Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Zmienne stany
2017-01-26
Eugeniusz Smolar, Zbigniew Rokita

„Niepewność towarzysząca rządom Trumpa może być bodźcem dla różnych państw – może i europejskich – do szukania porozumienia z dotychczasowymi przeciwnikami, takimi jak Chiny czy Rosja, Iran czy Arabia Saudyjska” – z Eugeniuszem Smolarem rozmawia Zbigniew Rokita.

ZBIGNIEW ROKITA: Barack Obama podsumowując swoją prezydenturę oświadczył: „Niemal w każdym kraju na planecie Ameryka jest dziś postrzegana jako silniejsza niż osiem lat temu” – chyba trudno obronić tezę, że USA wzmocniły swoją pozycję na świecie w ciągu ostatnich ośmiu lat?

EUGENIUSZ SMOLAR: Obama objął rządy w warunkach ogromnego kryzysu ekonomicznego, który groził załamaniem nie tylko gospodarki amerykańskiej, ale i światowej. Kryzys ten w dużym stopniu wpłynął na sytuację w Europie – konsekwencje są odczuwalne do dziś. Fakt, że Obama ze swoja ekipą sięgnęli po niekonwencjonalne metody, jak czasowe przejmowanie i gwarantowanie spłaty długów amerykańskich koncernów, sprawiło, iż w zdumiewająco krótkim czasie udało się ten kryzys opanować. Stany Zjednoczone wstąpiły na drogę rozwoju gospodarczego, co widać w statystyce: zarówno wzrostu wartości produkcji czy wymiany handlowej, jak i spadku bezrobocia, które dziś wynosi 4,5–5 procent. Stany Zjednoczone były też źródłem stabilizacji i przewidywalności gospodarczej, promowały globalizację – także we własnym interesie. Doprowadzały do rozwoju gospodarczego licznych krajów na świecie, czego przejawem jest fakt, że w krajach najbiedniejszych setki milionów ludzi udało się wyciągnąć z ubóstwa, rozwijały się Indie, Chiny, niektóre państwa afrykańskie. Z punktu widzenia gospodarki przywołane zdanie Obamy jest więc uzasadnione.

Nieuzasadnione było natomiast przekonanie Obamy, że stosowanie środków twardych, głównie o charakterze wojskowym, nie przynosi rezultatu (w niektórych aspektach od tego zresztą odchodził). Środki te uważał wręcz za źródło wielu problemów.

W taką politykę Obamy wpisywało się słynne przemówienie wygłoszone w Kairze do świata muzułmańskiego w 2009 roku, wpisywało się otwarcie wobec Iranu, którego finałem było porozumienie dotyczące wstrzymania irańskiego programu nuklearnego. Inna sprawa, że owe porozumienie przez jednych jest chwalone, a przez innych ganione, bo ma nie dawać dostatecznych gwarancji oraz przyczyniło się do wzrostu regionalnego znaczenia Teheranu.

Wyciągając wnioski z klęski interwencji w Iraku, prezydent miał rację twierdząc, że zaangażowanie wojskowe, gdy nie posiada się koncepcji i narzędzi służących trwałym rozwiązaniom politycznym w danym kraju, a już szczególnie na Bliskim Wschodzie, prowadzi do nieszczęść. Elementem, który decyduje o spuściźnie Obamy jest powstrzymanie się przed interwencją w Syrii. Wcześniej ociągał się z interwencją w Libii, ale ta była w głównym stopniu efektem zabiegów Europejczyków, którzy niejako wymusili na Waszyngtonie wsparcie: dążył do niej głównie Paryż, także Londyn. Efekty działań w Libii utwierdziły Obamę w przekonaniu, że jeśli nie ma się planu wyjścia, nie powinno się przystępować do działań. Katastrofa w tym przypadku polegała na tym, że po rozbiciu rządów Muammara Kaddafiego nie zdecydowano się na wprowadzenie wojsk, ponieważ Rosjanie zawetowali takie rozwiązanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a Libia do dziś jest zdestabilizowana, o władzę walczą lokalni watażkowie.

Takie poglądy Obamy nie oznaczały jednak, że był on pacyfistą: ogromnie rozbudował program selektywnych ataków przy pomocy dronów oraz sił specjalnych, głównie w Afganistanie i Pakistanie, także w Afryce. Doskonale rozumiał znaczenie eliminowania przywódców wrogich ugrupowań terrorystycznych.

We wspomnianej Syrii Obama przeciwstawiał się bezpośredniemu zaangażowaniu wojskowemu na większą skalę, twierdził, że sytuacja jest niejednoznaczna, że potencjalni zwolennicy nie są wiarygodnymi partnerami, a dostarczenie im broni może w przyszłości okazać się szkodliwe dla interesów USA i całego Zachodu. Mógł mieć rację, ale o tym się już nie przekonamy. Polityka ta umożliwiła utrzymanie się przy władzy Bashara al-Assada i katastrofę humanitarną, ułatwiła także aktywizację Rosji w tym konflikcie i jej powrót, na razie w ograniczonym stopniu, na Bliski Wschód.

 

Obama nie zareagował, gdy Bashar al-Assad użył broni chemicznej, mimo że wcześniej zapowiedział, iż sięgnięcie po nią będzie przekroczeniem „czerwonej linii”. Nie wypełnił też zobowiązań, które wziął na siebie Waszyngton w ramach memorandum budapeszteńskiego z 1994 roku – gwarantował w nim integralność terytorialną Ukrainy. Czy Moskwa mogła odebrać takie działania Waszyngtonu jako sygnał, że jeśli w bardziej zdecydowany sposób będzie walczyć o swoje interesy na świecie, nie spotka ją kontrreakcja USA?

Zapewne tak. Waszyngton nie był gotowy do podjęcia ryzyka wojny z Rosją, potęgą nuklearną, która była zdeterminowana do obrony własnych interesów w swoim najbliższym otoczeniu. Niedotrzymanie danego słowa z 1994 roku wzmocniło postrzeganie USA pod rządami Obamy jako kraju, który nie jest skory do wojskowego angażowania się w obronie państw trzecich. Waszyngton nie miał i do dziś nie ma poczucia, że bezpieczeństwo Ukrainy determinuje bezpieczeństwo Zachodu. Stosunki z nią są dla Amerykanów – także dla licznych państw europejskich – funkcją relacji z Rosją. Kijów uzyskał wsparcie polityczne i znacznie mniejsze wojskowe – mimo poparcia Kongresu dla takiego kroku – ze względu na konieczność wyznaczenia Moskwie granic postępowania. W rezultacie Rosja zdecydowała się do angażowanie się w konflikt na Donbasie w stosunkowo ograniczonym stopniu, zgodziła się na proces miński. Trudno nazwać go pokojowym, ale sprzyja on jednak zwiększeniu przewidywalności stosunków – strony znają swoje stanowisko oraz interesy, prawo głosu ma również Kijów. Mamy de facto do czynienia z nadal ograniczonym konfliktem o nieprzewidywalnych konsekwencjach.

 

Co natomiast przyniosły rządy Obamy z punktu widzenia Europy Środkowej? Kropką nad i był tutaj szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego w Warszawie i zdecydowanie się przez Waszyngton na strategię odstraszania wobec Rosji.

Z punktu widzenia naszego regionu Stany Zjednoczone Obamy odegrały zdecydowanie pozytywną rolę. Zacznę od rzeczy najbardziej kontrowersyjnej, czyli zmiany stosunku Waszyngtonu do bazy antyrakietowej, która miała być umieszczona na terenie Polski. Według zamysłu ekipy George'a W. Busha baza miała służyć wyłącznie obronie USA, natomiast według planu jego następcy ma się tam znaleźć typ broni, która może zostać wykorzystana do obrony europejskich sojuszników Ameryki. Ponadto już na początku rządów Obama przyczynił się do przygotowania przez NATO planów ewentualnościowych dla Polski i krajów bałtyckich, z czym wcześniej – w obawie przed antagonizowaniem Moskwy – się wstrzymywano. O opracowanie tych planów apelowała polska dyplomacja od chwili naszej akcesji do Sojuszu. Ich powstanie to oczywiście zasługa całego NATO, jednak nic nie dzieje się w tej organizacji bez wsparcia USA. Wzmocnił on także – co jest ważne w kontekście niepewności towarzyszącej przejmowaniu sterów przez Donalda Trumpa – wschodnią flankę Sojuszu. Krótko mówiąc, prezydentura Obamy z punktu widzenia naszego regionu przyniosła poważne podwyższenie poziomu naszego bezpieczeństwa w obliczu agresywnych i nieprzewidywalnych poczynań Rosji.

Polska stała się w tym czasie widocznym aktorem politycznym w Europie. Było to skutkiem zarówno konsekwentnej polityki wzmacniania naszej własnej obronności, jak i aktywności w ramach NATO i UE. Z Waszyngtonu płynęły sygnały, że warunkiem posiadania przez Polskę wpływów są dobre relacje na linii Warszawa–Berlin. Była o tym mowa w latach 2005-2006 i do końca prezydentury Obamy nic się tu nie zmieniło. Takie postawienie sprawy było dodatkowym bodźcem dla Polski, który sprawiał, że nasze stosunki z Berlinem się pogłębiały: w różnych wymiarach, głównie gospodarczym, ale i politycznym.

 

Jednym z pierwszych kroków, które podjął Trump, było wycofanie USA z Transpacyficznej Umowy o Wolnym Handlu. Czy widzi Pan dziś przesłanki, które pozwalają twierdzić, że nowy prezydent dokona wolty w amerykańskiej polityce zagranicznej?

Przesłanek wciąż brakuje. Jedynymi sygnałami są wypowiedzi samego Trumpa z kampanii wyborczej i liczne oświadczenia jego najważniejszych współpracowników, które owym wypowiedziom zaprzeczały, jak na przykład stanowisko w kwestii znaczenia NATO. Waszyngton od dawna chce, aby sojusznicy europejscy wzięli na siebie większy ciężar wydatków na obronność. To stanowisko jest uzasadnione i Polska dawała temu wielokrotnie wyraz – między innymi poprzez wypełnianie wymogu wydatków na obronę w wysokości 2 procent PKB w każdym kraju członkowskim. Nie wiemy jednak wiele więcej, w polityce Trumpa brakuje stałych punktów odniesienia, które były obecne w Europie od 1945 roku. Może to być bodźcem w różnych państwach – nie wykluczam, że też w Europie – do dostosowywania się do nowej sytuacji poprzez szukanie porozumienia z dotychczasowymi przeciwnikami, jak Chiny czy Rosja, Iran czy Arabia Saudyjska. Jednocześnie będzie działo się to ze szkodą dla jedności sojuszniczej. Widzimy obecnie, jak do nowej sytuacji dostosowują się na przykład Filipiny w stosunkach z Chinami i odwróceniem się od USA albo Katar, który wspierał wraz z Arabią Saudyjską i Turcją opozycję w Syrii, a w ostatnich dniach postanowił zainwestować 5 miliardów dolarów w Rosnieft. Takich przykładów jest więcej.

 

Eugeniusz Smolar jest specjalistą w zakresie stosunków międzynarodowych. Były działacz opozycji w PRL i dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie. Były prezes, a obecnie analityk oraz członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych.

 

Fot. Archiwum prywatne Eugeniusz Smolara


Polecamy inne artykuły autora: Eugeniusz Smolar
Polecamy inne artykuły autora: Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Spotkania z Maciejem Jastrzębskim w Krakowie

21.04.2017
NEW
Czytaj dalej

Stać po stronie ofiar

21.04.2017
Zbigniew Rokita Grzegorz Motyka
Czytaj dalej

Donbas: taktyka zamiast strategii

20.04.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

Czas bić na alarm

19.04.2017
Zbigniew Rokita Małgorzata Nocuń Paweł Kowal Bartłomiej Sienkiewicz
Czytaj dalej

Nieuleczalnie nieposłuszny

18.04.2017
Zbigniew Rokita Aleksander Podrabinek
Czytaj dalej

1% dla „Nowej Europy Wschodniej”

16.04.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu