Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny
2011-01-15
Przemysław Żurawski vel Grajewski
Rosjanie i Polacy nie powinni nawzajem się poniżać – tak Dmitrij Babicz zatytułował swój tekst w „RIA Nowosti”, oceniając w nim raport MAK i polskie nań reakcje. Trudno nie zgodzić się z tytułową tezą rosyjskiego publicysty, ale dobrze by było, by obie strony jednakowo ją rozumiały. W filmie Juliusza Machulskiego Szwadron pojmany pułkownik powstańczy, na uwagę rosyjskiego porucznika dragonów, że to wojska rosyjskie reprezentują legalnego króla Polski, którym z mocy postanowień kongresu wiedeńskiego jest car, odpowiada: „Rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny”. Reguła ta tyczy się także obecnej sytuacji.

Pan Babicz pisze: „Jeszcze przed publikacją raportu [wszystkie podkr. autora] MAK o przyczynach katastrofy prezydenckiego Tu-154 było jasne, że nie zadowoli on większości spośród polskich elit politycznych. Zwolennicy zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława, któremu zabrakło zaledwie 4 procent głosów do zwycięstwa w ostatnich wyborach prezydenckich, nie chcą odrzucić wersji obarczającej Rosjan, a konkretnie pracowników obsługi lotniska, winą za to, co się stało”. Cóż, „Jeszcze przed publikacją raportu” w wywiadzie opublikowanym 28 kwietnia 2010 roku przez Radio Free Europe/Radio Liberty powiedziałem, że dla Rosjan jedynym akceptowalnym politycznie wyjaśnieniem przyczyn katastrofy jest obarczenie całkowitą winą Polaków.

Raport MAK zawiera tezę o rozstrzygającej roli presji psychologicznej pijanego dowódcy Sił Powietrznych Wojska Polskiego generała Andrzeja Błasika i ministra Mariusza Kazany, jakiej zostali poddani polscy piloci. Z ekspertyz psychologicznych przeprowadzonych przez rosyjskich specjalistów wynika bowiem, że osobowość kapitana Arkadiusza Protasiuka wskazywała na konformizm dowódcy załogi polskiego tupolewa i jego podatność na tego typu naciski. Zachowanie obsługi lotniska i jego stan techniczny nie miały zaś żadnego wpływu na przebieg wydarzeń, podobnie jak stan techniczny samolotu. Według Babicza, powinniśmy uznać te tezy pod groźbą okrzyknięcia nas zwolennikami Kaczyńskiego, który, jak wiadomo, z definicji nie ma racji (przecież – co czytamy między wierszami – wiadomo, że on i jego poplecznicy to oszołomy opanowane spiskową teorią dziejów, chorzy z nienawiści itd.) i od razu można było przewidzieć, jak szef PiS skomentuje raport MAK. Polacy, zdaniem Babicza, dzielą się na rozsądnych – którzy powinni zaakceptować rosyjskie tezy, i na zwolenników Kaczyńskiego, a ci, wiadomo… Jednym słowem, kto nie wierzy Rosjanom, jest „kaczystą”.

Skoro mamy się nie poniżać, to – jak rozumiem  – wzajemnie. Standardy dla obu stron odnośnie do tego, co jest, a co nie jest poniżeniem, powinny więc być takie same. Skoro tak i skoro „rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny”, to zróbmy eksperyment z zakresu otwartości na argumenty obu stron. Wyobraźmy sobie, że oto ukazuje się polski raport następującej treści:

Z badań polskich politologów i psychologów wynika, że sylwetka psychologiczna dominującego grona kierowników rosyjskiej nawy państwowej cechuje się skłonnością do zbrodni, co zostało w ostatnich latach potwierdzone licznymi przypadkami morderstw politycznych lub ich usiłowań, nie wykluczając głów obcych państw (zamach bombowy na prezydenta Zelimchana Jandarbijewa i jego nieletniego syna, próba otrucia Wiktora Juszczenki, otrucie Aleksandra Litwinienki, zabójstwo Anny Politkowskiej, śmierć w tajemniczych okolicznościach 8 sierpnia 2010 roku zastępcy naczelnika Głównego Zarządu Wywiadu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych FR generała-majora Jurija Iwanowa odpowiedzialnego za zbieranie informacji o Polsce itd.). Zważywszy na to, że według badań słynnej rosyjskiej socjolog Olgi Krisztanowskiej, 70 procent ludzi na eksponowanych stanowiskach w Rosji to pracownicy służb specjalnych dawnego ZSRR (KGB i GRU) i że w tych organizacjach uczono ich, jak zabijać ludzi i jak nimi manipulować, jest oczywiste, że rząd rosyjski mentalnie jest zdolny do zabójstwa prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej i pozostałych członków polskiej delegacji z 10 kwietnia 2010 roku.

W porównaniu z rzetelnością innych śledztw w sprawie wielkich katastrof, zdaniem polskich ekspertów, wiarygodność strony rosyjskiej jest zerowa, o czym przekonują nas przykłady zatonięcia Kurska, kwestia zamachów bombowych w Moskwie, Wołgodońsku i Bujnaksie z 1999 roku, będących pretekstem do najazdu na Czeczenię, śledztwo dotyczące zamachu na szkołę w Biesłanie itd. Portret psychologiczny śledczych rosyjskich i system ich zależności politycznych, zdaniem ekspertów polskich, wyklucza zatem rzetelność śledztwa prowadzonego przez funkcjonariuszy Federacji Rosyjskiej.

I jak się Państwu podoba taki raport? Czy zawarte w nim wnioski mają słabszą podstawę niż te z raportu MAK o osobowości śp. kapitana Arkadiusza Protasiuka? Może teraz poproszę o komentarz pana Babicza o konieczności wzajemnego nieponiżania się?

Obniżmy temperaturę dyskusji i trzymajmy się faktów, a nie ocen rosyjskich (rzeczywistych) i polskich (hipotetycznych) psychologów.

Pozostaje faktem, że:
1. Stan lotniska w Smoleńsku był żałosny. Nie jestem ekspertem od technologii lotniczej i lotniskowej, ale wszyscy widzieliśmy, że lampy wokół tego lotniska wymieniono dopiero po katastrofie. Albo więc nie miały one znaczenia – służyły ku ozdobie, albo też raport, gdyby był rzetelny, powinien uwzględniać ten fakt.

2. Pracownicy wieży kontroli lotów na lotnisku w Smoleńsku byli w stałym kontakcie z nieznanym nam generałem (?), który naciskał na nich, by sprowadzili samolot na ziemię. „Każą, cholera, sprowadzać” – usłyszał w zapisie tych rozmów pułkownik Edmund Klich. Ta presja oczywiście nie była warta wzmianki w raporcie MAK. Ciekawe, dlaczego?

Teza o wywieraniu presji na polską załogę oparta jest na zapisie z czarnej skrzynki, z którego wynika, że śp. minister Mariusz Kazana stwierdził, że w razie niemożności lądowania w Smoleńsku „mamy problem”. Z odpowiedzi załogi („prawdopodobnie nic z tego nie będzie”) nie wynika, aby piloci byli roztrzęsieni tym „groźnym okrzykiem” szefa protokołu Ministerstwa Spraw Zagranicznych (podległego notabene ministrowi Radosławowi Sikorskiemu, znanemu z niechęci do prezydenta). Byli również świadomi faktu, że pilot, który w sierpniu 2008 roku odmówił zgłoszonej na lotnisku w Warszawie (a nie w czasie lotu do Gruzji, co często przemilczane jest przez media) prezydenckiej prośbie lądowania w Tbilisi, został za to nagrodzony przez ministra Bogdana Klicha. Załoga była więc świadoma, że podległy Ministerstwu Obrony Narodowej 36. pułk lotniczy i jego oficerowie mogą bez konsekwencji sprzeciwiać się woli prezydenta RP. Czy kontrolerzy lotów w Smoleńsku mogli czuć podobny komfort psychiczny wobec nacisków nieznanego nam generała? (Biorąc pod uwagę stosunki panujące w armii rosyjskiej, wątpię). Jaki jest ich portret psychologiczny? Dlaczego Rosjanie wycofali ze śledztwa pierwszą wersję ich zeznań?

3. Czy teza o pijaństwie generała Błasika nie jest poniżająca dla Polski i Wojska Polskiego? Na czym jest oparta? Gdzie jest dokumentacja ekspertyzy toksykologicznej? Dlaczego nie została przekazana stronie polskiej? Kto jej dokonał i na jakiej podstawie uznał to, co uznał, wykluczając endogenny charakter alkoholu? Co potwierdza, że generał Błasik miał jakikolwiek wpływ na decyzje pilotów? Zapisy z czarnych skrzynek tego nie potwierdzają. Dlaczego zatem opublikowano tę informację jako ważną dla śledztwa, pomijając odpowiedzi na jakiekolwiek pytania dotyczące kontrolerów z wieży i stanu lotniska? Czy zrobiono to, aby poniżyć Polskę w oczach światowej opinii publicznej, mając świadomość przewagi rosyjskiej machiny propagandowej nad polską? Teza o pijanym generale Błasiku pojawiła się jeszcze w kwietniu 2010 roku przed identyfikacją jego zwłok (która nastąpiła jedenaście dni po katastrofie), a zatem – co logiczne – przed ich sekcją. Tezy raportu MAK potwierdziły wstępne założenia propagandowe, przyjęte kilka chwil po katastrofie. Jacyż ci Rosjanie są przewidywalni – zupełnie jak „kaczyści”!

4. Kontrolerzy w Smoleńsku podawali załodze błędne informacje co do położenia samolotu („na kursie i na ścieżce”). Dlaczego? Dlaczego w raporcie MAK nie ma na ten temat żadnego komentarza?

5. Dlaczego brak zapisu części rejestracji lotu z urządzeń z wieży? Czy ich „awaria” nie miała znaczenia? Na czym polegała? Dlaczego nic o tym nie napisano w raporcie MAK?

6. Skąd wzięła się wersja o czterokrotnym podchodzeniu polskiego samolotu do lądowania, rozpowszechniana w pierwszych godzinach po katastrofie, a jak wiemy, zupełnie nieprawdziwa? Miała ona uwiarygodnić wersję o „upartym Kaczyńskim, który kazał pilotom lądować”, i o psychologicznym nacisku na załogę, która to teza stała się ostateczną konkluzją raportu MAK – jak widać, łatwą do przewidzenia już 10 kwietnia, a zatem „Jeszcze przed publikacją raportu” (wypada powtórzyć: jacyż ci Rosjanie są przewidywalni, zupełnie jak zwolennicy Kaczyńskiego, czyż nie?).

7. Dlaczego w świeżo wyremontowanym w rosyjskiej Samarze i dopuszczonym do lotów na podstawie certyfikatu MAK polskim tupolewie każdy z wysokościomierzy podawał inne dane o wysokości? Dlaczego w raporcie MAK, który był tu sędzią we własnej sprawie, nie ma na ten temat ani słowa? Kpina pana Babicza sugerującego, że zniszczył je jakiś nieznany „śmiałek”, jest nie na miejscu. Nie każde niesprawne urządzenie techniczne musi być koniecznie przez kogoś celowo zniszczone. Skoro jednak było niesprawne, to fakt ten powinien być podany w raporcie MAK i powinna być w nim udowodniona teza (ciekawe tylko, w jaki sposób), że niesprawny wysokościomierz nie miał wpływu na bezpieczeństwo lotu.

8. Czy jest prawdopodobne, by służby rosyjskie, ergo rosyjscy decydenci, nie wiedziały, że premier Donald Tusk jest na urlopie i będzie mu trudno natychmiast zabrać głos w sprawie raportu? Czy nie znano od połowy grudnia negatywnego stanowiska premiera RP wobec tez raportu MAK? Czy na podstawie „analiz psychologicznych portretu osobowościowego” prezydenta Bronisława Komorowskiego nie odgadnięto, że nie zabierze on głosu w tej sprawie? Czy rozpowszechnianie wśród światowej opinii publicznej (UE, NATO) tezy o zdezorganizowanym państwie polskim i pijanych dowódcach Wojska Polskiego odpowiada rosyjskim interesom politycznym? Są to pytania retoryczne. Czemu zatem, jeśli nie ciosowi propagandowemu z zamiarem poniżenia Polski w opinii światowej, służyło opublikowanie raportu MAK w tej formie i w tym czasie?

Tyle o raporcie MAK. Przejdźmy do tez pana Babicza odnośnie do relacji Tusk–Kaczyński jako przyczynie katastrofy. Babicz pisze: „Gdyby Lech Kaczyński nie zdecydował się lecieć do Katynia wbrew woli Tuska i nie zważając na brak zaproszenia od Rosjan...” Cóż, gdyby premier Władimir Putin uznał, że suwerennym prawem Rzeczypospolitej jest decydowanie o tym, kto z jej najwyższych urzędników odda hołd pomordowanym w Katyniu przez NKWD (poprzedniczkę KGB, w którym Putin był pułkownikiem) oficerom Wojska Polskiego i nie podjął działań zmierzających do wykorzystania wewnętrznego sporu polskiego dla podziału delegacji polskiej na rządową i prezydencką, gdyby premier Tusk nie wziął udziału w tej grze, choć zamiar przewodniczenia delegacji polskiej przez prezydenta Kaczyńskiego był mu już znany, gdyby poczynania polskiej delegacji rządowej wobec Rosji w tej sprawie były uzgadniane na linii kancelaria prezydenta RP–kancelaria premiera RP, a nie na linii kancelaria premiera RP–Moskwa w konkurencji do kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, gdyby ambasador FR w Polsce Władimir Grinin nie mijał się publicznie z prawdą, twierdząc, że prezydent Kaczyński w porę nie notyfikował oficjalnie zamiaru podróży do Katynia, sytuacja wyglądałaby inaczej. Wsparcie pana Babicza dla premiera Tuska, który podjął tę grę z Putinem ze znanym rezultatem, nie zmieni już tego rezultatu.

Politykę premiera RP najtrafniej oddaje trawestacja słów Winstona Churchilla, komentującego ugodę monachijską z 1938 roku: „Miał do wyboru wojnę lub hańbę, wybrał hańbę, a wojnę będzie miał także”. Jak słyszeliśmy w kwietniu 2010 roku z ust ministra Pawła Grasia, Polska nie domagała się przejęcia śledztwa i nie odwołała do instytucji międzynarodowych, gdyż „byłoby to źle przyjęte” w Moskwie. W ten sposób rząd uniknął „wojny”, wybierając oczekiwanie na wynik śledztwa rosyjskiego, który (co było łatwe do przewidzenia) przyniósł hańbę (pijany generał, bałagan w służbach rządowych, wyłączna odpowiedzialność Polaków, straty wizerunkowe Polski w świecie), a w efekcie „wojnę” (raport MAK, ogłoszony jeszcze w grudniu, zdaniem premiera, był „nie do przyjęcia”). Nie wiemy jeszcze, czy będzie ona „prawdziwa”, czy też premier Tusk pójdzie w ślady twórców Monachium i postawiony w obliczu ataku odpowie „dziwną wojną”.

Krytyka polityki Donalda Tuska przez „zwolenników Kaczyńskiego” (to taki rodzaj wariatów, wszak normalni ludzie nie dopatrują się w postępowaniu premiera RP niczego zdrożnego – zdaje się sugerować pan Babicz) została potwierdzona przez raport MAK, ale nie on jest jej podstawą. Pozostaje faktem, że dezinformujący przez wiele miesięcy polską opinię publiczną ton rządu, opowiadającego nieprawdę o doskonałej współpracy śledczej z Rosjanami, został boleśnie zweryfikowany dopiero w sytuacji, gdy premier zorientował się, że raport MAK będzie obciążał głównie służby podległe rządowi – od rzekomych „nacisków” ministra Kazany (z MSZ, a nie z kancelarii prezydenta), po braki organizacyjne i szkoleniowe w podległym MON 36. pułku lotnictwa specjalnego. Wcześniej minister Ewa Kopacz publicznie, z trybuny sejmowej bezwstydnie przekonywała nas nawet o tym, że teren katastrofy został przekopany do głębokości siedemdziesięciu centymetrów, a ziemia przepuszczona przez sito. Nie trzeba być zapiekłym „kaczystą”, jak chce pan Babicz, by oskarżać premiera o przyjęcie złej polityki w zakresie wyjaśniania katastrofy smoleńskiej i by nie ufać jego ministrom, którzy tak drastycznie mijali się z prawdą, malując przed polską opinią publiczną sielankowy obraz relacji ze stroną rosyjską aż do czasu, gdy raport MAK swymi wnioskami nie uderzył w reputację rządu. Dopiero wówczas dowiedzieliśmy się, ile próśb o materiały ze strony polskich śledczych pozostawionych zostało przez Rosjan bez odpowiedzi.

Pan Babicz pisze ironicznie: „Dla zwolenników Kaczyńskiego raport MAK, w którym jako powód katastrofy wymienia się działania pilotów będących pod presją przełożonych, okazał się szczególnym prezentem. Po co ten »prorosyjski« premier Donald Tusk namawiał nas do współpracy z Rosjanami – teraz widać, jak oni nas nienawidzą. Tymczasem przewodnicząca MAK Tatiana Anodina i jej współpracownik Aleksiej Morozow, przedstawiając wyniki śledztwa MAK, podkreślali, że ich zadaniem nie było wskazanie osób odpowiedzialnych za katastrofę. (...) upolitycznienie śledztwa jest już widoczne i proces ten zaczął się w Polsce. Na to już nic nie da się poradzić”.

Po pierwsze, raport MAK nie jest wyrazem „nienawiści Rosjan wobec Polski” i pan Babicz nieprawdziwie udramatyzował jego odbiór w naszym kraju. Nigdzie się wśród Polaków z taką opinią nie spotkałem. Jeśli już, to raport jest wyrazem pogardy wobec słabszych, którzy nie potrafią zadbać o swoje interesy.

Po drugie, czytanie ze zrozumieniem jest ważną cechą polemisty, więc może czegoś nie rozumiem, ale dla mnie wytłuszczone wyżej fragmenty tekstu pana Babicza wzajemnie sobie przeczą. Skoro według raportu MAK, powodem katastrofy są działania pilotów, będących pod presją przełożonych, to logicznie z tego wynika, że za katastrofę odpowiedzialni są piloci i ich przełożeni, czyż nie? Zastrzeganie się po stwierdzeniu tego „faktu”, iż zadaniem MAK nie było wskazanie winnych, jest pustosłowiem. Skoro „dowodem” na rzecz wniosku o odpowiedzialności „załogi i jej przełożonych” jest, jak wspomniano, odsłuchana z zapisów czarnych skrzynek uwaga ministra Kazany o tym, że „mamy problem”, to nie da się obronić tezy, iż nie jest to wniosek motywowany politycznie wolą zdjęcia jakiejkolwiek odpowiedzialności z Rosjan oraz z samego MAK i przerzucenia jej wyłącznie na Polaków. Wniosek pana Babicza głoszącego, że „upolitycznienie śledztwa jest już widoczne”, jest zatem prawdziwy, ale konkluzja, iż „proces ten zaczął się w Polsce” jest już kpiną, a wszak dobrze by było, byśmy rozmawiali jak dżentelmeni.

Przemysław Żurawski vel Grajewski jest adiunktem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Członek Instytutu Europejskiego w Łodzi, pracownik badawczy Centrum Europejskiego Natolin.

--
Zobacz także:
Dmitrij Babicz Rosjanie i Polacy nie powinni nawzajem się poniżać

Polecamy inne artykuły autora: Przemysław Żurawski vel Grajewski
Powrót
Najnowsze

Zagrożenie od morza

10.08.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Dżihadyści nie chcą wojny

08.08.2018
Zbigniew Rokita Marcin Mamoń
Czytaj dalej

Historiozofia nieustającej walki

02.08.2018
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Kwestia karelska

30.07.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Wojna o ukraińską tożsamość

27.07.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Grant dla polskich dziennikarzy

25.07.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu