Mahmudowa (1938-2006), który przez pewien czas kształcił się w krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, a we wczesnych latach dwutysięcznych reprezentował w Baku Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, i bardzo lubił wódkę Bieleńkaja (Bielusieńka), która reklamowała się sloganem „Dobra wódka dla pięknych ludzi".

 

Gorączka nafty

Opisać historię Witolda Zglenickiego i Pawła Potockiego. Ich życie to temat na książkę i scenariusz filmu, a może nawet całego serialu przygodowego.

 

Inżynier Witold Leon Julian Zglenicki (1850-1904) był pierwszym człowiekiem na świecie, który wpadł na pomysł wydobywania ropy naftowej spod dna morza i zaprojektował służące do tego urządzenia. Odpowiedni projekt techniczny złożył w 1896 roku w Departamencie Górniczym, ale wniosek został odrzucony jako nierealny.

 

Zglenicki kierował bakijskim Urzędem Probierczym, a jego pasją była geologia. Obdarzony nieomylną intuicją – popartą gruntownymi studiami – bezbłędnie wskazywał złoża ropy. Trysnęła również na działkach, które kupił dla siebie: na polach naftowych w Bibi Ejbacie na południe od Baku oraz w Surachanach (na północny zachód). Dochody z tej ostatniej, o powierzchni 37,5 dziesięciny (czyli ponad 40 hektarów) zapisał warszawskiej Kasie im. Mianowskiego – instytucji powołanej dozbierania funduszy na rozwój nauki i kultury polskiej w zaborze rosyjskim. Nigdy w historii polska nauka nie miała tylu pieniędzy. Pierwszy dochód z działki – skromne 1500 rubli – wpłynął cztery lata po śmierci fundatora. W roku 1909 było to już około 5,5 tysiąca rubli, a w roku 1912 – ponad 470 tysięcy. W sumie na konto Kasy wpłynęło 1 773 917 rubli (prawie 2 400 000 ówczesnych dolarów), co stanowiło 63 procent wszystkich sum przekazanych jej w latach 1881-1918. Darowizna przyniosła Zglenickiemu miano „polskiego Nobla". Rzeka pieniędzy wyschnie dopiero po upaństwowieniu pól naftowych przez bolszewików.

 

Pisarz Sławomir Sierecki (1924-2012) uczynił inżyniera jednym z bohaterów powieści Zemsta starca z gór: „Witold Zglenicki był tym Polakiem, któremu się udało. Był absolwentem warszawskiej Szkoły Głównej, później studiował w Instytucie Górniczym w Petersburgu i wreszcie wyjechał na Zakaukazie. Osiadł w Bibi Ejbacie, wśród nagich, ubogich w wodę skał. Ale była tam ropa naftowa. Wkrótce miał już sto szybów, zwerbował do pomocy bandę kryminalistów, włóczęgów i łazików. W swojej daczy w Surachanach (…) rozmawiał z wysłannikami Rotszylda i Nobla z pozycji siły. Wkrótce jego majątek dosięgał zawrotnych rozmiarów (…). Był postacią pełną uroku, ale kto znał warunki dojścia do bogactwa na Zakaukaziu w tym czasie, zdawał sobie sprawę, że musiał to być równocześnie tak zwany »mocny człowiek«, potrafiący łamać bezlitośnie wszelkie przeciwności". (W owych latach, w czasach pierwszego boomu naftowego, Gorki pisał o Baku, że tak musi wyglądać piekło, a Czechow niechciał tu mieszkać nawet za milion rubli; panowała opinia, że kto choć przez rok żył wśród bakijskich nafciarzy, ten nie ma powrotu do cywilizowanego świata).

 

Inżynier Paweł Potocki (1879-1932) doszedł do wniosku, że skoro nie da się – na razie – wydobywać ropy z morza, to trzeba je osuszyć. Autor pionierskiego rozwiązania urodził się w Petersburgu i tam studiował, poznał też dobrze Europę Zachodnią. Do Baku przyjechał w roku 1910 i niemal od razu przystąpił do pracy. Do zasypania wybrał fragment Zatoki Bakijskiej w pobliżu pól naftowych w Bibi Ejbacie. Według zapisków zostawionych przez nieżyjącego już Witolda Zglenickiego tam ropy miało być najwięcej.

 

Realizacja projektu trwała ponad dwadzieścia lat. Śmiertelnie chory, niewidomy inżynier – wzrok zaczął tracić jeszczew 1919 roku – kierował pracami do ostatnich chwil życia (ukończono je ostatecznie w roku 1933). Potrzeby sowieckiego państwa uczyniły z niego zakładnika reżimu. Mimo zaszczytów (otrzymał Order Lenina za zasługi dla przemysłu naftowego, wspierał go Siergiej Kirow) nie wyjechał na leczenie ani nie repatriował się do Polski. Postać Potockiego stała się inspiracją dla rosyjskiej poetki i pisarki Margarity Aligier, która poświęciła mu poemat Starzec; pisał o nim także Maksim Gorki. Ropa oczywiście była – starczyło jej na kilka dekad.

 

Zgodnie ze swoim życzeniem, Paweł Potocki został pochowany w Bibi Ejbacie na polach naftowych, które sam stworzył, nad brzegiem morza, w otoczeniu pomp naftowych i platform wiertniczych. Jeszcze na przełomie XX i XXI wieku stan jego grobu był nie najgorszy, ale pod koniec 2004 roku w mogiłę wjechała ciężarówka. Dzięki staraniom polskiej ambasady, ze środków Rady Ochrony Pamięci Walki Męczeństwa, udało się to miejsce zrekonstruować. Odsłonięcie odnowionego pomnika nastąpiło 9 listopada 2005 roku.

 

W sierpniu 2007 roku spotkaliśmy się z osiemdziesięcioczteroletnią wówczas Heleną Meyer-Szejchzade, Polką urodzoną w Baku, która pamiętała Potockiego z dzieciństwa (przychodził w gości do jej rodziców, mimo kalectwa poruszał się samodzielnie); pamiętała także, jak w latach trzydziestych ubiegłego wieku wyburzano kościół katolicki, w którym była chrzczona i przystępowała do Pierwszej Komunii. Nagraliśmy rozmowę na dyktafon – ale jeszcze nie było okazji, aby odsłuchać całość. W 2009 roku pani Helena dostanie pierwszą w Azerbejdżanie Kartę Polaka, a w roku 2013 umrze.

 

Koniecznie opisać Helenę Meyer-Szejchzade! Opisać.

 

Reportaż ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016). Więcej o numerze.

 

Wojciech Górecki jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. Reporter i pisarz. Autor między innymi: Planeta Kaukaz (Wołowiec 2010), Toast za przodków (Wołowiec 2010), Abchazja (Wołowiec 2013).

 

Wykorzystane zdjęcie: Dr. Farid Zeynalov (CC BY-SA 3.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Polskie „chamy” i ukraińskie „pany”. Rewolucja na rynku pracy?

03.06.2020
Dariusz Szymczycha
Czytaj dalej

Ukraińskie kino. Dzieje sukcesu pewnej reformy

29.05.2020
Andrij Lubka
Czytaj dalej

W poszukiwaniu złotego wieku  

22.05.2020
Ola Hnatiuk
Czytaj dalej

Rozmowa online z Olą Hnatiuk. Koniec złotego wieku?

20.05.2020
Czytaj dalej

Nowa Europa Wschodnia 1-2/2020 - Zapowiedź

12.05.2020
Czytaj dalej

Życzenia świąteczne

10.04.2020
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu