Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
W dialogu z Białorusią nie ma prostych rozwiązań
2011-03-13
Z Jarosławem Romańczukiem rozmawia Paweł Pieniążek
Paweł Pieniążek: W 2006 roku na Białorusi odbyła się dżinsowa rewolucja. Protesty z 19 grudnia 2010 roku były liczniejsze. To początek końca prezydenta Aleksandra Łukaszenki?

Jarosław Romańczuk: Protesty były liczniejsze, ale nie można tu mówić o żadnym początku końca, bo ten początek jest za długi o jakieś pięć-dziesięć lat. Chociaż, rzeczywiście, coraz więcej ludzi chce politycznych zmian. Na pewno sprzyjało temu to, że podczas wyborów prezydenckich dziewięciu ludzi stawiało czoła Łukaszence i że aktywnie działano.

Myślę, że łączna popularność wszystkich kandydatów była równa popularności Łukaszenki, a to oznacza, że kraj jest podzielony na dwie części. Jednak rozwój sytuacji zależy od socjalno-ekonomicznej kondycji Białorusi. Na pewno grudniowych protestów nie można porównywać z tym, co było na Ukrainie w 2004 roku, i z tym, co dzieje się obecnie w Egipcie czy innych państwach Maghrebu.

Sytuacja na Białorusi w 2010 roku była stabilna, a wzrost realnych dochodów brutto wynosił 13 procent, natomiast wzrost PKB 7,6 procent. W takiej sytuacji ludzie muszą być naprawdę skonsolidowani, żeby obalić reżim. Na Białorusi takowej nie było, opozycja nie miała jednego lidera i 19 grudnia droga do Europy wydłużyła się o dziesięć lat.

Uważa Pan, że dziewięciu opozycyjnych kandydatów podczas wyborów prezydenckich zamiast jednego było lepszą alternatywą?

W teorii zawsze jest lepiej, gdy jest jeden kandydat. Tylko, że on nie może być wykreowany ani w Warszawie, ani w Brukseli, ani w Waszyngtonie. Ten człowiek musi być naturalnym liderem w naszym kraju. Próba wykreowania Aleksandra Milinkiewicza na lidera przez Polaków nie powiodła się. Druga próba, ponownie z udziałem władz Polski, z Uładzimirem Niaklajewem też do niczego nie doprowadziła.

Na Białorusi potrzebne są zmiany instytucjonalne i nowa strategia, a nie próba podrzucenia nam „białoruskiego Wałęsy”, za którym mielibyśmy posłusznie podążać. Wałęsa nie został wykreowany przez Margaret Thatcher ani Ronalda Reagana, on po prostu był. Dlatego na Białorusi startowało dziewięciu kandydatów. Jeśli sytuacja byłaby bardziej skoncentrowana wokół trzech najsilniejszych kampanii i przeprowadzono by pokojową demonstrację, to mielibyśmy znacznie lepszą okazję do demokratyzacji naszego kraju. Dlatego nie można mówić, że na Białorusi opozycja musi mieć jednego lidera, a jeśli nie będzie go miała, to w ogóle zapomnijmy o tym kraju.

Łukaszenka rzeczywiście wygrał te wybory?

On chyba sam nie wie, czy je wygrał, czy nie. Według różnych sondaży jego poparcie sięga od 40 do 50 procent, ale na pewno nie jest to 80 procent, które sam sobie przyznał. Tyle że na Białorusi jest taki system, w którym głosy się w ogóle nie liczą. Dlatego nie można mówić o wyborach jako takich, po prostu odbywa się nominacja na jeszcze jedną kadencję.

Oczywiście, nawet te 40 procent Łukaszenki to znaczna część naszego kraju, ale jest także grupa od 10 do 20 procent, która stanowi ścisły elektorat opozycyjny. Oni nienawidzą Łukaszenki i nie chcą w ogóle z nim rozmawiać. Znacznie więcej ludzi jest niechętnych do udziału w wiecach, demonstracjach, siłowych scenariuszach, i to jest właśnie elektorat, do którego starałem się zwrócić w trakcie kampanii wyborczej. Oni chcą zmian gospodarczych, większej otwartości na świat, chcą normalnego europejskiego życia i do tych ludzi trzeba przemawiać językiem konstruktywnych zmian i reform.

Po wyborach prezydenckich na Białorusi polski rząd chyba pierwszy raz tak ostro sformułował swoje stanowisko: postulat zniesienia opłat za wizy dla Białorusinów, zabronienie wjazdu do Polski ludziom Łukaszenki i pomoc dla białoruskich studentów. To właściwa reakcja?

Polską politykę wobec Białorusi trzeba oceniać nie w kontekście reakcji po 20 grudnia, ale w kontekście tego, co Polska robiła przez ostatnie pięć lat. Tutaj trzeba mówić o pewnych błędach rządu, przede wszystkim w stosunku do białoruskich władz.

Podjęto próby dialogu z opozycją, ale było w nich za dużo subiektywizmu. Pierwszym błędem była próba kreowania lidera przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i rząd. Drugim było to, że polski rząd chciał po prostu uczestniczyć w pewnych scenariuszach, które zrealizowano na Białorusi. Uznano, że Łukaszenka zechce otwartości, dialogu, że będzie wykonywał założenia, ale  nie wzięto pod uwagę pozycji Rosji i sił, które nie chcą otwartości Białorusi na Zachód i nie chcą konstruktywnego dialogu.

W trakcie wyborów rola Polski nie sprowadzała się wyłącznie do roli spikera Unii Europejskiej, a do aktywnego uczestnika kampanii wyborczej na Białorusi i dlatego po prowokacji z 19 grudnia władze powiedziały, że Polska jest także temu winna. Oczywiście nie jest winna, to jasne, że polskie władze chciały zaproponować Białorusi bardzo dobrą strategię, ale trzeba było wziąć pod uwagę to, że Rosja i siły antyzachodnie też nie będą siedziały bezczynnie. Dlatego teraz Polska ponosi znacznie większą odpowiedzialność, i to nie tylko za to, jak wygląda dialog z władzami, ale także za stan sił demokratycznych, polskiej mniejszości i społeczeństwa obywatelskiego.

Trzeba pamiętać, że te represje są efektem pewnych błędnych założeń. Polska jest krajem, który może zastosować strategię rozwoju instytucji na Białorusi, a nie kreowania liderów (zwłaszcza że ostatecznie nimi nie są) zjawiających się na 10-12 miesięcy przed wyborami z potężnymi pieniędzmi z nieznanych źródeł i mówią, że są alternatywą.

Unia Europejska ma pomysł na politykę wobec Białorusi?

Tak naprawdę nie ma żadnej polityki. Najpierw uważano, że trzeba rozmawiać z Łukaszenką. Błędnie założono, że konieczny jest jakikolwiek dialog. Zawsze rozmawiano z białoruskimi władzami i gdy w końcu postanowiono, że trzeba współpracować z siłami demokratycznymi, to okazało się, iż partie są biedne, niezadbane i łatwe do przejęcia przez ludzi, którzy nagle pojawili się z dużymi pieniędzmi.

Unia Europejska wciąż w jakimś stopniu współpracuje z białoruskim rządem. Słyszałem nawet, że  zwiększa się współdziałanie w sferze energetycznej. Natomiast wciąż brakuje współpracy z partiami politycznymi i ze społeczeństwem obywatelskim, które mogą stworzyć alternatywną, pozytywną wizję Białorusi. Potrzebne są instrumenty adekwatne do sytuacji na Białorusi. Unia Europejska nie jest przygotowana do pracy w państwach autorytarnych, które mają zupełnie inne stanowisko niż kraje demokratyczne.

Trzeba wspierać ludzi represjonowanych, którzy są w więzieniu, i ich rodziny. Dobrym pomysłem jest to, aby studenci, którzy są zwalniani ze studiów za udział w akcjach politycznych, mogli studiować w Polsce. Dobre jest wsparcie dla telewizji Biełsat, która, gdyby stała się europejskim projektem, miałaby jeszcze lepsze rezultaty.

W Belgii, Polsce i na Litwie zakłada się biura białoruskich sił opozycyjnych, a na Białorusi nie. To jest dziwne, bo o co ci ludzie mogą tam walczyć? Partie polityczne nie mają wystarczająco pieniędzy, aby funkcjonować. Jeśli tak dalej będzie, to plany Łukaszenki, żeby wykończyć wszystkie żywe struktury polityczne, zostaną spełnione z pomocą polityki europejskiej.

Wspomniał Pan o społeczeństwie obywatelskim. Czy jest takie na Białorusi?

Jako takie jest. Są struktury, które działają na przykład w sferze obrony praw człowieka, kobiet, przedsiębiorców, polityki młodzieżowej. Trzeba rozwijać to, co jest, ale jeśli ta socjalna infrastruktura będzie się borykała z europejską biurokracją, to przegra. Istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie, korzystając z tej sytuacji, mogą sobie nie poradzić i wyjechać z kraju. Jeśli jeszcze tysiąc-dwa tysiące młodych ludzi wyjedzie, to Białoruś będzie skazana na znacznie dłuższą drogę do demokracji.

Ministrowie spraw zagranicznych Polski i Niemiec Radosław Sikorski i Guido Westerwelle w zeszłym roku przyjechali do Mińska, chcąc kupić demokratyczne wybory.

To był strategiczny błąd polskiej dyplomacji. Mówili o tym, że Unia Europejska jest otwarta i gotowa dać pieniądze. Trzy miliardy dolarów, które oferowała, to była suma z powietrza, niepoparta żadnymi wyliczeniami. Błędem było wykorzystanie takiej formy do zachęcania Łukaszenki do wyborów, bo nie jest on typem człowieka, którego można skusić takimi propozycjami. Brakowało instytucji, budowania dialogu pomiędzy Unią a społeczeństwem obywatelskim na Białorusi. Był tylko dialog pomiędzy władzami a państwami członkowskimi – na Białoruś przyjeżdżali prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė, Radosław Sikorski, przedstawiciele Włoch czy komisarz do spraw rozszerzenia i polityki sąsiedztwa Sztefan Fuele. Mimo że tych wizyt było sporo, to nie doprowadziły do sytuacji, w której zostaną spełnione jakieś minimalne wymogi demokratyzacji Białorusi. Tak naprawdę była to próba realizacji planu wykończenia tradycyjnej opozycji politycznej na Białorusi i kreowanie sztucznej, innej konstruktywnej opozycji przy pomocy Westerwellego i przede wszystkim polskich polityków. Taka próba nie powiodła się zarówno teraz, jak i w 2006 roku, gdy Milinkiewicz miał o wiele większe poparcie. Od 2007 do 2010 roku można było dużo zdziałać, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której Milinkiewicz zablokował proces zjednoczenia opozycji i wystawienia jednego kandydata. Wszystko było gotowe, tylko Milinkiewicz był temu przeciwny.

W Europie pojawiły się głosy, że Łukaszenka jest jedynym gwarantem stabilności, a po grudniowych protestach spekulowano, że konflikt z Rosją był wykreowany. Unia Europejska była naiwna w dialogu z Białorusią?

Konflikt między Białorusią a Rosją nie jest pozorowany, jest realny, ale Rosja jest pragmatyczna. Wie, że nie ma alternatywy dla Łukaszenki, a poza tym i tak był najbardziej prorosyjskim kandydatem. Dlatego Kreml i oligarchowie patrzący pragmatycznie na zarabianie pieniędzy z Białorusią i poprzez Białoruś przyczynili się do tego, że Łukaszenka jest znowu prezydentem.

Zależność od Rosji kardynalnie wzrosła. Owszem, Łukaszenka nie chce się jej poddać, ale jeśli tak dalej pójdzie, to znacznie zwiększają się szanse na głębszą integrację i wchłonięcie przez Rosję. 40 procent sprzedaży walutowej jest w rosyjskich rublach, siedem poważniejszych banków funkcjonuje na terenie Białorusi, zależność od rynku rosyjskiego wzrosła do tego stopnia, że Białoruś ma ponad 39 procent eksportu do Rosji, a eksport do Unii spadł do 30 procent. Znajdujemy się w sytuacji, gdy Łukaszenka broni interesów i niezależności Białorusi, ale przez dwa-trzy lata sytuacja może się radykalnie pogorszyć, tak że jedynym wyjściem zachowania stanowiska dla Łukaszenki może być oddanie części pełnomocnictw Kremlowi. To może być początkiem końca niezależnego kraju.

Polscy politycy cały czas mówią o tym, że Polska powinna być adwokatem na Wschodzie. Zbliża się jednak prezydencja, a o pomysłach na dialog z Białorusią niewiele słychać. Czym powinna Polska zająć się podczas prezydencji, aby rzeczywiście pomóc Białorusi?

Wystarczy spojrzeć na to, jak wspierano Związek Polaków na Białorusi, który rzeczywiście był organizacją obywatelską i chciał działać bez ingerowania w politykę. Wywierano presję, próbowano rozproszyć Związek na różne organizacje. Przecież to była zdrada interesów mniejszości polskiej na Białorusi. Skoro więc Polska ma takie podejście do mniejszości, to jak chce adwokatem Wschodu? Najpierw musi się nauczyć, jakie są interesy Białorusi i innych państw regionu. Dialog z instytucjami i ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia, może stworzyć dobrą płaszczyznę do budowania lepszych relacji. Przede wszystkim nie można popełniać tych samych błędów, wierzyć autorytarnym liderom i sądzić, że będą spełniać obietnice, nie można kreować „sztucznych liderów” i trzeba w końcu zrozumieć, że nie ma tu łatwych rozwiązań. Potrzebne jest cierpliwe i długofalowe budowanie relacji na płaszczyźnie wartości, a nie na podstawie krótkotrwałych, partykularnych interesów.

Jarosław Romańczuk jest białoruskim politykiem i ekonomistą polskiego pochodzenia, kandydował w wyborach prezydenckich na Białorusi w 2010 roku z ramienia Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. Przewodniczący Centrum Naukowo-Badawczego im. Ludwiga von Misesa.

Powrót
Najnowsze

Nadchodząca agonia systemu? Przedterminowe wybory parlamentarne na Ukrainie

17.07.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Zwykły człowiek vs Rosja

16.07.2019
Tomasz Grzywaczewski Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Wilno: Spotkanie wokół obławy augustowskiej 1945

14.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Baśnie z tysiąca i jednego protestu. Gruzińska kronika wydarzeń

11.07.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Wojna nie przynosi ani zwycięstwa, ani przegranej

10.07.2019
Tomasz Filipiak
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu