Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nuda na pustyni
2017-01-18
Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Wielu młodych Turkmenów drażni to, że nie mogą chodzić do meczetów, klubów, prowadzić samochodów czy mówić tego, co myślą. Ale wielu też nie zdaje sobie sprawy, że w ich kraju coś jest nie tak, że jest on uznawany za jeden z najbardziej totalitarnych na świecie.

Reportaż ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (styczeń-luty 2017). Co jeszcze w numerze?

 

Wrześniowy wieczór w stolicy Turkmenistanu, Aszchabadzie, przynosi długo oczekiwane orzeźwienie. Osiedle domów jednorodzinnych na obrzeżach miasta, z dala od marmurowych pałaców i cudacznych pomników, nie różni się wiele od podobnych miejsc w innych częściach świata. Nasi gospodarze to młodzi ludzie po studiach w Anglii, Rosji i na Ukrainie. Jedni rozpalają grilla, inni powoli sączą whisky lub piwo, ktoś stroi gitarę. Pod swoim dachem czują się swobodnie. Gdy pytamy, jak spędzają weekendowe wieczory, odpowiadają, że właśnie tak. W Aszchabadzie bowiem młodzi ludzie nie mają za wiele do roboty. Od dwudziestej trzeciej godzina policyjna skutecznie uniemożliwia im spacerowanie po ulicy, a brak klubów, barów i restauracji utrudnia spotkania w innych miejscach niż własny ogródek.

Można by długo wymieniać rankingi, w których Turkmenistan – pustynny kraj bogaty w gaz, ropę i węglowodory, o populacji liczącej zaledwie pięć milionów osób – zajmuje mało zaszczytne miejsca pod koniec tabeli. Freedom House umieścił go na liście dziesięciu krajów o najgorszej sytuacji pod względem wolności prasy, a Indeks Wolności Ekonomicznej w 2015 roku sklasyfikował na 172 z 178 pozycji. Dzięki zyskom ze sprzedaży złóż władzom udało się zbudować potężny aparat represji i z powodzeniem kontrolować społeczeństwo, tłumiąc wszelkie formy sprzeciwu.

 

Dwa kraje

Pierwszy prezydent kraju Saparmyrat Nyýazow (rządził w latach 1991-2006) i jego następca Gurbanguly Berdimuhamedow potrafi li wykreować kult wodza i państwową ideologię odwołującą się do turkmeńskiej tradycji. Podczas gdy pierwszy z dumą nosił miano Turkmenbaszy („ojca wszystkich Turkmenów"), w 2011 roku obecny prezydent przyjął tytuł Arkadag oznaczający „obronną górę". Celem władzy jest utrzymanie systemu oraz jednoczesne imitowanie modernizacji i dlatego lejtmotywem stała się „stopniowa i ewolucyjna demokratyzacja zgodna z turkmeńską tradycją, wartościami i duchowym dziedzictwem przodków". Dwie rewolucje, które w ostatnich latach wstrząsnęły pobliskim Kirgistanem, tylko utwierdziły aszchabadzkie władze w przekonaniu, że dla społeczeństw Azji Centralnej demokracja jest koncepcją obcą i niebezpieczną.

Wszystkie turkmeńskie media należą do państwa. Informacje przekazywane społeczeństwu są cenzurowane i skrajnie nieobiektywne. Ze wszystkich gazet spogląda uśmiechnięty prezydent i próżno szukać w nich jakichkolwiek informacji z zagranicy. Ostatnie niezależne turkmeńskojęzyczne tytuły prasowe zostały zamknięte w 1992 roku, a w roku 2002 rząd wstrzymał import gazet i magazynów z Rosji (choć rosyjskie programy telewizyjne są nadal dostępne dzięki wszechobecnym talerzom satelitarnym). Sklepy z książkami należą do rzadkości, a w małych miastach nie ma ich wcale. Dopiero w 2008 roku, po latach niebytu, prezydent zezwolił na powrót kin i cyrków, a w 2013 roku szerokiej publiczności zaprezentowany został Lokator – pierwszy turkmeński film nakręcony po upadku Związku Radzieckiego. Przepływ informacji do kraju i z niego jest zatem bardzo ograniczony.

Propaganda, ścisła kontrola życia obywateli oraz hojne programy socjalne finansowane ze sprzedaży surowców naturalnych pozwoliły na konsolidację reżimu. Programy subsydiów państwowych w dużej mierze przyczyniły się też do podniesienia standardu życia Turkmenów. Energia, woda czy sól są darmowe, a benzyna w dużej mierze dotowana. Jakkolwiek na wsiach, gdzie żyje około 60-70 procent mieszkańców, brakuje dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych, elektryczności i czystej wody. Wielu ludzi żyje poniżej progu ubóstwa, uprawiając ziemię, której plony w całości sprzedaje państwu. Dla większości marmurowy Aszchabad, pełen pałaców, ideologicznych pomników i fontann na środku pustyni pozostaje odległą marą.

 

Jak żyć?

Kwestią często pomijaną przez obserwatorów jest to, jak w tej rzeczywistości odnajdują się młodzi ludzie. Młode pokolenie nie miało szans na zdobycie dobrego wykształcenia, gdyż przez lata rządów Nyýazowa system edukacji koncentrował się na nauce Ruhnamy – „księgi duszy" autorstwa pierwszego prezydenta, aspirującej do miana moralnego przewodnika narodu. Szkolnych podręczników jest niewiele, a te dostępne są przestarzałe i zideologizowane. O ile Berdimuhamedow podjął pewne próby reformy systemu kształcenia (między innymi przywrócił dwunastoletnią naukę – wcześniej obowiązkowo należało uczęszczać do szkoły przez dziesięć lat), jego poziom nadal pozostaje niski. Uważane za prestiżowe tureckie szkoły założone w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przez Fethullaha Gülena (oskarżanego przez tureckie władze o inspirowanie puczu z lipca 2016 roku), powiązane z ruchem religijno-społecznym Nurcular, zostały zamknięte w 2011 roku pod zarzutem szerzenia islamistycznej ideologii.

Według Farida Tuhbatullina z Turkmeńskiej Inicjatywy na rzecz Praw Człowieka, głównym problemem lokalnej młodzieży jest właśnie brak dostępu do uczelni.

Po szkole młodzi ludzie chcą kontynuować naukę na studium lub wyższej uczelni – tłumaczy Tuhbatullin. – Wedle oficjalnych danych każdego roku średnio 100 tysięcy osób kończy obowiązkowe dwanaście klas, a tylko ośmiu tysiącom udaje się kontynuować naukę. Zatem ponad 90 tysięcy nie ma takiej możliwości – tłumaczy działacz.

Ponadto młodzi mężczyźni mają obowiązek odbycia dwuletniej służby wojskowej, po której zakończeniu wielu nie może wrócić na studia ani znaleźć zatrudnienia, ani nie ma pieniędzy, by wyjechać z kraju. Według nieoficjalnych danych, bezrobocie w Turkmenistanie dochodzi do 40 procent w miastach i 60 procent na wsiach, gdzie często głównym dochodem rodzin są emerytury.

Jednocześnie życie tych, którym udaje się kontynuować naukę, poddawane jest niemal całkowitej kontroli. Od studentów wymaga się bezwzględnego noszenia mundurków – dziewczęta chodzą w długich czerwonych sukniach z haftem przy dekolcie i tradycyjnych nakryciach głowy (toczkach) i warkoczach, a młodzi mężczyźni w garniturach. W internatach opiekunowie pilnują, by po godzinie dwudziestej drugiej nikt nie wychodził z pokoju. Chłopcy i dziewczęta nie mogą również odwiedzać się lub spędzać wspólnie wolnego czasu; trzymanie się za ręce lub pocałunki są surowo zakazane. Jakby tego było mało, od 2013 roku młodzi ludzie zobowiązani są składać przysięgę, że dopóki nie ukończą nauki, nie będą prowadzić samochodu oraz nie wsiądą do auta kierowanego przez innego studenta. Nie mogą również odwiedzać barów i dyskotek (których i tak oficjalnie brak) oraz chodzić do meczetów. Nie ma kawiarni ani organizacji pozarządowych, gdzie młodzież mogłaby spędzać czas, rozmawiać i udzielać się społecznie.

Jak twierdzi Tuhbatullin, na uczelniach i w czasie wolnym młodzi zazwyczaj uczą się wypełniać funkcje reprezentacyjne, śpiewają piosenki wysławiające prezydenta, trenują, maszerują. Ogromna liczba świąt narodowych i oficjalnych wydarzeń, takich jak otwarcie hotelu czy nowej drogi wymaga obecności młodzieży prezentującej program artystyczny. Próby zatem zajmują ogromną część młodości. Na mocy dekretu z 2010 roku studenci zobowiązani są również do regularnych ćwiczeń fizycznych, co akurat wielu odpowiada. Promocja zdrowego trybu życia zyskała status sprawy wagi państwowej.

 

Turkmenet

W Turkmenistanie w 2008 roku nastąpił przełom. Prezydent Berdimuhamedow po raz pierwszy umożliwił obywatelom prywatny dostęp do internetu w ramach planu modernizacyjnego, mającego na celu polepszenie relacji ze światem zewnętrznym. Otwarto państwowe kafejki w największych miastach i choć już parę kilometrów poza stolicą internet pozostaje zjawiskiem całkowicie obcym, nie można nie docenić tej zmiany. Podczas gdy dotychczas dostęp do internetu był przywilejem rządowych ofi cjeli, teraz przeciętny obywatel może łączyć się ze światem. I choć wciąż odsetek osób korzystających z internetu jest bardzo niski (według Internet World Stats wynosi 14,9 procent), względna liberalizacja, jaką przyniósł dostęp do sieci, jest nie do przecenienia.

Internetowa społeczność, która zyskała wdzięczną nazwę Turkmenet, znalazła platformę do dyskusji na kontrowersyjne tematy. Choć kwestie polityczne rzadko są podnoszone, a uczestnicy nie tylko używają pseudonimów, ale też sami się cenzurują, dyskusje na temat hip-hopu, zagranicznych filmów czy islamu są na porządku dziennym. Mimo że zarówno Facebook, Twitter, YouTube, jak i wiele innych zagranicznych portali pozostaje zablokowanych, młodzi otrzymali narzędzie, dzięki któremu mogą walczyć z cenzurą, ćwicząc swą kreatywność w obchodzeniu zakazów i wynajdywaniu coraz to nowych sposobów komunikacji.

Trudno jednak mówić o wolności. Nie tylko internet jest słabo dostępny i powolny (nawet w sąsiednim Afganistanie średnia prędkość pobierania danych jest dwukrotnie wyższa), ale również jego cena dla wielu pozostaje zaporowa. W zależności od prędkości, za miesiąc internetu należy zapłacić od 70 do 270 dolarów, co przy średnich zarobkach 250 dolarów miesięcznie jest kwotą ogromną. Mało kto może sobie na taki wydatek pozwolić, stąd popularność taryf z minutowym naliczaniem oraz internetu mobilnego z darmowym dostępem do czata i rosyjskiego portalu Odnoklassniki (odpowiednik Naszej Klasy). Kafejki internetowe prowadzone przez państwowy Turkmen Telecom są również popularne, jednak przymus rejestracji paszportowej i fakt, że są one monitorowane przez państwo, zniechęca wielu użytkowników, którzy obawiają się represji.

Co więcej, nie jest tajemnicą, że rząd od lat importuje zaawansowaną technologicznie aparaturę szpiegowską z Zachodu, na przykład FinFisher Suite, dzięki któremu możliwa jest instalacja złośliwego oprogramowania w komputerach i telefonach obywateli oraz dostęp do ich danych. Ofi arą tego lub podobnego programu padła znana turkmeńska blogerka pisząca pod pseudonimem Annasoltan oraz portal internetowy Chronicles of Turkmenistan, prowadzony z Wiednia przez Farida Tuhbatullina.

Władze boją się negatywnych tendencji w Turkmenistanie. Obawiają się, że informacje o tym, iż w kraju źle się dzieje, będą przekazywane szerszemu gronu – twierdzi Tuhbatullin.

Stąd ścisła kontrola internetu. W 2014 roku zakazano obrażania prezydenta w sieci, zaś podejrzani o antyrządową działalność karani są zakazem korzystania z internetu, a czasem nawet aresztem domowym.

 

Hip-hop – rebelia pokolenia?

Młodość musi się wyszumieć, również w Turkmenistanie. W obliczu skostniałych reguł konserwatywnego systemu nie tylko internet, ale i muzyka daje wielu poczucie wolności. Podobnie jak ich rówieśnikom zagranicą, wśród turkmeńskiej młodzieży popularny jest hip-hop ze swym kontrkulturowym i buntowniczym przesłaniem. Raperzy – w dużej mierze tworzący i mieszkający w Turcji absolwenci szkół Gülena – odwołują się do koncepcji çyraçy (odpowiednik macho) wysławiającej kult męskości, szybkie samochody i rozrywkowe kobiety. W piosence Garagolja gyz (Niegrzeczna dziewczyna) raper Syke opowiada historię dziewczyny, która dopuściła się czynu społecznie nieakceptowalnego – wsiadła do samochodu çyraçy. Choć teksty Syke'a (czy innych turkmeńskich raperów, na przykład Zumera) rzadko traktują o polityce, sam ich styl, wyrażany bunt przeciwko normom społecznym, rodzicom, tradycyjnemu ubiorowi, nudzie dnia codziennego oraz język przepełniony wulgaryzmami sprawiają, że raperzy nieustannie pozostają na celowniku władz – bo dają zły przykład i deprawują młodzież.

Jak napisał turkmeński bloger o pseudonimie Khan: „Świat zewnętrzny myśli, że my Turkmeni żyjemy w państwie terroru. Tak naprawdę nie zawsze jest tak; wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że coś jest nie w porządku. Nie, większość czasu jesteśmy po prostu znudzeni, znudzeni, znudzeni". Brak pracy, perspektyw czy możliwości wyjazdu za granicę sprawia, że młodzież ucieka w świat marzeń o szybkich samochodach, wolności i pieniądzach. To eskapizm, ale również sposób na poczucie się częścią dalekiego świata, zaspokajanie potrzeby bycia nowoczesnym i, po prostu, rozrywka, której nie są w stanie dostarczyć śpiewający patriotyczne pieśni reżimowi piosenkarze.

Buntowniczy raperzy nie mają łatwego życia. Nie tylko nie mogą nagrywać w oficjalnych studiach w kraju, nie mogą również legalnie sprzedawać swoich płyt. W rezultacie kwitnie handel pirackimi nagraniami i proceder nielegalnego ściągania utworów przez internet (co i tak jest coraz trudniejsze, gdyż władze dbają o to, by dostęp do muzyki był ograniczony). Raperzy padli też ofiarą poważniejszych represji: za używanie nieobyczajnego języka Syke otrzymał zakaz wyjazdu z kraju, a paru innych zostało wezwanych do podpisania oświadczenia, że w swoich utworach nie będą używać niecenzuralnych wyrazów.

Jednak jak twierdzi Christopher Schwartz, redaktor naczelny portalu New Eurasia, poza kulturą hiphopową, w obrębie niższych klas społecznych wytworzyła się undergroundowa scena klubowa, grupy organizujące wyścigi samochodowe, a młodzież spotyka się, pije alkohol i zwyczajnie korzysta z życia. Władze są świadome tych zjawisk, jednak często przymykają na nie oko.

 

Uciec, ale dokąd?

Niski poziom nauczania, bezrobocie i ogólny brak perspektyw sprawiają, że wielu młodych Turkmenów marzy o wyjeździe z kraju. Dla wielu, szczególnie tych z zamożnych rodzin, studia za granicą są jedynym wyjściem. Co roku rząd funduje pewną liczbę stypendiów zagranicznych, szczególnie na uczelniach w Rosji, Malezji czy Chinach (wcześniej w Turcji), ponadto wielu młodych stara się zorganizować studia na własną rękę. Jednak, jak tłumaczy Schwartz, otrzymanie pozwolenia na wyjazd wymaga przejścia przez labirynt biurokracji oraz korupcji i do samego końca nie można być pewnym, czy cel uda się zrealizować. Wymóg otrzymania wizy wyjazdowej jeszcze bardziej utrudnia i tak skomplikowaną procedurę. Dodatkowo poziom wiedzy i znajomości języków obcych młodych Turkmenów znacznie odbiega od zagranicznych standardów, przez co często zmuszeni są oni kończyć dodatkowe kursy, zanim zostaną dopuszczeni na uczelnie.

Problemy nie powstrzymują jednak exodusu, a poza krajem studiują tysiące obywateli Turkmenistanu, głównie na Ukrainie, Białorusi i w Rosji. Jednak w 2009 roku reżim zdecydował się ponownie ograniczyć możliwości wyjazdu za granicę, gdzie młodzież często wystawiona jest na działanie liberalnych idei, rzekomo sprzecznych z turkmeńską mentalnością i tradycjami. Wielu studentów nigdy nie wróciło do domu, inni w negatywny sposób wypowiadali się na temat swojego kraju w zagranicznych mediach, a jeszcze inni dopuścili się drobnych przestępstw. Słowem: działali na szkodę ojczyzny. W odpowiedzi urząd migracyjny w porozumieniu z Ministerstwem Bezpieczeństwa Narodowego wypracował metody zapobiegania wyjazdom, takie jak konfiskata paszportu czy sporządzenie czarnej listy osób, które są objęte zakazem opuszczania kraju. Wszystko to ze względu na szeroko rozumiane bezpieczeństwo narodowe.

Według raportu Turkmeńskiej Inicjatywy na rzecz Praw Człowieka, by otrzymać szansę na zdobycie pracy w Turkmenistanie po zagranicznych studiach, należy nostryfikować dyplom w Ministerstwie Edukacji i uiścić nawet do 15 tysięcy dolarów opłat administracyjnych. Ale nawet wówczas praca nie jest gwarantowana, gdyż sektorem publicznym rządzą korupcja i nepotyzm. Toteż często przed powrotem do domu, młodzi Turkmeni szukają sposobów na pozostanie za granicą przedłużając wizy, szukając pracy, partnera czy starając się o azyl polityczny. Jak twierdzi Tuhbatullin, dla młodych Turkmenów nawet Białoruś jawi się jako oaza wolności, szczególnie tej obyczajowej. Chociaż młodzież nie buntuje się przeciw systemowi jako takiemu, wielu „głosuje nogami", wybierając emigrację.

 

Pasywne pokolenie

Zapytany, czy zmiana systemu w Turkmenistanie jest możliwa, Tuhbatullin zaprzecza. Jego zdaniem w Turkmenistanie brakuje ludzi, którzy pragnęliby rewolucji, gdyż ta postrzegana jest jako chaos i bratobójcza walka szaleńców. Istnieje przekonanie, że „mądrzy ludzie zawsze wspierają władze". Pasywność w kwestiach politycznych jest normą. Bierze się to również z faktu, że w oczach Turkmenów i innych narodów regionu, demokracja i Zachód skompromitowały się i straciły wiarygodność poprzez wojny w Afganistanie i Iraku, o których tak często wspomina propaganda rosyjska – jedyny zewnętrzny głos słyszalny w kraju.

Jednocześnie zdziesiątkowana elita intelektualna, częste czystki w obozie władzy, niski poziom edukacji oraz brak możliwości zrzeszania się uniemożliwiają jakąkolwiek społeczną mobilizację. Grupy opozycyjne poza granicami kraju są często podzielone i brakuje im wsparcia, a w samym państwie setki przeciwników władzy zaginęły bez śladu. Powstała w 2013 roku międzynarodowa kampania zatytułowana „Prove they are alive" („Udowodnijcie, że żyją") wzywa rząd Turkmenistanu do udostępnienia informacji na temat osób aresztowanych, po których słuch zaginął. Rząd twierdzi jednak, że w kraju nie ma więźniów politycznych.

Poproszeni o komentarz do niniejszego artykułu nasi turkmeńscy gospodarze grzecznie odmówili.

 

Agnieszka Pikulicka-Wilczewska jest redaktorką „New Eastern Europe" i „E-International Relations".

 

Reportaż ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (styczeń-luty 2017). Co jeszcze w numerze?

 

Wykorzystane zdjęcie: Dan Lundberg (cc by-sa 2.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Paradoksy pracy tłumacza

20.09.2017
Aneta Kamińska, Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu