Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Pięć zmarnowanych lat
2010-04-22
Z Serhijem Żadanem rozmawia Paweł Pieniążek
Paweł Pieniążek: Minęło pięć lat od pomarańczowej rewolucji. Jak, Twoim zdaniem, został wykorzystany ten czas?

Serhij Żadan*: Uważam, że go zmarnowano. Podczas tworzenia nowego rządu oglądałem program telewizyjny, w którym wypowiadała się deputowana z partii Wiktora Juszczenki Nasza Ukraina. Powiedziała, że ma wrażenie, jakby na Ukrainie tych pięciu lat nie było. Te słowa idealnie opisują sytuację – pięć zmarnowanych lat.

Czy dzięki pomarańczowej rewolucji zaszły jakiekolwiek pozytywne zmiany, czy zaprzepaszczono wszystko, co było można?

W tym rzecz, że zaprzepaszczono absolutnie wszystko. Z tego, co deklarowano prawie pięć lat temu, nie zrealizowano prawie nic. Niby upłynęło trochę czasu i powinniśmy podchodzić do tamtych obietnic z większym dystansem, ale pamięć społeczna jest krótka, więc pomarańczową rewolucję ocenia się tylko w kategoriach sukcesu Juszczenki. Tymczasem on nie był jej przyczyną ani problemem. Był przypadkową postacią, którą chwila wyniosła na piedestał. Gdyby nie było Juszczenki, byłby ktoś inny. Istniało zapotrzebowanie na „mniejsze zło”. O tym też zapomniano. Nie było „dobrego” i „złego” kandydata, był „zły” i mniej „zły”. Wybrano tego drugiego, jednak nikt nie spodziewał się, że zło tak szybko się rozrośnie.

Jeśli przyjrzymy się porewolucyjnej karierze politycznej Wiktora Andriejewicza i jego doradców, a przede wszystkim kwestiom poruszanym w trakcie rewolucji, zobaczymy, że wszystkie problemy pozostały – problemy małego i średniego biznesu, społeczne, socjalne, ekonomiczne, polityczne... Nie tylko ich nie rozwiązano, ale nawet nie podjęto żadnych kroków w tym kierunku.

W listopadzie ubiegłego roku byłem na otwarciu stadionu Metalist w Charkowie. Zbudował go i sfinansował tamtejszy oligarcha i prezes klubu Ołeksandr Jarosławski, który od zawsze popiera Partię Regionów. Na otwarciu stadion był zapełniony. Przyjechał także prezydent Juszczenko. Gdy rozpoczął przemówienie, wszyscy zaczęli gwizdać, zagłuszając jego słowa. Coś tam czytał z kartki, ale nikt go nie słuchał. Z jednej strony była to tragiczna chwila, bo pokazała, że pomarańczowa władza z jakichś powodów nie mogła się realizować we wschodnich częściach Ukrainy. Po prostu się nie przyjęła i nie miała żadnego autorytetu, a co za tym idzie – żadnego wpływu. Z drugiej strony to było logiczne, bo Juszczenko nie zrobił nic, aby zjednoczyć dwa zwaśnione obozy. Zaraz po wyborach zapomniał, że głosowało na niego tylko nieco ponad 50 procent społeczeństwa.

Nasi politycy zachowują się tak, jakby nie interesowało ich rozwiązywanie problemów. Wolą „stan wojny”, bo dzięki niemu zyskują głosy wyborców i utrzymują się na fali. W dzisiejszej polityce wszystkie działania skierowane na znalezienie konsensu idą w odstawkę. Zyskuje grupa polityków żywiących się problemami, zwykłych pasożytów.

Jeśli społeczeństwo zapomni o problemach językowych, orientacji na Rosję czy NATO, a zajmie się wyłącznie kwestiami socjalnymi i ekonomicznymi, to politycy tej generacji, ze „szkoły kuczmowskiej” będą niepotrzebni, a w innych warunkach działać nie potrafią.

Byłeś jednym z pisarzy, którzy podpisali apel przeciwko działaniom Narodowej Eksperckiej Komisji Obrony Moralności Społecznej. Jednym z efektów pomarańczowej rewolucji miała być wolność słowa, tymczasem pomarańczowa władza występowała z takimi inicjatywami jak NEK, która raczej z wolnością słowa walczy.

To paradoks. Z jednej strony pomarańczowym nie można zarzucić nastawania na swobodę wypowiedzi. Nikt nie próbował podważać tego osiągnięcia, bo jakaś tam swoboda słowa jest. Z drugiej strony większość mediów należy do grup politycznych i oligarchicznych. Dziennikarze mogą się swobodnie wypowiadać, chociaż tylko w obrębie reprezentowanej przez siebie grupy. Ale nie ma cezury, dziennikarzy się nie prześladuje, nie ma nacisków na media. Przynajmniej oficjalnie.

Równocześnie główny etap rozwoju NEK miał miejsce podczas prezydentury Juszczenki, co świetnie pokazuje dwoistość polityki byłego prezydenta. Jedną ręką bronił tak zwanych „europejskich demokratycznych wartości”, a drugą wprowadzał wartości nadzwyczaj konserwatywne, jak na przykład ciągła polityka historyczna albo rewizja wydarzeń historycznych. Po deklaracjach o swobodzie słowa dostaliśmy represywny organ, który zajmuje się wprowadzaniem oficjalnej cenzury. To wszystko nie mieściło się w głowie przeciętnego obywatela Ukrainy.

Na szczęście Komisji nie udało się wykorzystać całego politycznego potencjału prezydenta Juszczenki, jednak nastąpiła polityczna zmiana warty. Przyszli inni ludzie i nie wiadomo, jak potoczy się kwestia swobody słowa. Dlatego razem z kolegami – Jurijem Andruchowyczem, Andrijem Bondarem i Lesem Poderwjanśkym – zareagowaliśmy, chcąc ostrzec społeczeństwo.

Cały czas istnieje niebezpieczeństwo, że NEK jako represywny organ zaktywizuje się, a wtedy zaczną się poważne problemy literatury, sztuki i mediów. Zadziałaliśmy prewencyjne, bo na razie nic strasznego się nie dzieje, chociaż od czasu do czasu Komisja robi jakieś niepojęte rzeczy, na przykład uznaje jakąś książkę za pornograficzną i rekomenduje usunięcie jej reklam.

Podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku startowało aż osiemnastu kandydatów. Wpłynęło to na jakość i różnorodność kampanii, czy wyborcy byli skazani na tandem Tymoszenko-Janukowycz?

Żaden ze mnie politolog, ale odniosłem wrażenie, że cała kampania miała uświadomić społeczeństwu brak wyboru. Podobnie jak w 2004 roku, były dwa „zła”. „Nowi” kandydaci – Serhij Tihipko, Arsenij Jaceniuk – odegrali role techniczne. Mieli zdezorientować wyborców i pokazać, że niby mamy pluralizm. Znam wiele osób, które głosowały na któregoś z „nowych”, bo widziały w nich szansę na powiew świeżości w polityce. Znowu pamięć społeczna okazała się krótka. Większość ludzi po prostu zapomniała, czym zajmował się Tihipko w 2004 roku. Jaka to nowa siła?

Po porażce Tihipki, Jaceniuka i Juszczenki ich głosy próbowała pozyskać Julia Tymoszenko, ale skończyła tak samo. Na Ukrainie głośno się o tym nie mówi, ale zrozpaczeni zwolennicy Tymoszenko i jej narodowych ideałów nie chcą widzieć, że ona niczym nie różni się od Janukowycza. Naprawdę znowu trzeba było wybrać „mniejsze zło”, a jak pokazało doświadczenie, nie jest to dobre rozwiązanie. Świadomy obywatel głosuje na swojego kandydata i czuje za niego odpowiedzialność. Przez pięć lat było mi wstyd, że poparłem Juszczenkę.

Teraz Ukraina ma nowy rząd i nowego prezydenta. Czy coś się zmieni?

Czas pokaże, czego możemy oczekiwać od rządu Azarowa i Janukowycza, na razie za wcześnie prorokować. Prezydent od razu zadeklarował, że priorytetem jest akcesja do Unii Europejskiej. Z drugiej strony te niezrozumiałe romanse z Rosją, dziwny dobór członków rządu – na przykład mianowanie na ministra oświaty Dmytro Tabacznyka, a na wicepremiera Wołodymyra Semynożenki, który zaproponował stworzenie jakichś struktur ukraińsko-białorusko-rosyjskich.

Nie wiem, czego oczekiwać. Tak czy inaczej wydaje mi się, że come back Janukowycza i porażka „sił demokratycznych” pokażą nową drogę rozwoju politycznego i kulturowego, bo innego wyboru nie ma. Znowu trzeba się dogadywać, mieć świadomość, że straciliśmy pięć lat. Wszystko dzieje się od nowa; jak powiedział Leonid Kuczma, „wszystko wróciło na miejsce”. Absolutnie wszystko wróciło – dalej mamy 2004 rok, tylko akcja toczy się w trochę inny sposób.
Nie wiem, co z tego wyjdzie. Prognozowanie jest w tym momencie niewdzięcznym zadaniem.

Wspomniałeś o ministrze oświaty Tabacznyku. Studenci protestowali przeciwko niemu. Czy to rzeczywiście taki fatalny wybór?

Nie mogę na razie nic konkretnego powiedzieć o tym ministrze. Podobnie jak w przypadku rządu, nie minął jeszcze odpowiedni czas, nie podjęto jeszcze żadnych działań, za które można by ich sądzić. Trzeba poczekać. Słyszałem opinie – nie wiem, czy słuszne – że nominacja Tabacznyka to mądry ruch ze strony Janukowycza. Ma piorunochron, chłopca do bicia, na którym skupia się cała krytyka, wszystkie negatywne emocje, a w tym czasie prezydencki rząd spokojnie zajmuje się swoją pracą. Z tego punktu widzenia jest to rozsądne posunięcie. Wydaje mi się, że Tabacznyk nie jest wystarczająco silnym politykiem – rzuca różne propozycje, ale ma ograniczone możliwości ich realizacji. Zobaczymy.

Dobrze, że społeczeństwo aktywnie zareagowało na jego powołanie. Nowa ukraińska władza nie zapomni, że wybrało ją mniej niż 50 procent społeczeństwa. Musi to brać pod uwagę, bo w wielu rejonach Ukrainy jest bardzo niepopularna. Jeśli zapomni, będzie miała wielkie problemy.

W Polsce lubi się przypinać łatki. Zachodnie media chcą pokazać, kto jest „dobry”, a kto „zły”. Podczas kampanii wyborczej mówiono o „proeuropejskiej” Julii Tymoszenko i „złym”, „prorosyjskim” Janukowyczu. Prezydent pozbawił Banderę tytułu Bohatera Ukrainy oraz rozwiązał komisję ds. współpracy z NATO, która była symbolem „zachodniego” dyskursu. Czy rzeczywiście jest „prorosyjski”?

Tu chodzi raczej o deklaracje i symbole, nie o konkretne działania. Podczas kampanii wyborczej wiele osób obwiniało Julię Tymoszenko o „prorosyjskie” nastroje – po jej wizycie na Kremlu i spotkaniu z Putinem. W mediach ciągle było słychać o „promoskiewskiej” orientacji Tymoszenko. Jej rządy na pewno nie byłyby jednoznaczne. Nie jestem przekonany, czy prowadziłaby politykę ukierunkowaną na UE i NATO.

Na razie trudno oceniać działania Janukowycza, bo są niespójne. On sam jeszcze nie wie, czego chce. Trudno ocenić, czy ma jakąś wizję, czy raczej próbuje mydlić społeczeństwu oczy poprzez zagmatwanie sytuacji, zdezorientować wyborców, żeby utrzymać dotychczasowych zwolenników, a jednocześnie pozyskać nowych. Docierają diametralnie różne informacje, ale przeważają te o powrocie do polityki „wielowektorowości” Leonida Kuczmy, który też próbował siedzieć na dwóch stołkach i mu się to udało.

W jednym z wywiadów Janukowycz powiedział, że nie zapomniał o poparciu, jakiego Polacy udzielili pomarańczowym w 2004 roku. Czy będzie to miało wpływ na wzajemne relacje?

To będzie zależało nie tyle od tego, czego chce Janukowycz, ale przede wszystkim od jego otoczenia. Jeśli dobierze sobie odpowiednich ludzi, to na pewno mu powiedzą, że Polska była, jest i nadal będzie nadzwyczaj ważnym partnerem, chociażby ze względu na geografię, a także historię. Wydaje mi się, że na poziomie deklaracji nowa władza będzie okazywała Polsce swoją przychylność. Inna polityka byłaby niezrozumiała i niekorzystna dla rządzących. Antypomarańczowe nastroje nie są tak silne, aby z ich powodu coś udowadniać naszym polskim sąsiadom.

Serhij Żadan (23.08.1974) - poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Autor tomików poezji "Cytatnyk" (1995), "Generał Juda" (1995), "Pepsi" (1998), "The very very best poems, psychodelic stories of fighting and other bullshit (wybrani poezji 1992-2000)" (2000), "Bałady pro wijnu i widbudowu" (2001), "Istorija kultury poczatku stolittia" (2003), "Maradona" (2007), "Efiopilja" (2009), "Lili Marlen" (2009), a także książek "Big Mac" (2003), "Depeche Mode" (2004), "Anarchy in the UKr" (2005) i "Hymn demokratycznej młodzieży" (2006). W 2006 roku wydał "Kapitał" (utwory zebrane).

Powrót
Najnowsze

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Gdańsk: Pokazucha. Na gruzińskich zasadach

12.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Jedenasta rocznica wybuchu wojny sierpniowej

08.08.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu