Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Powrót kamikadze
2017-01-12
Serhij Szebelist

Po ustąpieniu z funkcji premiera Arsenij Jaceniuk praktycznie zapadł się pod ziemię. W ostatnim czasie znowu się jednak aktywizuje – czy raz jeszcze może odegrać istotną rolę?

 

Po wielu miesiącach ciszy ponownie możemy usłyszeć o „premierze kamikadze": zaczął przychodzić na ważne głosowania do Rady Najwyższej (w sprawie reformy sądownictwa, ustawy budżetowej), prowadzi posiedzenia frakcji Frontu Ludowego, spotyka się z zachodnimi liderami (Joe Bidenem, Donaldem Tuskiem, Angelą Merkel), występuje w telewizji, udziela wywiadów, a w regionalnej prasie można znaleźć sponsorowane teksty o osiągnięciach jego ekipy. Przestał być prezesem rady ministrów, ale wciąż jest liderem drugiej pod względem liczby deputowanych partii koalicyjnej – ugrupowania, od którego w dużej mierze zależy funkcjonowania parlamentu i rządu.

 

Wszystko to pozwala przypuszczać, że Jaceniuk wraca właśnie na polityczne salony i stara się odbudować swoją reputację. Podejrzany o praktyki korupcyjne deputowany Ołeksandr Oniszczenko, który przed ukraińskim wymiarem sprawiedliwości ukrywa się zagranicą, niedawno przyznał się do łożenia pieniędzy na kampanię mającą na celu zdyskredytowanie Jaceniuka. W związku z tym oświadczeniem były premier nie jawi się już jako „największy korupcjonista", a jako „ofiara oligarchicznego układu" (inna sprawa, że Jaceniuk posiada całkiem niezłe relacje z najbogatszymi ludźmi w kraju). Jednocześnie publicznie dementowane są doniesienia o ogromnych bogactwach i amerykańskich willach lidera Frontu Ludowego.

 

Warto przyjrzeć się dziś temu, jak wyglądała polityczna droga Jaceniuka.

 

Piątkowy uczeń

Młody, czterdziestodwuletni Arsenij Jaceniuk od dawna gra w najwyższej politycznej lidze Ukrainy, do której trafił z sektora bankowego. Do czasu pomarańczowej rewolucji (2004-2005) zdążył pracować jako minister gospodarki Republiki Autonomicznej Krymu oraz jako pierwszy zastępca prezesa Narodowego Banku Ukrainy. Jego ówczesny szef w NBU, Serhij Tihipko, stanął w 2004 roku na czele sztabu wyborczego Wiktora Janukowycza i aby dopełnić swoich obowiązków wziął długi urlop – to sprawiło, że bankiem centralnym de facto kierował Jaceniuk.

 

W czasie politycznego sporu obozów pomarańczowych i niebieskich udało mu się uniknąć finansowego kryzysu, w 2008 roku napisał książkę o tych wydarzeniach: Tajemnica bankowa czasów pomarańczowej rewolucji. Ciekawe, że w swoim czasie Jaceniuk nawet chełpił się, iż nie brał udziału w pierwszym Majdanie, za co później spadła na niego krytyka. Chciał pokazać, że gdy jedni stali na placach, on pracował dla dobra kraju – pozycjonował się w ten sposób jako pragmatyk i technokrata.

 

Właśnie w tym okresie Jaceniuk rozpoczął karierę polityczną z prawdziwego zdarzenia. W 2005 roku otrzymał nominację na stanowisko pierwszego zastępcy szefa odeskiej administracji obwodowej, a już po niespełna roku został ministrem gospodarki w gabinecie Jurija Jechanurowa (który to zastąpił „pomarańczową" Julię Tymoszenko). Na jednym z zebrań młody, energiczny urzędnik miał wpaść w oko Wiktorowi Juszczence, który zaprosił do swojej ekipy dobrze zapowiadającego się ekonomistę.

 

O tym, że Juszczenko sprzyjał Jaceniukowi, świadczy fakt, iż po dymisji Jechanurowa w 2006 roku ekonomista został pierwszym zastępcą szefa prezydenckiego sekretariatu, a więc – przedstawicielem głowy państwa w radzie ministrów. Zachęcano go także do objęcia roli lidera proprezydenckiego ugrupowania Nasza Ukraina, ale on nie chciał być czyjąś dekoracją. Poza rządem nie pozostał długo: już w następnym roku na podstawie rekomendacji Juszczenki stanął na czele resortu spraw zagranicznych w drugim gabinecie Janukowycza.

 

Zresztą również tam nie udało mu się dłużej zagrzać miejsca. Tekę ministra spraw zagranicznych objął w czasie sporu Juszczenki i Janukowycza, który to konflikt doprowadził niebawem do rozpisania wcześniejszych wyborów. Ale i tym razem urzędujący prezydent nie zapomniał o swoim ulubieńcu: dał mu „trójkę" na liście Naszej Ukrainy-Ludowej Samoobrony. Otrzymawszy skromne 12,9 procent głosów Jaceniuk mógł wraz z Julią Tymoszenko utworzyć koalicję posiadającą minimalną większość w parlamencie, Jaceniuk został spikerem Rady Najwyższej, a Tymoszenko stanęła na czele rady ministrów. Młody ekonomista nie zapomniał podziękować swojemu patronowi za sukces.

 

Rada Najwyższa jednak szybko pogrążyła się w sporach, jej prace były paraliżowane, koalicja się rozpadła, a Jaceniuk znowu nie zapuścił korzeni i już po roku ustąpił. Był to przełomowy moment jego kariery: stawał się samodzielnym politykiem – stopniowo dystansował się od Juszczenki, stworzył własne ugrupowanie Front Zmian i zapowiedział swój start w najbliższych wyborach prezydenckich. W całym kraju pojawiły się bilbordy z Jaceniukiem w militarystycznym stylu, który wówczas drastycznie kontrastował z wizerunkiem młodego, proeuropejskiego liberała, kujona w okularkach.

 

Kujon prezydentem nie został – zajął czwarte miejsce zdobywając niespełna 7 procent głosów (w drugiej turze nie wsparł ani Tymoszenko, ani Janukowycza). Był to nie najgorszy wynik i dobry grunt pod start w wyborach samorządowych kilka miesięcy później, dzięki którym Front Zmian wprowadził swoich ludzi do władz regionalnych.

 

Samodzielny polityk

Gdy Janukowycz rósł w siłę, a wybory parlamentarne roku 2012 były za pasem, Jaceniuk zdecydował się na zbliżenie z Batkiwszczyną – partią Tymoszenko, która wówczas przebywała już w więzieniu. Na fundamencie dwóch ugrupowań powstała Zjednoczona Opozycja, do której przyłączyły się różne demokratyczne siły. Formalnie liderem była Tymoszenko, ale de facto do wyborów partię poprowadził Jaceniuk.

 

Prawdziwym wyzwaniem była dla niego jednak rewolucja godności. Polityczni liderzy na Majdanie nie cieszyli się poważaniem wśród protestujących – to ci ostatni nadawali ton manifestacjom, a „trybuna" musiała dostosować się do tłumu. Właśnie wówczas Jaceniuk otrzymał ksywkę „kula w czoło" – tuż po tym, jak poinformował, że jest gotowy iść pod kule, byle tylko nie musieć żyć okryty hańbą. W toku negocjacji władz i opozycji Janukowycz zaproponował mu tekę premiera, jednak Jaceniuk ofertę odrzucił – w istniejącym wówczas modelu superprezydenckim funkcja taka byłaby tylko wydmuszką.

 

Mimo wszystko Jaceniuk stanął na czele rady ministrów już niebawem: od razu po ucieczce Janukowycza, biorąc na siebie brzemię tych trudnych czasów. Wówczas wypowiedział słowa, które przeszły do historii – nazwał swój gabinetem rządem „kamikadze". Chciał dać w ten sposób do zrozumienia, że poświęci swoje notowania w imię koniecznych i niepopularnych reform. Właśnie wtedy Jaceniuk nabrał wiatru w żagle jako polityk. W kraju panowało bezkrólewie, Krym był okupowany przez Rosjan, na wschodzie i południu trwały separatystyczne demonstracje, państwowy skarbiec był niemal pusty, a morale struktur siłowych – skrajnie niskie.

 

Przyszło mu pracować w czasach wojny. Jaceniuk potrafił jednak utrzymać kraj na powierzchni i zapewnić sobie poparcie Zachodu, w tym międzynarodowych instytucji finansowych. Potrafił prowadzić negocjacje, dla zachodnich polityków i ekonomistów był człowiekiem zrozumiałym i przystępnym. Rozumieli go, w sensie dosłownym i metaforycznym – z Barackiem Obamą rozmawiał bez pomocy tłumacza, założywszy nogę na nogę. Zachodni kredytodawcy przekazywali środki „pod Jaceniuka". Właśnie wówczas, w pełnym turbulencji roku 2014, na Ukrainie zaczęto brać go na poważnie, nazywano „najlepszym premierem".

 

Przyszedł też czas pożegnania z Tymoszenko. Gdy polityk wyszła na wolność, podjęła starania, aby odzyskać swoje wpływy i zaspokoić ambicje (Julia wystartowała w wyborach prezydenckich, jednak musiała uznać wyższość Petro Poroszenki). Przed wyborami parlamentarnymi w 2014 roku Tymoszenko i Jaceniuk nie potrafili porozumieć się w sprawie podziału miejsc na liście wyborczej i ich (oraz innych wpływowych członków ugrupowania) drogi się rozeszły. Premiera i jego ekipę chętnie widziano by wówczas także na listach proprezydenckiego Bloku Petro Poroszenki, ale nic z tych pomysłów nie wyszło. W rezultacie w wyborach Jaceniuk i jego otoczenie wystartowali jako Front Ludowy. Jego ugrupowanie zajęło pierwsze miejsce, zdobyło przeszło 22 procent głosów – choć na początku kampanii sondaże dawały mu zaledwie 7 procent.

 

Sztuka niemożliwego

Jaceniuk po raz drugi stanął na czele rządu, choć prezydent wolałby wówczas widzieć na tym stanowisku „swojego człowieka". Poroszenko miał jednak związane ręce: musiał zaakceptować rezultaty wyborów i wolę społeczeństwa, które stało za liderem Frontu Ludowego. Głowa państwa nie mogła też być głucha na nawoływania Zachodu, który domagał się bardziej zdecentralizowanego modelu władzy.

 

Drugie podejście Jaceniuka do rządów także nie było łatwe. Koalicyjni partnerzy krytykowali go nie mniej niż opozycja, obwiniając o brak walki z korupcją, brak reform, a następnie zaczęto żądać jego dymisji i powołania nowego, technokratycznego gabinetu. Słupki poparcia Jaceniuka szybko spadały.

 

Pierwsze miesiące ubiegłego roku niewiele zmieniły. Niełatwo było jednak „wykurzyć" Jaceniuka z rządu, gra na wyczerpanie też nie przynosiła rezultatów. Premier był gotów ustąpić, ale na swoich warunkach. Parlament wcześniej przegłosował stanowisko, zgodnie z którym gabinet działał nieefektywnie; Jaceniuk chciał, aby teraz Rada Najwyższa odżegnała się od tych słów. Tylko pod tym warunkiem premier był gotów odejść. Ostatecznie ustąpił w kwietniu 2016 roku.

 

W wyniku koalicyjnych pertraktacji Front Ludowy jeszcze bardziej wzmocnił swoją pozycję, udało mu się wynegocjować dodatkowe resorty. Jaceniuk pozostał w grze biorąc udział w zebraniach nieformalnej rady strategicznej przy prezydencie. Mówiono, że proponowano mu stanowiska prezesa Sądu Konstytucyjnego lub Narodowego Banku Ukrainy, ale odmówił.

 

***

 

W ostatnim czasie Jaceniuk znowu aktywizuje się na scenie politycznej, jednak starania te nie przekładają się na słupki poparcia jego i Frontu Ludowego. Na ugrupowanie gotowy jest zagłosować procent Ukraińców, a jego lider według ostatnich badań ma ranking negatywny na poziomie 72 procent. Jak w takiej sytuacji Jaceniuk planuje doprowadzić do swojej politycznej reinkarnacji – trudno powiedzieć. Polityka jest jednak sztuką możliwego, a na Ukrainie – również niemożliwego. Nad Dnieprem nie jeden już upadał, aby później powrócić.

Przełożył Zbigniew Rokita

 

Serhij Szebelist jest ukraińskim dziennikarzem.

 

Wykorzystane zdjęcie: Ybilyk (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Serhij Szebelist
Powrót
Najnowsze

Litewski kalejdoskop

21.08.2017
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Skandal „rakietowy”?

18.08.2017
Paweł Kost Mychajło Samus
Czytaj dalej

Dlaczego Europa nie rozumie Rosji?

15.08.2017
Michael Romancev
Czytaj dalej

Wykopcie i zlikwidujcie ten polski, szpiegowski brud

11.08.2017
Andrzej Nowak Ireneusz Dańko
Czytaj dalej

Nie z pozycji siły

10.08.2017
Aleksander Radczenko
Czytaj dalej

Petersburg. Miasto Snu

09.08.2017
Joanna Czeczott
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu