Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Morska dekoracja
2010-04-30
Witalij Portnikow
Po ratyfikowaniu umowy gazowej podpisanej przez prezydentów Dmitrija Miedwiediewa i Wiktora Janukowycza, w zadymionej sali Rady Najwyższej Ukrainy jakoś niezręcznie mówić o tym dokumencie wyłącznie w kategoriach biznesowych. Ukraińska władza potraktowała podpisanie umowy jako świadectwo poprawy stosunków z Rosją i wywiązanie się z socjalnych zobowiązań. Z kolei opozycja uznała tę decyzję za zdradę i niepoważanie narodowych interesów. Dla obu stron symbolem stosunków ukraińsko-rosyjskich jest Flota Czarnomorska.

Flota Czarnomorska to absolutnie niesamowity wojskowy twór. Nic nie może się jej przeciwstawić na Morzu Czarnym, bo inne kraje regionu nie mają flot. Powód jest prosty – nie są one potrzebne. Oczywiście kraje NATO mają lepsze floty na Morzu Śródziemnym i w razie potrzeby mogą przepłynąć na Morze Czarne przez cieśniny znajdujące się pod kontrolą turecką, a wtedy Flota Czarnomorska nie będzie mogła im zagrozić. Taki scenariusz to jednak wymysł nienaukowej fantastyki, bo nikomu nie jest potrzebny konflikt NATO i Rosji.

Sam fakt istnienia Floty Czarnomorskiej ma swoje podstawy – jest cmentarzyskiem Imperium Rosyjskiego. Antyimperialnie nastawieni Ukraińcy powinni popatrzeć na nią z wdzięcznością. Flota miała zdobyć Konstantynopol (Imperium Rosyjskie chciało kontrolować cieśniny) i nie można powiedzieć, że zadania nie wykonała. Ale pociągnęło ono za sobą upadek imperium, gdyż walka o cieśniny i wojny krymskie wymagały takiego rozproszenia sił, środków i strategicznych surowców, że przyczyniły się do rozpadu Rosji podczas I wojny światowej. Flota pozostała w Sewastopolu – już jako radziecka. Po II wojnie światowej i powstaniu NATO jej zadania sprowadziły się do kontrolowania zamkniętego akwenu. Z floty basenowej przeobraziła się w morską tylko ze względu na kolejny kryzys imperium. Kraje, które mogą się jej obawiać – Ukraina i Gruzja – są dziwnymi celami. Na terytorium Ukrainy Flota stacjonuje właściwie tylko po to, aby o niej mówić, bo inaczej trzeba byłoby wymyślić inne uzasadnienie dla jej istnienia. Dzięki niej można zamaskować upadek „patriotycznych” sił i zmusić ich elektorat do wybaczenia  nieprofesjonalizmu, złodziejstwa i beztalencia. Gruzja zaczęła bać się Floty po tym, jak Tbilisi całkowicie straciło kontrolę nad Abchazją i Osetią Południową, z tym że Gruzji nie ma już czego zabierać.

Stwierdzenie, że w Rosji tego nie rozumieją, byłoby śmieszne. Flota Czarnomorska to zbieranina przerdzewiałych okrętów, które służą od ponad trzydziestu lat, więc już dawno przestały być przydatne. Do 2015 roku jednostki te zgniją do końca. W najbliższym czasie z Floty ma zniknąć krążownik Oczakiw i dieslowa łódź podwodna B-380 Swiatoj Kniaź Georgij, zbudowana w 1982 roku. W planach jest pozbycie się krążownika Kercz, szpitalnego okrętu Jenisej, morskiego transportowca Turgaj, okrętu kładącego kable Setun i morskiego transportowca uzbrojenia Gienerał Rjabikow. W bieżącym roku nie ma szans na nowe okręty, zresztą nie są do niczego potrzebne. Ich budowa jest zresztą niemożliwa ze względu na zamówienia zagraniczne. Teoretycznie można wykorzystać stocznię w Mikołajowie, ale to również nie ma sensu – trzeba by wykonywać zlecenia zagraniczne po to, aby samemu płacić do cudzego budżetu. Rozmowy o zakupieniu we Francji lotniskowca Mistral to raczej dowód na korupcję, bo Mistral nie jest Flocie Czarnomorskiej potrzebny. Czy na Krymie można zacumować inne okręty? Można, ale trzeba by zlikwidować Floty Północną i Bałtycką. Czy trzeba tłumaczyć, że tamte flotylle – w odróżnieniu od Czarnomorskiej – mają realne znaczenie?

Wszystkie inne informacje rozpowszechniane o Flocie Czarnomorskiej są zwykłym kłamstwem, wykorzystywanym do odwrócenia uwagi od biznesowej umowy doświadczonych spekulantów. Nie chcę się wdawać w szczegóły kontraktów energetycznych, bo wszystkie miały podwójne dno. Komentarze są sprzeczne, ale jasne jest, że rosyjskie i ukraińskie władze na nich nie stracą. Kreml musiał jakoś wytłumaczyć Rosjanom, dlaczego po długich rozmowach o „rynkowej” cenie gazu podjęto niekorzystną decyzję. Flota była doskonałym wykrętem, przy którym zbladły lękliwe szepty o niby darowanych Ukrainie 40 miliardach dolarów.

Tak naprawdę nikt nikomu niczego nie daruje. Rosyjska władza doskonale rozumie tymczasowość sytuacji. Nie przez przypadek Władimir Putin naciska na budowę South Streamu, tłumacząc jego niezbędność wyłącznie niestabilnością Ukrainy. Powstanie także North Stream. Każdy następny gazociąg to duże zarobki, ale najpierw trzeba w niego zainwestować. Kontrakt z Ukrainą to „żywe” pieniądze – dużo bardziej żywe niż martwa flota.

Witalij Portnikow

Przełożył Paweł Pieniążek

Polecamy inne artykuły autora: Witalij Portnikow
Powrót
Najnowsze

Okiem Kremla: jak Polska fałszuje historię

03.01.2020
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Kraków: Polacy w Petersburgu na przełomie XIX i XX wieku

29.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Wojtyła, czyli prometeizm w Watykanie

27.12.2019
Cornelius Ochmann
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

22.12.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Rusza nabór do Akademii Ziem Zachodnich i Północnych

19.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Gacharia sucharia i kurczaki, czyli o kolejnym miesiącu antyrządowych protestów w Gruzji

19.12.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu