Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Duch strachliwego realizmu
2016-01-07
Paweł Kowal

 

Ograniczanie sankcji wizowych wobec elit politycznych skupionych wokół Łukaszenki jest faktem; to dowód na kolejną zmianę kursu Brukseli wobec Mińska. Odtąd ów nowy kurs będzie dominował w unijnym mainstreamie.

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Co jeszcze można w nim znaleźć? Kliknij tutaj.

 

 

 

Dzisiejsza Unia Europejska jest kompletnie inna niż w latach 2005-2006, kiedy wskutek rozbijania Związku Polaków na Białorusi polska dyplomacja była w stanie jeszcze komukolwiek w Europie przetłumaczyć, że to nie „polski problem”, ale zasadnicza sprawa, ponieważ dotyczy likwidacji jednej z ostatnich niezależnych struktur na Białorusi. Dzisiejsza Unia działa też inaczej niż w 2010 roku, gdy po spacyfikowaniu protestów przeciw fałszerstwom wyborczym na Białorusi wprowadzano sankcje.

 

 

Trzeba sobie powiedzieć jasno, że nie wchodzi w grę efektywne polityczne izolowanie Białorusi, zawiodły rachuby, że powtórzony zostanie któryś ze środkowoeuropejskich scenariuszy transformacyjnych, w wyniku czego „wygłodzony” Łukaszenka utraci władzę po negocjacjach z dostającą z zewnątrz wsparcie opozycją polityczną, albo wariant ukraiński, że wybuchną przeciwko niemu protesty i zmiotą go jak Wiktora Janukowycza. Sama więc natura władzy Łukaszenki jest tak samo zaskakująca dla obserwatorów, jak pytanie, dlaczego na jego „wymianę” nie zdecydował się Kreml, skoro tylu obserwatorów uznaje od dawna, że byłoby to „banalnie proste”. Szczególnie, że Łukaszenka w sprawach dużej wagi dla Kremla potrafił odmówić współpracy z Moskwą: jak na przykład w kwestii uznawania państwowości zbuntowanych republik w Gruzji: Abchazji i Osetii Południowej. Podobnie w sprawach ukraińskich: Łukaszenka zawsze utrzymywał kontakty nie tylko z Wiktorem Janukowyczem, ale również z opozycjonistami na Ukrainie przed 2014 rokiem i zachował się pragmatycznie po Euromajdanie, gdy jako pierwszy z przywódców Wspólnoty Niepodległych Państw już oficjalnie przyjmował Petra Poroszenkę jako nowego prezydenta Ukrainy.

 

 

Elementem samodzielnej gry Mińska z Moskwą jest też to, że pomimo uznawania rosyjskiej hegemonii prowadzi własną politykę wobec dalekich sąsiadów Rosji: Chin i Kazachstanu. Unia z kolei nie była w stanie zmusić białoruskiego dyktatora do tańca w europejskim rytmie – patrząc wstecz, trudno się oprzeć wrażeniu, że problemem jest nie tylko zmienność polityki unijnej wobec Mińska w ostatnich latach i odwracanie jej wektorów w sekwencji mniej więcej co dwa lata. Kluczowa sprawa to fakt, że w gruncie rzeczy to Łukaszenka dyktował unijnym politykom tempo zmian we wzajemnych relacjach i potrafił wymuszać zmiany polityki wobec niego w kontekście pogarszających się relacji z Moskwą lub ociepleń na linii z Kremlem. Podobnie jest i teraz.

 

 

Immunitet za śniadanie

 

Bez wątpienia punktem przełomowym był fakt, że Łukaszence udało się na przełomie 2014 i 2015 roku uczynić z Mińska jedno z centrów negocjacji nad rozwiązaniem kryzysu powstałego po interwencji Rosji na Ukrainie: od momentu gdy witał w swoich progach i częstował jajecznicą Catherine Ashton, Angelę Merkel, François Hollanda oraz inne postaci europejskiej polityki, było jasne, że choćby ze względów wizerunkowych przez długi czas nie będzie już możliwe atakowanie przywódcy Białorusi czy domaganie się od niego post factum zapłacenia ceny za ponowne symboliczne uznanie go na arenie międzynarodowej. Lecąc do Mińska, wbrew własnym licznym antyłukaszenkowskim deklaracjom, elity polityczne Europy raz jeszcze dały dowód swej niekonsekwencji. Wydarzenia te były jednak tylko długo poszukiwanym przez zachodnich dyplomatów pretekstem do łagodzenia kursu wobec Mińska.

 

 

Łukaszenka za śniadanie w swoim pałacu wykupił sobie nowy immunitet. Jednocześnie na Zachodzie utrwaliło się przekonanie, że prezydent Białorusi może jest dyktatorem, ale „nie takim znów krwawym”. Polska dyplomacja, nawet gdyby chciała wyhamować te trendy, nie ma dzisiaj zasobów i możliwości, by to zrobić. Na tym tle nie ma też szans na poważniejsze ustępstwa Mińska w sprawie kluczowej i symbolicznej dla polityki każdego rządu w Warszawie, czyli kwestii mniejszości polskiej. Postawa urzędników w Mińsku jest w tej sprawie wyjątkowo mało elastyczna. Jeszcze raz widać, że ustępstwa rządu PO-PSL sprzed kilku lat, w wyniku których poświęcono pozycję Andżeliki Borys, nie miały sensu. Można stwierdzić, że, jak w starym rosyjskim powiedzeniu, pomimo utraconej cnoty nie było zarobku.

 

 

Brukselska, a także warszawska dyplomatyczna pycha przez lata nie pozwalały widzieć w Łukaszence poważnego partnera. Dyplomatyczne salony Zachodu zaufały stereotypowi kuriozalnego Baćki, który organizuje wykopki, a nie zobaczyły w nim sprawnego polityka – on tymczasem przetrwał u steru władzy ponad dwie dekady. Drugi błąd jest oczywisty: w Brukseli zmieniają się władze nie rzadziej niż w większości państw Unii. Przykładowo wydarzenia 2010 roku i jego skutki dla Łukaszenki to dla unijnych polityków prehistoria, wielu urzędników przygotowujących wówczas ostrą reakcję Zachodu na działania prezydenta Białorusi wobec opozycji pracuje już dzisiaj na innych odcinkach. Politycy tacy jak Catherine Ashton, Radosław Sikorski, Carl Bildt i Stefan Fule nie mają już wpływu na unijną politykę lub zgoła zajmują się zupełnie innymi niż przed pięciu laty sprawami. Wobec tego „instytucjonalnego zaniku pamięci” Zachodu białoruski przywódca jest jak słoń z pamięcią, która nosi w sobie ślady wszystkich upokorzeń, jakie spotkały go w ciągu ostatnich dwudziestu jeden lat, oraz kilku wolt polityki europejskiej wobec jego reżimu, które obniżały w jego oczach powagę zachodnich instytucji. W tym zderzeniu amnezji ze świetną pamięcią kryje się potencjał na kolejną pomyłkę Zachodu.

 

 

Do relacji Unii z Białorusią wdarł się duch strachliwego realizmu, pragnienie, by nie mieć kolejnego punktu zapalnego z Moskwą, a Łukaszenka potrafił to koncertowo rozegrać, raz jeszcze pokazując, że jest partnerem zasługującym na poważne traktowanie. Już przed laty zresztą duch źle pojętego realizmu dominował w wielu europejskich gabinetach w kontekście Białorusi. Jednak wobec kryzysu z uchodźcami, otwartego konfliktu na Ukrainie i erozji współpracy z USA nikt z ważnych postaci Unii nie jest gotów stawiać na ostrzu noża sprawy relacji z Białorusią.

 

 

 

Paweł Kowal jest politologiem, historykiem, publicystą i politykiem. Adiunkt w ISP PAN, współpracownik College of Europe (Natolin) i wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego.

 

 

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Co jeszcze można w nim znaleźć? Kliknij tutaj.

 

 


Polecamy inne artykuły autora: Paweł Kowal

Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu