Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kijów bliżej Warszawy?
2011-02-02
Tomasz Kułakowski
W czwartek 3 lutego z dwudniową oficjalną wizytą przyjeżdża do Polski prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz. Pierwszego dnia spotka się on z prezydentem RP Bronisławem Komorowskim i odbędzie rozmowy w rządowym i eksperckim gronie, między innymi z premierem Donaldem Tuskiem i ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim. W piątek Janukowycz weźmie udział w X Szczycie Gospodarczym Polska-Ukraina w Warszawie, po czym uda się do Gdańska. Nieoficjalnie wiadomo, że ma rozmawiać na temat kupna Lotosu przez donieckie firmy chcące inwestować w branżę przetwórstwa ropy naftowej. Podobno Polska ma już gotowe memorandum informacyjne dotyczące zobowiązań potencjalnych inwestorów, zainteresowanych kupnem akcji. W walce o Lotos pierwsze skrzypce zamierza grać Rosja, więc mógłby to być porywający koncert.

To pierwsza oficjalna wizyta prezydenta Ukrainy, mimo że był już w Polsce 18 kwietnia 2010 roku na pogrzebie Lecha i Marii Kaczyńskich. Przyjazd Wiktora Janukowycza nad Wisłę zbiega się w czasie z rocznicą objęcia przez niego urzędu głowy państwa. Lider Partii Regionów został wybrany na prezydenta 7 lutego, pokonując w drugiej turze wyborów ówczesną premier Julię Tymoszenko.

Zastanawiam się, z jaką ofertą przyjeżdża do Warszawy lider, który „wdepnął w g…” i zajmuje się polityką – jak powiedział o sobie na jednym z wieców. Co będzie miał w Warszawie do przekazania przywódca, który ma niewiele do zaoferowania we własnym kraju? Zapewne postawi na gospodarkę, reprezentuje wszakże klan doniecki, bardzo proeuropejski, ponieważ giganci z Donieckiego Zagłębia Węglowego chcą inwestować na Zachodzie. Pewnie Janukowycz przypomni też znane hasło mówiące, że Polska jest adwokatem Ukrainy w Europie. Być może powtórzy puste słowa swojego „technicznego” premiera Mykoły Azarowa, który po wrześniowym spotkaniu z Bronisławem Komorowskim w Charkowie mówił: „Chcemy, by nasi polscy koledzy na forach europejskich aktywnie działali na rzecz integracji europejskiej Ukrainy”.

Stosunki polsko-ukraińskie są jednak na bardzo niskim poziomie. Staliśmy się dla siebie tak dalecy, jakby Dniepr przepływał przez stolicę Mongolii, a nie Ukrainy. Rozmowy dwustronne Warszawy i Kijowa odbywają się jedynie w zaaranżowanych pospiesznie pomieszczeniach na szczytach unijnych, są kurtuazją przy okazji pogrzebu (Lecha Kaczyńskiego) albo odbywają się na forach ekonomicznych (ostatnio w Davos). Relacji polsko-ukraińskich jako takich nie ma. Zastąpiły je stosunki unijno-ukraińskie, a Warszawa chce rozmawiać z Kijowem z pozycji promotora Partnerstwa Wschodniego i – szerzej – unijnej polityki wschodniej.

Tymczasem na Bankowej (gdzie ma siedzibę prezydent Ukrainy) zupełnie nie wiedzą, co z polskim fantem zrobić. Jak rozmawiać z tymi, którzy tak  ślepo poparli w 2004 roku Wiktora Juszczenkę, kiedy na fali pomarańczowej rewolucji pokonał swojego imiennika Janukowycza. Obecny prezydent nie ufa Polsce i trudno mu się dziwić. W 2004 roku sparzył się podczas jesienno-zimowych wystąpień na kijowskim Majdanie polityków PiS, SLD, PO, a także byłych i przyszłych prezydentów: Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego. Ukraina nie ma oferty dla Polski, nie chce nawet korzystać z naszej „adwokatury” i z doświadczeń naszej transformacji. Chociaż obecna władza chce stworzenia strefy wolnego handlu z UE i zniesienia reżimu wizowego, to niewiele robi w tym kierunku. Janukowycz „stoi w rozkroku”. Nie jest ani proeuropejski, ani prorosyjski, mimo że początkowo szedł Moskwie na rękę (Flota Czarnomorska), niczym mały chłopczyk oddający wszystko, byleby tylko móc się bawić ze starszymi i silniejszymi kolegami.

A po drugiej stronie Bugu jest polski rząd, bierny w relacjach z Ukrainą, który również nie ma pomysłu na ten kraj. Co prawda, Komorowski widział się niedawno z Janukowyczem w Davos na „nudnej imprezie”, a także był we wrześniu na Ukrainie, ale w ramach zakończenia obchodów rocznicy mordu katyńskiego. Był też w listopadzie w Kijowie Radosław Sikorski (wraz z szefem szwedzkiego MSZ Carlem Bildtem, by namawiać prezydenta Ukrainy do pójścia europejską drogą), ale też nie wiadomo, jaki cel miała ta wizyta. Tymczasem Donald Tusk spotykał się w Warszawie z premierem Azarowem, ale niczego konkretnego nie uzgodniono.

Warszawa, mając na polsko-ukraińskim talerzu taki „hitowy” projekt jak Euro 2012, nie potrafi pragmatycznie współpracować, mimo że zerwanie z wypaczoną przez PiS ideą Giedroycia, czyli z idealistycznym i ślepym wspieraniem Ukrainy za wszelką cenę, byleby tylko była ona w bloku przeciwko Rosji, jest fundamentem nowej polityki wschodniej kreowanej przez ekipę Tuska.

Ale efektów tego podejścia nie widać. Azarow obiecał Komorowskiemu prace nad powstaniem czwartego cmentarza katyńskiego w Bykowni pod Kijowem.  Sprawa się toczy, ale nie wartkim nurtem huculskich rzek. Premier Azarow obiecał Tuskowi, że polskim przedsiębiorcom inwestującym nad Dnieprem fiskus zwróci zaległy podatek VAT do końca 2010 roku. Pieniędzy biznesmeni jeszcze nie zobaczyli.

Nie sposób też zrozumieć, dlaczego nie mamy ambasadora na Ukrainie. Nieczynny od października, za to świetnie oceniany nad Dnieprem Jacek Kluczkowski nie ma następcy. Przebąkiwano o Leszku Millerze, który Ukrainę „czuje”. Mówiło się o Marcinie Święcickim, który trudny naddnieprzański rynek zna bardzo dobrze (analityk Programu Narodów Zjednoczonych do spraw Rozwoju w Kijowie). Teraz jest już pewne (mimo że MSZ na Szucha nabrał wody w usta), że na Ukrainę wyjedzie wiceminister spraw zagranicznych Henryk Litwin (nie tak dawno ściągnięty z ambasady w Mińsku po śmierci Andrzeja Kremera pod Smoleńskiem). Podobno ukraińskie MSZ musi wystosować agrément, by Sejm wydał błyskawiczną rekomendację.

Politycy po obu stronach Bugu są zgodni co do potrzeby ożywienia wymiany handlowej i współpracy gospodarczej, rozwiązywania problemów polskich inwestorów, wspólnego przygotowania Euro 2012 – tak, by inwestycje z tym związane nie były oddawane w okolicach 2020 roku. Ministrowie i premierzy mówią jednogłośnie w kwestiach wspierania ukraińskich ambicji europejskich, zniesienia wiz, uruchomienia ropociągu Odessa-Brody (ile już lat się o tym mówi?), ale nie ma wspólnego języka, nie rozumiemy się wzajemnie, przez co nie możemy wypracować konkretów.

Warszawa ma aspiracje. Bronisław Komorowski mówił niedawno na noworocznym spotkaniu z Korpusem Dyplomatycznym, że Polska chce w istotny sposób uczestniczyć w kształtowaniu unijnej polityki wschodniej. „Zależy nam na stałym rozwijaniu współpracy i dobrych kontaktach z Ukrainą i innymi naszymi bliższymi i dalszymi wschodnimi sąsiadami, objętymi między innymi inicjatywą Partnerstwa Wschodniego”.

Ukraina stała się chyba dalszym sąsiadem, leżącym gdzieś między Armenią a Turkmenistanem. Dlatego obawiam się, że będzie to jałowa wizyta, która, oprócz gospodarczych deklaracji współpracy, nie przyniesie tak oczekiwanego przez wiele środowisk zbliżenia.
   
Tomasz Kułakowski

Polecamy inne artykuły autora: Tomasz Kułakowski
Powrót
Najnowsze

Polskie „chamy” i ukraińskie „pany”. Rewolucja na rynku pracy?

03.06.2020
Dariusz Szymczycha
Czytaj dalej

Ukraińskie kino. Dzieje sukcesu pewnej reformy

29.05.2020
Andrij Lubka
Czytaj dalej

W poszukiwaniu złotego wieku  

22.05.2020
Ola Hnatiuk
Czytaj dalej

Rozmowa online z Olą Hnatiuk. Koniec złotego wieku?

20.05.2020
Czytaj dalej

Nowa Europa Wschodnia 1-2/2020 - Zapowiedź

12.05.2020
Czytaj dalej

Życzenia świąteczne

10.04.2020
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu