Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Od demoralizacji do monopolizacji
2011-04-13
Z Wołodymyrem Horbaczem rozmawia Tomasz Kułakowski
TOMASZ KUŁAKOWSKI: Po liderce opozycji Julii Tymoszenko władza zajęła się byłym prezydentem Leonidem Kuczmą i oskarża go – za pośrednictwem prokuratury – o zlecenie zabójstwa dziennikarza Georgija Gongadzego w 2000 roku. Sprawa ta budzi sporo emocji na Ukrainie. Wiadomo bowiem, że nie chodzi o śledztwo dotyczące morderstwa dziennikarza, tylko o rozgrywki biznesowe bądź wewnątrz władzy. Jest kilka teorii dotyczących powodu wezwania byłego prezydenta do prokuratury – od wizerunkowych, by pokazać Zachodowi, że Janukowycz stoi po stronie prawa także wobec ludzi bliskich mu ideowo, po biznesowe, by w ten sposób donieccy biznesmeni przejęli część aktywów oligarchy Wiktora Pinczuka, zięcia Leonida Kuczmy. Jak pan odczytuje „sprawę Kuczmy”?

WOŁODYMYR HORBACZ: Przyczyn trzeba szukać wewnątrz władzy, w której są tarcia i walka o wpływy między dwiema zwalczającymi się grupami. Pierwsza z nich powiązana jest z najbogatszym Ukraińcem Rinatem Achmetowem, druga z szefem Administracji Prezydenta Serhijem Lowoczkinem. Sprawę Kuczmy rozgrywają tak zwani „młodzi donieccy”, ludzie Achmetowa i wicepremierów, Andrija Klujewa oraz Borysa Kolesnikowa, którzy nie są bezpośrednio powiązani z zabójstwem Gongadzego. Jako że ich nazwiska nie pojawiają się w kontekście sprawy, mogą prowadzić swoją grę, dążąc na przykład do przejęcia władzy i biznesowych aktywów od „starych”, czyli wpływowych polityków i oligarchów, związanych z Leonidem Kuczmą, których sporo zostało u władzy. Akcja jest wymierzona przeciwko Lowoczkinowi, który na przełomie XX i XXI wieku był pomocnikiem prezydenta. Nie chodzi zatem o Kuczmę, to pokazuje walkę o wpływy w otoczeniu Janukowycza.

O powiązaniu sprawy Kuczmy z „młodymi donieckimi” świadczy fakt, że jako pierwszy o wezwaniu byłego prezydenta na przesłuchanie poinformował zastępca prokuratora generalnego Renat Kuźmin, powiązany z grupą Achmetowa.

Czyli Janukowycz nie maczał w tym palców?

Oczywiście, nie mogło się to odbyć bez wiedzy prezydenta, ale nie sądzę, by była to jego inicjatywa. Janukowycz mógł uznać, że pociągnięcie Kuczmy do odpowiedzialności w niczym mu nie zagraża, za to może otrzymać od swojego poprzednika informacje na temat polityków, z którymi Janukowycz ma „do pomówienia” dzisiaj. Chodzi głównie o opozycję, a także sprzymierzeńców z koalicji, czyli komunistów i przewodniczącego Rady Najwyższej Wołodymyra Łytwyna, którego nazwisko również łączy się z zabójstwem Gongadzego.

Sama reakcja prezydenta była dziwna i spóźniona, najpierw bowiem milczał przez tydzień po wezwaniu Kuczmy do prokuratury, a wypowiedział się na ten temat dopiero w Brunei, podczas tournée po Azji.

Przesłuchania Kuczmy w prokuraturze poprawią wizerunek Janukowycza na Zachodzie, prezydent bowiem pokazał, że „czepia się” nie tylko opozycji, ale też „swoich”, mimo że Kuczma to przedstawiciel klanu dniepropietrowskiego, a nie donieckiego.

To, o czym pan mówi, nie pozostawia złudzeń, że system polityczny na Ukrainie upodobnił się do reżimu panującego w Rosji albo nawet na Białorusi. Tam, zamiast frakcji w parlamencie, są frakcje wewnątrz partii władzy, które toczą swoje gry o wpływy, zupełnie niezrozumiałe i niedostępne dla opinii publicznej.

W ciągu roku panowania Janukowycza powrócił system prezydencki i od parlamentu nic nie zależy. Jest on dekoracją demokracji i maszynką do głosowania. Przewodniczący Dumy Państwowej Borys Gryzłow powiedział kiedyś, że „parlament to nie jest miejsce do dyskusji”. U nas jest tak samo.

Jednak na niekonstytucyjną monopolizację władzy pozwoliła Janukowyczowi nie tylko opozycja, ale przede wszystkim sami Ukraińcy. Społeczeństwo rozczarowane pięcioletnimi rządami pomarańczowych wykazuje się biernością, a opozycja wciąż nie ma żadnej strategii działania po przegranej Julii Tymoszenko w wyborach prezydenckich.

Społeczeństwo zostało zdemoralizowane niezrozumiałym konfliktem Julii Tymoszenko z Wiktorem Juszczenką jeszcze przed wyborami prezydenckimi. Ale szczytem tej demoralizacji i rozczarowania było zwycięstwo w wyborach prezydenckich Janukowycza, w co nie mogli uwierzyć jego przeciwnicy. W konsekwencji sfrustrowana część społeczeństwa, która wcześniej stanowiła największy opór, dała prezydentowi carte blanche do wszelkich działań politycznych i gospodarczych.

Janukowycz wykorzystał ten czas maksymalnie, by przejąć kontrolę nad wszystkimi szczeblami władzy, łącznie z sądowniczą. Warto dodać, że swoje pięć groszy dorzuciły Unia Europejska i Stany Zjednoczone, również Zachód dał bowiem Janukowyczowi nieograniczone pełnomocnictwo.

Skoro parlament jest dekoracją, to dlaczego Janukowycz tak brutalnie zwalcza opozycję, targając po prokuraturach i sądach nie tylko byłą premier Julię Tymoszenko, ale też ludzi z jej zaplecza politycznego i nie tylko. Wybory odbędą się dopiero jesienią 2012 roku.

Walka z Julią Tymoszenko miała sens do wyborów lokalnych, które odbyły się jesienią 2010 roku. Celem było nieprzejęcie władzy w obwodach przez partię Julii Tymoszenko Batkiwszczynę. I to się udało, Tymoszenko bowiem częściej była przesłuchiwana niż brała udział w kampanii wyborczej, wskutek czego prawie wszystkie obwody kontroluje Partia Regionów – oficjalnie bądź nieoficjalnie.

Jednocześnie działania przeciwko byłej premier przysporzyły jej popularności, w górę skoczyły sondaże, fatalne w pierwszej połowie 2010 roku, gdy po przegranej Tymoszenko zupełnie się pogubiła. Nie było podstaw do dalszego prześladowania byłej premier po zwycięskich dla Partii Regionów wyborach lokalnych. Jednak te działania trwają i wyjaśnić je można jedynie z psychologicznego punktu widzenia: otóż Janukowycz mści się za pomarańczową rewolucję i lata upokorzeń, chce zdyskredytować Tymoszenko i raz na zawsze usunąć ją ze sceny politycznej. Na jej miejscu zaś można umieścić polityka, który będzie liderem opozycji, a de facto będzie grał w drużynie prezydenta.

Jednak dyskredytacja Tymoszenko się nie udała, ponieważ działania Partii Regionów były niezgrabne i niezrozumiałe, a zarzucane byłej premier winy budziły ironiczny śmiech, by wspomnieć zarzut o zakup przestarzałych karetek pogotowia.

Uważam, że to nie koniec „sprawy Tymoszenko”, światło dzienne bowiem mogą ujrzeć inne kwestie, jak bardzo niekorzystna dla Ukraińców umowa gazowa z lutego 2009 roku, którą Tymoszenko podpisała z premierem Władimirem Putinem. Bada to parlamentarna komisja śledcza, która ma pełną informację na temat negocjacji gazowych sprzed dwóch lat. Według przecieków, ta umowa może nie mieć mocy prawnej, nie poparł jej bowiem ówczesny rząd, tylko sama pani premier.

Jakie znaczenie będą miały wybory parlamentarne, które odbędą się już po Euro 2012?

Ogromne. Opozycja jest przekonana, że czas pracuje na jej korzyść. Jednak największym jej problemem jest właśnie Julia Tymoszenko – jej retoryka „politycznej wojny” i wcześniejsze pomyłki. Tymoszenko zawsze używała taktyki punktowania rządzących, ale nie proponowała nic w zamian. Poza tym, jej zaplecze polityczno-biznesowe „ulotniło się” do partii władzy, co jest zrozumiałe przy oligarchicznym systemie polityczno-gospodarczym, w którym nie ma ideowych partii politycznych, tylko ugrupowania działające na zasadzie projektu biznesowego. Jakby tego było mało, zwolennicy Tymoszenko nie wierzą już w jej zwycięstwo.

Jednak nie ma w opozycji żadnego polityka, który mógłby coś zmienić. Wcześniej takim „czarnym koniem” był trzydziestosiedmioletni Arsenij Jaceniuk, były przewodniczący Rady Najwyższej, który jeszcze w 2009 roku, na początku kampanii prezydenckiej, był trzecią siłą polityczną. Do końca nie wiadomo, czy on tak naprawdę jest w opozycji, czy tylko figuruje jako polityczny projekt Tymoszenko bądź Janukowycza.

Jaceniuk jest wciąż na trzecim miejscu. Pretenduje do wysłania Tymoszenko na polityczną emeryturę i startowania w kolejnych wyborach prezydenckich. Na Ukrainie jednak nic nie jest czarno-białe i ten młody polityk jest elementem rozgrywki władza kontra liderka Batkiwszczyny. Partia Regionów będzie go wspierać, dopóki będzie skuteczny w osłabianiu Tymoszenko, ale nie może się stać od niej silniejszy.

Niewykluczony jest również scenariusz, że Jaceniuk zostanie nowym premierem. Dni niepopularnego, etnicznie rosyjskiego, niemówiącego po ukraińsku i „wyjętego” z poprzedniej epoki Mykoły Azarowa bowiem są już policzone. Premier psuje prezydentowi sondaże poparcia i dlatego będzie zapewne odsunięty od władzy. Janukowycz potrzebuje człowieka z zewnątrz, ale chyba Jaceniuk na to nie pójdzie. Widzi przecież, co stało się z Serhijem Tihipką, który w wyborach prezydenckich otrzymał 13 procent głosów, stworzył partię Silna Ukraina, ale wszedł do rządu jako wicepremier i „rozpłynął się” w szeregach władzy.

Reżim Janukowycza potrzebuje jakiegoś wstrząsu, ponieważ spada poparcie Partii Regionów i zaufanie do władzy. Bez poważnej zmiany frustracja społeczna będzie wzrastać.

W jakim stopniu realne jest stworzenie nad Dnieprem reżimu na wzór białoruski? Gdy niespełna rok temu rozmawiałem o tym z pierwszym prezydentem Leonidem Krawczukiem, wykluczył taki scenariusz.

I miał rację. Stworzenie reżimu, w którym rządzi jeden silny wódz typu Führer, jest niemożliwe. Poza tym, Janukowycz nie jest Łukaszenką i społeczeństwo nie zgodzi się na funkcjonowanie w takim reżimie. Według badań socjologicznych, na Ukrainie jest mniej niż cztery procent zwolenników dyktatury. Zatem Ukraińcy nie dadzą sobie narzucić takiego stylu uprawiania polityki.

Władza podporządkowała cały aparat państwa walce o reelekcję Janukowycza. Możliwe jest zmonopolizowanie władzy przez prezydenta na długie lata?

U ludzi Janukowycza są takie plany, jednak nie uda im się tego dokonać. Po pierwsze, ze względu na fatalną politykę socjalno-ekonomiczną, czyli między innymi dramatycznie rosnące ceny produktów, rachunków za prąd, gaz i usługi komunalne, a także tłamszenie przedsiębiorców wysokimi podatkami. Po drugie, ze względu na bardzo wysoki wskaźnik braku zaufania społeczeństwa do władzy czas gra na niekorzyść Janukowycza. Proces rozczarowania nim jako politycznym liderem przyspiesza, a prezydent nie nadąża z reakcją.

Czy Janukowycz ma szansę stać się reformatorem? Dalsze ograniczanie wydatków budżetowych czy podniesienie wieku emerytalnego wymusza na Ukrainie Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wspierający władzę milionami dolarów. Czy plan reformowania Ukrainy będzie wdrażany, czy to tylko wizerunkowe zagrywki, by otrzymać kolejne transze kredytu MFW?

Utworzono plan reform i nawet funkcjonuje specjalnie powołana przy prezydencie rada gospodarcza. Jednak żaden kraj nie jest w stanie przeprowadzić kilku głębokich, strukturalnych reform, tym bardziej gdy są one niepopularne. Ale nie spodziewam się cudów. Takie działania nie dadzą żadnych korzyści Janukowyczowi „tu i teraz”, lecz poprawią byt kolejnym pokoleniom. A nie sądzę, by prezydentowi zależało na określeniu go w podręcznikach historii mianem „reformatora”.
 
Czego należy oczekiwać w najbliższych miesiącach? Janukowycz jeszcze nie nacieszył się pełnią władzy.

Jedno jest pewne, nic dobrego się nie wydarzy. W najbliższym czasie powinniśmy oczekiwać rezultatów nacisku poprzez „sprawę Kuczmy” na grupę Lowoczkina-Firtasza-Bojki. W szczególności szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wałeryj Choroszkowski, który należy do tej grupy, może stracić posadę na rzecz kandydata z otoczenia Achmetowa, na przykład zastępcy prokuratora generalnego Renata Kuźmina. To pociągnie za sobą nowe nominacje w rządzie i – całkiem możliwe – zmianę premiera Mykoły Azarowa na kogoś młodszego i bardziej nowoczesnego, kto nie będzie należeć do żadnego z obecnych klanów politycznych. Na przykład można wymienić Serhija Tihipkę, Arsenija Jaceniuka czy Petra Poroszenkę. Wszystko to dzieje się pod hasłem „odświeżania władzy” i oznacza próby pokazania się przez Janukowycza w roli „neutralnego i niepartyjnego prezydenta”.

Ciężar polityki przenoszony jest z wewnątrz kraju na sprawy zagraniczne. W tym też kierunku podąża z krytyką Tymoszenko. Wiosną należy spodziewać się finału negocjacji dotyczących stworzenia dwóch stref wolnego handlu – zarówno z Unią Europejską, jak i państwami Wspólnoty Niepodległych Państw. Obie umowy nie wykluczają się, nie stanowią bowiem tak głębokich powiązań jak unia celna.

W tej sprawie decydujące będą nie tyle negocjacje grup eksperckich do spraw Strefy Wolnego Handlu z Unią Europejską w maju, ile polityczne rezultaty wizyty premiera Rosji Władimira Putina w Kijowie 12 kwietnia. Oczywiście, Putin przedstawi ukraińskim oligarchom taką propozycję, jaką Janukowyczowi ciężko będzie odrzucić, na przykład wprowadzenie na Ukrainie wewnętrznych rosyjskich cen na gaz i gaz dla ukraińskiego przemysłu w zamian za członkostwo w unii celnej.

Ukraina będzie kontynuowała politykę wielowektorowości, czyli balansowania między Wschodem i Zachodem. Porównując z Białorusią: Janukowycz będzie Łukaszenką w wersji light, bardziej sympatycznym i wyważonym, ale tak samo szantażującym Zachód zacieśnianiem więzów z Rosją i na odwrót.

Władza na pewno będzie dążyła do wynegocjowania jak najkorzystniejszej umowy na dostawy gazu, bo od tego zależy rentowność między innymi wielkiego przemysłu chemicznego. Janukowycz w ubiegłym roku podpisał z Dmitrijem Miedwiediewem wiele umów wstępnych powołujących wspólne projekty w dziedzinie energetyki atomowej, budownictwa czy lotnictwa. Będziemy zatem prowadzić politykę „taniego gazu” za ustępstwa w innych sferach.

A co z ukraińsko-unijną umową stowarzyszeniową? Niedawno w swoim exposé polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wyraził nadzieję, że dokument zostanie podpisany jeszcze podczas polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Wierzy pan w to?

Szanse są na tyle duże, by się udało. Głównym problemem jest finalizacja negocjacji w poszczególnych sferach, przede wszystkim w rolnictwie. Ukraina bowiem, oprócz produktów rolno-zbożowych, metalu i chemii, nie ma zbyt wielu wartościowych towarów, które mogłaby eksportować na unijny rynek. A Unia Europejska, postrzegająca Ukrainę jako państwo rolnicze, chroni swój rynek przed produkcją tego sektora. No i tkwimy w ślepym zaułku, Ukraina bowiem chce sprzedawać swoją produkcję rolną za granicę, a najbliższym i największym rynkiem jest Rosja. Nasz sąsiad narzuca jednak swoje ramy współpracy, czyli zmusza do stworzenia unii celnej, co zamyka drogę do współpracy gospodarczej z Brukselą. Trudno wyjść z tej paradoksalnej sytuacji, tym bardziej że Unia Europejska prowadzi negocjacje z pozycji siły, wymaga reform, a nie proponuje nic w zamian, przede wszystkim nie gwarantuje członkostwa.

Warszawa też nie pomaga Kijowowi. Stanowisko polskiego rządu jest niezmienne: „Jeśli Ukraina chce się reformować i przybliżać do standardów unijnych, to jej pomożemy”. Jak pan ocenia to podejście?

Ukraina jest realnym problemem polskiej polityki zagranicznej. Warszawa nie wie, co z nią robić i nie ma w sobie na tyle siły, by zrobić cokolwiek. Polska potrzebuje w Ukrainie partnera i niestety straciła go po zmianie władzy nad Dnieprem, przynajmniej w prowadzeniu polityki wobec Rosji. Zresztą również Ukraina straciła nad Wisłą partnera w kontaktach z Brukselą. Okazało się, że geopolityczna i ekonomiczna pozycja Brukseli i Moskwy jest ważniejsza niż relacje dwustronne Kijowa z Warszawą. Unia i Rosja natomiast prowadzą swoją grę, w której Polska i Ukraina są ważnymi, ale nie graczami, tylko figurami.

Przeżywamy moment zbierania sił na wykonanie jakiegoś ruchu. Mam nadzieję, że będzie on wykonany podczas polskiej prezydencji, która jest ostatnią chyba szansą dla Ukrainy, by wsiąść do pociągu odjeżdżającego na Zachód.

Wołodymyr Horbacz jest ukraińskim politologiem, ekspertem do spraw międzynarodowych z kijowskiego Instytutu Współpracy Euroatlantyckiej.

Tomasz Kułakowski jest dziennikarzem Polskiego Radia.

Polecamy inne artykuły autora: Z Wołodymyrem Horbaczem rozmawia Tomasz Kułakowski
Powrót
Najnowsze

Nadchodząca agonia systemu? Przedterminowe wybory parlamentarne na Ukrainie

17.07.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Zwykły człowiek vs Rosja

16.07.2019
Tomasz Grzywaczewski Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Wilno: Spotkanie wokół obławy augustowskiej 1945

14.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Baśnie z tysiąca i jednego protestu. Gruzińska kronika wydarzeń

11.07.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Wojna nie przynosi ani zwycięstwa, ani przegranej

10.07.2019
Tomasz Filipiak
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu