Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Donbaska lekcja historii
2017-02-14
Denis Kazański

Po niedawnej likwidacji znanego bojownika „DNR" Motoroli mówiło się, że Giwi będzie następny. I rzeczywiście: kilka dni temu ten komendant polowy padł martwy. Rosjanie stawiają na polityczne uregulowanie konfliktu, a wojenni bohaterowie donbaskiej wojny giną jeden po drugim.

 

Zamordowanie Michaiła Tołstych znanego jako Giwi nie wywołało takiego zainteresowania w mediach, jak poprzednie, podobne przypadki. W Rosji Tołstych nie był tak popularny jak Arsen Pawłow – Motorola, którzy zginął jesienią. Pewnie wynikało to z faktu, że – w odróżnieniu od Motoroli – Giwi był wychodźcą z Donbasu, a nie obywatelem Rosji, a sami Rosjanie nie traktowali go jako do końca „swojego". Na Ukrainie dawno zaś przyzwyczajono się do doniesień o licznych porachunkach między rozmaitymi ugrupowaniami i frakcjami w „DNR" i „ŁNR", przyzwyczajono się też do zabójstw ich liderów.

 

Symptomatyczny było to, jak wyglądał pogrzeb Giwiego. Październikowy pochówek Motoroli zmienił się w spektakl z wielkim rozmachem: do wzięcia w nim udziału zagnano tysiące studentów oraz miejscowych pracowników budżetówki i zmuszono ich do „opłakiwania" bojownika. Tym razem pogrzeb był znacznie skromniejszy. W oficjalnej gazecie „Doniecka republika", którą przygotowuje tak zwane Ministerstwo Informacji DNR, Giwiemu poświęcono niewiele miejsca. Jego portret w czarnej ramce znalazł się w rogu pierwszej strony, tuż obok codziennych wiadomości. Większą część strony – tradycyjnie – zajął portret lidera separatystów, Aleksandra Zacharczenki.

 

Jest wiele wersji mówiących o tym, kto mógł stać za zamordowaniem Giwiego. Separatyści – tradycyjnie – odpowiedzialnością obarczyli ukraińskich dywersantów. Trudno dać jednak wiarę takiemu scenariuszowi. Bojownikom nie tylko nigdy nie udało się schwytać owych dywersantów, którzy mieliby prowadzić działalność wywrotową na tyłach „DNR"; kamery nigdy nie zarejestrowały nawet ich obecności. Biorąc pod uwagę, że Giwi był zlikwidowany na terytorium bazy batalionu Somali, którym sam dowodził, trudno uwierzyć, że dywersanci mogli przedrzeć się tam, dokonać morderstwa i niepostrzeżenie się ulotnić. To wersja wiarygodna tylko dla fanów filmów o superagentach. W rzeczywistości wszystko wskazuje na to, że Giwi był zamordowany bądź przez swoich towarzyszy broni, bądź przez „rosyjskich patronów", których nikt nie ośmielił się powstrzymać.

 

W końcu pierwsze zabójstwa komendantów polowych z lat 2014-2015 były dokonywane otwarcie, nie snuto opowieści o ukraińskich dywersantach. Wówczas ofiary nazywano bandytami i maruderami, co nie było zresztą dalekie od prawdy. Wszystkich liderów separatystów nie da się jednak w propagandowym przekazie w ten sposób przedstawić i dlatego o kolejne morderstwa bojowników zaczęto oskarżać ukraińskie służby specjalne.

 

Na rzecz tej wersji przemawia też prosta logika. W czasie, gdy strony konfliktu spotykają się w ramach procesu mińskiego, nie ma już miejsca dla Mozgowoja, Driemowa, Motoroli, Giwiego, Abchaza oraz innych – dziś żywych lub martwych – komendantów polowych „DNR". Nie obejmie ich też ukraińska amnestia: nad Dnieprem obwołano ich zbrodniarzami wojennymi, dla których nie będzie zmiłowania. Również sami liderzy bojowników niechętnie godzą się w ogóle na funkcjonowanie w ramach jednej Ukrainy – kraju, który wielokrotnie obiecywali zniszczyć. Charyzmatyczni komendanci byli potrzebni Moskwie na początkowym etapie wojny, jednak dziś, gdy Kreml skupia się na politycznym uregulowaniu konfliktu, donbaskie jastrzębie są już zbędne.

 

W kontekście pojawiających się w ostatnim czasie doniesień o tym, że Rosja w końcu zgodziła się poczynić pewne ustępstwa w rozmowach pokojowych, a także wobec oświadczeń rosyjskich urzędników o tym, iż Donbas stanowi część Ukrainy, likwidacja Giwiego zdawała się nieuniknionym i logicznym krokiem. Oczywiste, że Ukraina nie może przeprowadzić na okupowanych dziś terytoriach wybory i zalegalizować ich szczególny status dopóki, dopóty znajdują się tam ludzie mordujący i torturujący ukraińskich wojskowych. Pozbyć trzeba się przynajmniej tych, których wypromowały rosyjskie media.

 

Historyczne doświadczenie pokazuje, że w Rosji wykonawców powierzonych zadań likwiduje się szybko i bez skrupułów, gdy przestają być potrzebni. Wojna na Donbasie stanie się jeszcze jedną lekcją dla tych, którzy kiepsko znają rosyjską historię.

 

Denis Kazański jest ukraińskim dziennikarzem i ekspertem.

 

 

 

Polecamy także:

Wezmą cię do piwnicy i zastrzelą: z Denisem Kazańskim o donbaskich elitach, konfliktach w ich łonie i życiu w „DNR" rozmawia Kuba Benedyczak.

Fot. Andrew Butko (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org

 

 

 


Polecamy inne artykuły autora: Denis Kazański
Powrót
Najnowsze

Rosjanie przestają się bać

23.08.2017
Lilia Szewcowa Mateusz Dobrek
Czytaj dalej

Litewski kalejdoskop

21.08.2017
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Skandal „rakietowy”?

18.08.2017
Paweł Kost Mychajło Samus
Czytaj dalej

Dlaczego Europa nie rozumie Rosji?

15.08.2017
Michael Romancev
Czytaj dalej

Wykopcie i zlikwidujcie ten polski, szpiegowski brud

11.08.2017
Andrzej Nowak Ireneusz Dańko
Czytaj dalej

Nie z pozycji siły

10.08.2017
Aleksander Radczenko
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu