Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Na Wschodzie bez zmian
2015-01-30
Kronika i Komentarze
Andrzej Stasiuk, Grzegorz Nurek

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze NEW. Co jeszcze można w nim znaleźć? (kliknij)

 

 

GRZEGORZ NUREK: Z lektury Pana książek najnowszej Wschód, ale i Dojczland, Moja Europa) wynika, że Wschód od Zachodu różni przestrzeń i stosunek do formy. W Mojej Europie pisze Pan z kolei: „Wschód to tylko antypody Zachodu, jego zwierciadło” – jak to rozumieć?

ANDRZEJ STASIUK: Już nie pamiętam, to jest zdanie wyrwane z kontekstu. Takie zdania mają dobrze brzmieć w książce, ale one nie aspirują do całościowych, pogłębionych diagnoz. Takich nie potrafiłbym sformułować, nie znam się na tym. Trochę podróżuję, zatrzymuję się w różnych miejscach, tak się składa, że na Wschód jeżdżę częściej. Różnica polega na tym, że do Niemiec jeździłem do pracy, jako pisarz. Na Wschód nigdy nie jeździłem do roboty, jedynie dla przyjemności. Do Niemiec udawałem się po pieniądze, które wydawałem na Wschodzie.

W Dojczlandzie jest scena, w której manifestuje się ten Gombrowiczowski stosunek Niemców do formy. Opisuje Pan pijanych kibiców niemieckich, którzy awanturują się, śpiewają, piją. Ale gdy wsiadają do metra, nagle cichną, grzecznie usypiają po kątach. Ujawnia się ten obowiązek trzymania się przepisów, formy.

To byli pijani kibice niemieccy we Frankfurcie. Siadali potulnie na krzesełkach, aby nie przeszkadzać innym. Gdy polscy kibice wyruszają na miasto, społeczeństwo umyka, kryje się. Czy my na Wschodzie uciekamy od formy? Raczej jej nie mamy, nie odnaleźliśmy jej do końca. Nie lubimy jej, zawsze musimy udawać kogoś innego.

Ten fragment koresponduje ze sceną ze Wschodu, gdy pijani żołnierze opanowują Czytę.

W dniu ogólnorosyjskiego święta wojsk powietrzno-desantowych, które w Rosji są najbardziej prestiżową i bojową formacją, wzięli miasto w posiadanie. Zupełnie, jakby je jacyś dzicy, Tatarzy czy Dżyngis-chan najechał. Patrole milicji się przechadzały, a jednocześnie panowała kompletna wolność, żołnierze tłukli szkło, kąpali się w fontannach, zaczepiali panny. To było takie nierealistyczne, dziwne. W Czycie – na końcu świata, na wielkim placu. Cieszę się, że Panu te dwie sceny korespondują ze sobą. Rosja ma swoją formę. Oddanie w posiadanie wojsku na dwadzieścia cztery godziny miasta to też jest jakaś manifestacja społeczna. Mieliśmy bazę wypadową w Irkucku, do Czyty jechaliśmy pociągiem. Zajęło to nam dwadzieścia godzin. Dosyć nudna podróż; podobny krajobraz, wszędzie brzózki. Pozostało obserwowanie ludzi. Pociągi w Rosji (szczególnie kolej transsyberyjska) to państwo w państwie, oaza cywilizacji. Ktoś dba o podanie herbaty, czystej pościeli, sprzedaje piwo, troszczy się o porządek. Pociągi czyste, przyjeżdżają na czas. W Nowosybirsku w poczekalni stacji kolejowej wśród palm co jakiś czas do fortepianu zasiadał pan we fraku, towarzyszyła mu pani w sukni wieczorowej grająca na wiolonczeli. Grali pół godziny, później robili przerwę, później znów grali – występowali dla zwykłych ludzi obładowanych tobołami, Azjatów w podróży. Dla takich obrazów, nie diagnoz politycznych, pokonuje się tysiące kilometrów.

Granica, gdzie zaczyna się Wschód, przesuwała się. Na początku, gdy mieszkał Pan w Warszawie, zapewne był to Dworzec Wschodni i Stadion Dziesięciolecia, lekcje języka rosyjskiego, literatura Rosjan. Później okolice Drohiczyna, gdzie jeździł Pan na wakacje. Potem Wschodem stały się wioski łemkowskie, Ukraina, Mołdawia, Naddniestrze. Teraz to już Rosja, Mongolia, Kirgistan, Tadżykistan, Chiny. Gdzie zaczyna się, a gdzie kończy Wschód?

Na Pradze… Jak dla mnie Wschód zaczyna się za Wisłą. A tak naprawdę on się zaczyna i kończy w głowie, to kwestia wyobraźni.

To równie skomplikowane jak określenie, które kraje przynależą do Europy Środkowo-Wschodniej.

Zastanawiam się czasem, po co z Jurijem Andruchowyczem napisaliśmy Moją Europę. Wepchnięto nas w szufl adkę pisarzy środkowoeuropejskich. Pisząc Jadąc do Babadag, na szczęście ani razu nie dałem się skusić, aby użyć określenia Europa Środkowo-Wschodnia. Podróżuję w wyobraźni, a nie poprzez granice polityczne i kulturowe. Ostatniej książce dałem tytuł Wschód, ale czy to jest jakikolwiek Wschód, tego nie wiem. Piszę, aby ożywić pamięć. No i my, Słowianie, przyszliśmy ze Wschodu. Afryka mnie nie pociąga.

 

W tych opowieściach ważne są kolory, zapachy…

One są najważniejsze. Proza bez zmysłowości nie istnieje. Musi mieć w sobie zwierzęcość. Czasem taka proza może być mocniejsza od rzeczywistości.

 

Niedawno, w jednym z wywiadów Mariusz Szczygieł powiedział: „Kiedyś śmialiśmy się razem z Wojtkiem Tochmanem, który też uważa, że jest słaby w opisach, że musimy pójść do Stasiuka na szkolenie, bo on jest w tym dobry”.

No ale nie przyszli. To są zupełnie inne szkoły, oni uprawiają dziennikarstwo, reportaż, ja zajmuję się literaturą. Mnie rzeczywistość stosunkowo mało obchodzi, interesuje mnie to, jak oddziałuje na mój umysł, a nie aby oddać sprawiedliwość czy prawdę. Nie czytam reportaży, nigdy nie byłem ich fanem. Pozornie moja proza przypomina reportaż, bo jest często opowieścią drogi. Bez przerwy mnie gdzieś zapraszają na spotkania poświęcone reportażowi, odpisuję: „Dzieci kochane, ja nie piszę reportaży. To wszystko jest bujda, wymysł, leżę sobie jak jakiś Dyzio Marzyciel i wymyślam historie, które zawierają ziarno prawdy, rozciągam, destyluję, robię z nich własne rzeczy, ale dajcie mi spokój z reportażem, błagam, proszę do kogo innego piszcie w tej sprawie”.

Pamięta Pan dyskusję wokół biografi i Kapuścińskiego napisanej przez Domosławskiego?

Nawet zabierałem w tej dyskusji głos.

Padło w niej też pytanie, w jakim stopniu reporter może zmyślać.

Na tyle, na ile mu czytelnik pozwoli. Jeżeli czytelnik będzie cenił taką twórczość, to niech reporter zmyśla. Brałem wtedy w obronę Artura Domosławskiego, który napisał genialną książkę. Nie tylko o Kapuścińskim. Także o uwikłaniu w czasy komunizmu, o Polsce. Podniosło się larum, że on atakuje „świętą krowę” – bo Kapuściński za taką „świętą krowę” robił. Jakiś kult otacza jego osobę. To był świetny reportażysta, zaangażowany, niektórzy nie mogą mu wybaczyć, że miał serce po lewej stronie, i na dodatek czerwone. Poznałem go, bardzo polubiłem, ale nigdy nie przychodziło mi do głowy, aby badać, ile on napisał w swoich reportażach prawdy, a ile pozmyślał. Zawsze liczy się fascynująca historia i tyle. Jeśli ktoś szuka prawdy, to powinien czytać serwisy prasowe, pojechać w te miejsca osobiście. Dla mnie Kapuściński jest postacią: napisał dwie, trzy kapitalne książki, ryzykował życiem, chciał dociec prawdy, za to się go ceni. To typowo polskie, że chcemy mieć swojego świętego, tworzyć ustawicznie kulty. Artur kult Kapuścińskiego zdekonstruował. To także dlatego wielka książka, że musiał przy okazji zdradzić swojego mistrza. Już nie wspomnę o nakładzie pracy, ilości zebranych materiałów. Pierwsza krwista, mocna, udokumentowana biografi a znanej osoby w kraju i nagle rwetes, Polska na barykadach, Polska podzielona i oburzona, sprawy sądowe, wdowa, która próbuje ocenzurować to, że reporter biegał za babami. No latał: za światem, za rzeczywistością, za prawdą, to i za babami też. I to go czyni jeszcze większym. Oczywiście mniejszym w sposób człowieczy, bo trzeba być wiernym, ale czujesz człowieka w tym wszystkim, a nie tylko strażnika prawdy czy orędownika uciśnionych. Tych bab było bardzo mało, chciałoby się więcej.

Jego Imperium opisuje rozpad ZSRR. Na dobry czas trafił.

Prześlizgnąłem się przez Imperium – za krótka książka jak na tak wielki temat. Pamiętam jedynie poszczególne obrazki: podmiejska kolejka, przeszukiwanie na granicy radziecko-chińskiej. Z Kapuścińskim jest taki kłopot, że on chciał być pisarzem, poetą, czuł, że dziennikarstwo jest czymś mniej wartościowym. Marzył o czymś, na co zabrakło mu czasu. Ale robił inne wartościowe rzeczy. Poznaliśmy się w Warszawie, później jeszcze spotkaliśmy się w Göteborgu. Cały czas obiecywaliśmy sobie, że tak siądziemy dłużej i poopowiadamy. „Panie Andrzeju, my robimy takie same rzeczy” – mówił. No jednak nie, nie takie same.

 

Na Wschodzie wciąż dużą rolę odgrywa przestrzeń symboliczna: pomniki Lenina masowo obalane na Ukrainie, wojna na flagi we wschodniej części kraju. A w Polsce, w Nowym Sączu ostatnio miał miejsce demontaż pomnika ku czci Armii Radzieckiej, manifestanci grozili, że rozbiją go młotkami.

Dawno w Polsce nie było wojny, chłopcy nie walczyli, nie mają swojej męskiej opowieści. Pójdą rozwalać młotkami kawał betonu i będą ją mieli. Mit założycielski bohaterstwa. To trochę śmieszne. Co chcieć od pomników? Można inną tablicę przywiesić, ale same pomniki też są świadectwem potwornej historii, dlaczego je niszczyć? Te protesty, jak mi się wydaje, są sterowane przez różnych politycznych spryciarzy.

Mówi się, że obalenie na Ukrainie ponad 250 pomników Lenina było symboliczną bezkrwawą rozprawą z przeciwnikami politycznymi, działaniem zastępczym. W czasie innych rewolucji wieszano przeciwników na latarniach.

Jeśli taka była tego funkcja, to chwalić Boga, że to tak się na Ukrainie skończyło.W Polsce jednak jest inna skala napięć, nienawiści; trudno te dwa przypadki zestawiać. Ukraina rzeczywiście jest krajem przeklętym, potwornie zsowietyzowanym, zniszczonym. Pojawiają się pogłoski, że z Putinem już dograne, że pozwoli się mu zabrać Donbas i okolice, że to pójdzie do Rosji. Jeszcze trochę się walczy, krew się przelewa, aby zmitologizować powstanie Ukrainy z kolan, ale odcięcie zajętego przez Rosjan wschodu kraju następuje.

Przyjaźni się Pan z wieloma ukraińskimi pisarzami. Wszyscy pamiętamy dramatyczny list Andruchowycza z Majdanu. Jak Pan postrzegał to, co działo się na Majdanie i teraz rozgrywa się na Ukrainie?

O Majdanie myślałem w kategoriach przyjacielskich: o Jurku, jego rodzinie. Napisałem maila do niego: „Co słychać”, i otrzymałem odpowiedź: „Idę właśnie kupić sobie hełm”. „Pamiętaj też o dobrych, solidnych, wysokich butach, to się zawsze przydaje” – odpisałem. Wiadomo, po której stronie sercem człowiek jest, a jednocześnie widzi daremność tego wszystkiego. Strasznie mało czasu, aby tę Ukrainę zukrainizować, stworzyć z niej jednolite, silne państwo. Gdy się jedzie przez ukraińskie miejscowości, widzi się, jak niesamowite szczęście miała Polska w ostatnich latach demokratycznych przemian. Ukraina to ciągle jeszcze kraj na skraju upadku, destrukcji materialnej. Jednocześnie taki dysonans poznawczy: we Lwowie centrum europejskie jak w każdym innym europejskim mieście; kawiarnie, fiesta, dobrobyt. A na Wschodzie leje się krew. To wyglądało we Lwowie jak taniec na wulkanie, na Titaniku. Na Ukrainę zawsze jedziemy przez Słowację – bo najszybciej, zupełnie się nie czeka na przejściu granicznym, ciężarówki tamtędy nie jeżdżą, odprawa idzie sprawnie. Nie ma bandyterki, wpuszczania poza kolejką. Wszystko na Ukrainie się rozpada pod ciężarem wojny, korupcji, poczucia zawodu i beznadziei. Chciałbyś, aby było lepiej, i jednocześnie wiesz, że małe są na to szanse w najbliższych latach. Ale ja zawsze byłem po stronie przegranych.

Czy Pana zdaniem Polska zdała egzamin, odnalazła się wobec tego, co się dzieje na Ukrainie?

Ale co mogliśmy zrobić więcej? Wysłać wojska, aby ich bronić? Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę nasze skomplikowane relacje historyczne, Polska przyzwoicie się zachowuje. Pewnie, jest mnóstwo szczujni, siewców nienawiści, którzy tylko w kółko potrafi ą powtarzać niczym starą przyśpiewkę: „Banderowcy, banderowcy…”. Ale jednocześnie już poprzedni Majdan zmobilizował niesamowitą liczbę Polaków. Oby tylko to nie było typowo polskie: „hura, hura”, gdy emocje siadają, zainteresowanie się kończy.

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze NEW. Co jeszcze można w nim znaleźć? (kliknij)



Andrzej Stasiuk (ur. 1960) jest prozaikiem i eseistą, autorem dwudziestu czterech książek, między innymi Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Jadąc do Babadag, Dziennika pisanego później. Ostatnio opublikował Wschód. Jest laureatem wielu nagród literackich (między innymi Nagrody im. Kościelskich, Nagrody Literackiej „Nike”, Nagrody Fundacji Kultury). Wraz z żoną Moniką Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne.


Polecamy inne artykuły autora: Andrzej Stasiuk
Polecamy inne artykuły autora: Grzegorz Nurek

Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu