Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Koszmarnie trudna i interesująca sprawa
2011-04-08
Z Andrijem Portnowem rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki
Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki: Po czterech latach rezygnujesz z redagowania pisma „Ukraina Moderna”. Dlaczego?

ANDRIJ PORTNOW: Każda ważna decyzja ma wiele powodów. A dla mnie i dla Wołodii Maslijczuka decyzja o przerwie w redagowaniu pisma, do którego byliśmy bardzo przywiązani, była wyjątkowo trudna. Jedną z przyczyn było to, że mamy nowe pomysły badawcze i już nie dało się ich pogodzić z pełnym zaangażowaniem w pismo. Drugi powód nazwałbym strukturalnym: mam na myśli ukraińską przestrzeń humanistyczną, jej poradzieckie nawyki oraz specyfikę poszukiwań środków finansowych. Po trzecie, uważam, że każde pismo powinno od czasu do czasu przechodzić małe rewolucje od środka, które dają mu szansę odnowienia. Sześć numerów „Ukrainy Moderny” – plus tom specjalny o tożsamościach Lwowa i Doniecka – to może nie było dużo, ale wystarczyło, aby pokazać, co potrafimy. A pod koniec roku mamy z Wołodią zamiar przedstawić swój nowy projekt, który – mam nadzieję – będzie nie mniej interesujący dla naszych polskich kolegów.

W tym, co mówiłeś na prezentacji ostatniego numeru pisma w Akademii Kijowsko-Mohylańskiej w marcu, pobrzmiewał żal, że nie udało się Wam stworzyć na Ukrainie środowiska. Dlaczego w tak dużym kraju okazało się to niemożliwe?

Wydaje mi się, że udało się nam jednak zrobić całkiem sporo – stworzyć środowisko międzynarodowe, w którym było sporo ukrainistów spoza Ukrainy. Najlepszym przykładem oddziaływania pisma, choćby w Polsce, były napisane przez Tadeusza Iwańskiego i Tomasza Stryjka recenzje „Ukrainy Moderny” w „Nowej Europie Wschodniej”. Pokazały one, że polski czytelnik jest uważny i potrafi odnaleźć te rzeczy, które były intencją redakcji.

Rzeczywiście, ze środowiskiem na Ukrainie nie było łatwo. Nie miałem zresztą co do tego iluzji: nie mogliśmy zreformować humanistyki na całej Ukrainie, ona bowiem nadal rozwija się w dużym stopniu według zasad radzieckich.

Może tak bardzo chcieliście być międzynarodowi i importowaliście nazwiska z całego świata, że trochę oderwaliście się od środowiska ukraińskiego?

Naszym założeniem było stworzenie na Ukrainie ukraińskojęzycznego pisma o humanistyce na poziomie międzynarodowym, i to się udało. Nie mogę tego uznać za błąd. Na Ukrainie brakuje komunikacji ze środowiskiem międzynarodowym – nie tylko polskim, ale też rosyjskim, francuskim czy amerykańskim. Wydaje mi się, że zaraz przed rokiem 1991 i tuż po nim te relacje były lepsze niż teraz. Potem zaczęła się tendencja do izolacji. Nawet Ukraińcy, którzy robią kariery na Zachodzie, nie publikują po ukraińsku. Staraliśmy się ściągać te nazwiska, aby integrować ukraińską humanistykę z przestrzenią międzynarodową. Dodam, że polsko-ukraińska komunikacja naukowa i kulturalna jest lepsza niż ukraińsko-rosyjska. To brzmi dziwnie, ale tak jest.

Chcieliśmy też przedstawiać autorów ukraińskich na Zachodzie i Wschodzie i z dumą mogę powiedzieć, że niejeden z naszych młodych autorów pojechał na dłuższy staż zagraniczny. Trzeba było ich znaleźć, i to nie tylko w Kijowie czy we Lwowie, ale w wielu innych ośrodkach. Oczywiście pisali oni po ukraińsku i byli dostępni tylko dla tych, którzy czytają w tym języku. Stąd łatwiej było przedstawiać dorobek autorów zachodnich w tłumaczeniu na ukraiński i może dlatego powstało wrażenie, że bardziej interesowaliśmy się myślą zagraniczną niż ukraińską.

Jakie więc popełniliście błędy?

Do końca nie wiem, ilu ludzi czytało poszczególne numery. Jeśli chodzi o to, co było złego, uważam, że lepiej ocenią to czytelnicy, bo ja zawsze będę skłonny szukać usprawiedliwień. Na przykład, gdy podejmowaliśmy jakiś temat – a nasze numery były tematyczne – widać w nim luki. A brało się to z tego, że jakiś autor obiecywał nam tekst, a potem go nie przysyłał. Kłopoty wynikały też stąd, że trudno znaleźć było dobrych korektorów, oni często się zmieniali i to wpływało na jakość tekstów. I znów muszę się wytłumaczyć, że wynikało to między innymi z tego, iż pismo nie miało zapewnionego odpowiedniego budżetu. Wydawanie „Ukrainy Moderny” to była walka o każdy numer. Muszę powiedzieć, że po tych kilku latach o wiele lepiej wiem, czym jest życie intelektualne na Ukrainie i czym jest wydawanie pisma w tym kraju.

Czym?

Koszmarnie trudną i zarazem interesującą sprawą, która wymaga dużo czasu. Tak naprawdę to powinna być full time job. Nie może być tak, że za dnia pracujesz, a wieczorem, w wolnym czasie, redagujesz pismo – bo z tego nic nie wyjdzie. Powinno być odwrotnie – pismo musi być głównym zajęciem, które pozwoli ci się utrzymać. Przekonałem się też, że nadal we wszystkich dziedzinach decydujące są powiązania i układy personalne. Trzeba załatwiać wiele spraw – z drukarnią, z instytucją, która pomoże robić prezentację. To wszystko zależy od znajomości, niemal nie da się tego zrobić drogą formalną.

Twoje doświadczenie z „Ukrainą Moderną” to też doświadczenie wydawania niezależnego pisma przy wsparciu dotacji. To wpisuje się w ogólne doświadczenie ukraińskich NGOs-ów. Jakie błędy popełniają zachodnie instytucje wspierające ukraińskie inicjatywy?

Przypadek Ukrainy jest w pewien sposób specyficzny właśnie ze względu na finansowanie różnorakiej działalności społecznej. Fundacje zachodnie powinny zdawać sobie sprawę, że na Ukrainie żaden niezależny projekt humanistyczny, społeczny lub kulturalny nie może liczyć na wsparcie państwa. Pieniądze z zagranicy są jedynym źródłem finansowania pism, tłumaczenia książek, organizowania konferencji. Tymczasem podejście zagranicznych fundacji zmieniło się w ciągu ostatnich 20 lat. Po 1991 roku można było mówić o dużych kwotach – oczywiście wtedy były inne ceny. Teraz jednak mamy do czynienia z modelami skromnego wsparcia: small grants, short term grants. Niestety, żaden poważny projekt nie ma szans w oparciu o takie granty. Stworzenie choćby poważnej strony internetowej wymaga strategicznego wsparcia finansowego.

Oczywiście, wiem, że fundacje zachodnie boją się zostać oszukane i dlatego wolą dawać mało, ale wielu inicjatywom, bo wtedy nawet jak ktoś coś ukradnie, to nie będzie to duża kwota. Nasze pismo poważnie ucierpiało w wyniku takiej logiki. Nigdy nie mieliśmy strategicznego budżetu – choć już było widać, że pismo wychodzi regularnie, że ma prezentacje i że pojawiają się recenzje w prasie międzynarodowej. Byliśmy, można powiedzieć, partnerem sprawdzonym, ale to niewiele znaczyło.

Trzeba by znaleźć sposób, aby finansowanie na dużą skalę było możliwe i żeby zarazem było jasne, kto dostaje kilkadziesiąt tysięcy euro. Zachodnie fundacje i ich ukraińscy partnerzy powinni się nad tym zastanowić. Inaczej dotychczasowa działalność fundacji na Ukrainie będzie nieefektywna i nieskuteczna.

Andrij Portnow jest ukraińskim historykiem, absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2007-2010 był redaktorem naczelnym pisma „Ukraina Moderna”, zaś w latach 2009-2011 gościnnie wykładał na uniwersytetach w Helsinkach i Cambridge, pracował w Centrum Badań nad Holocaustem i Ludobójstwami w Amsterdamie oraz Centrum Badań nad Rosją i Azją Centralną w Paryżu. Ostatnio opublikował: Miż „Centralnoju Jewropoju” ta „Russkym myrom”. Suczasna Ukrajina u prostori miżnarodnych intełektualnych dyskusji (Kijów 2009); Uprażnienia s istorijej po-ukrainski (Moskwa 2010).

Powrót
Najnowsze

Nadchodząca agonia systemu? Przedterminowe wybory parlamentarne na Ukrainie

17.07.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Zwykły człowiek vs Rosja

16.07.2019
Tomasz Grzywaczewski Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Wilno: Spotkanie wokół obławy augustowskiej 1945

14.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Baśnie z tysiąca i jednego protestu. Gruzińska kronika wydarzeń

11.07.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Wojna nie przynosi ani zwycięstwa, ani przegranej

10.07.2019
Tomasz Filipiak
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu