Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
W krainie uproszczonej narracji
2017-03-13
Marek Wojnar

Debata na Ukrainie pełna jest zarówno półprawd dotyczących przyczyn polsko-ukraińskiego konfliktu pamięci, jak i nietrafionych recept na jego rozwiązanie. Opublikowany na internetowych łamach „Nowej Europy Wschodniej” tekst Jewhena Mahdy człowieka bez dwóch zdań intelektualnie uczciwego i odnoszącego się ze szczerą sympatią do Polski  Hybrydowy trójkąt także zawiera trzy uproszczone tezy.

Pierwsza z nich opiera się na twierdzeniu, że na Ukrainie nie istnieje kult Stepana Bandery. Druga na przeświadczeniu, że Rosja posiada instrumenty pozwalające jej „mieszać się” w stosunki polsko-ukraińskie za pomocą zasobów archiwalnych. Według trzeciej uproszczonej tezy jedyną receptą na rozwiązanie polsko-ukraińskiego sporu o historię jest formuła przebaczamy i prosimy o przebaczenie” (względnie przepraszamy i prosimy o przebaczenie). Niniejszy artykuł jest raczej ich krytyczną analizą, aniżeli polemiką z tekstem Mahdy.

 

Tajemniczy kult

Po pierwsze nie jest prawdą, że na Ukrainie nie istnieje kult Bandery”, a Polacy widzący w polityce pamięci Kijowa realny problem ulegli zbiorowemu złudzeniu. Takie zjawisko obiektywnie ma miejsce, chociaż ani nie obejmuje terytorium większości Ukrainy, ani nie ma (jeszcze) formy zinstytucjonalizowanej. Kult ów istnieje w części Ukrainy najlepiej znanej polskiemu społeczeństwu: w Galicji ze stolicą we Lwowie, nieprzypadkowo przez niektórych nazywanych Bandersztatem. Często odwiedzam to miasto i nie przypominam sobie, aby choć raz nie przywitała mnie kolejna kampania billboardowa poświęcona ruchowi nacjonalistycznemu; aby choć raz na Alei Wolności nie znajdował się namiot pułku Azow, ugrupowania Swoboda czy innej skrajnie prawicowej partii. Ilość kurhanów UPA i innych miejsc pamięci związanych z ruchem nacjonalistycznym na terenie obwodów lwowskiego, iwano-frankowskiego i tarnopolskiego idzie raczej nie w setki, a w tysiące. Półki księgarń są zapełnione literaturą poświęconą OUN i UPA, która na ogół jest przeraźliwie niskiej jakości (choćby wydania Azowa). W momencie więc, kiedy znana z sympatii wobec galicyjskiej narracji ekipa lwowskiego Centrum Badań Ruchu Narodowowyzwoleńczego, zaczęła próbować implementować ją na poziomie ogólnoukraińskim, nie powinniśmy się dziwić pojawieniu się po stronie polskiej uzasadnionych obaw. Oczywiście, zjawisko o którym mowa należy osadzić w kontekście: pokazywać że dotyczy ono trzech obwodów, a nie całego kraju. Jednocześnie byłbym ostrożny z wybiórczym operowaniem statystykami dotyczącymi pomników Bandery, na które powołują się historycy z ukraińskiego IPN i wyciąganiem na tej podstawie daleko idących wniosków. Choćby dlatego, że w Polsce istnieje bodaj tylko jeden pomnik Romana Dmowskiego: czy to oznacza, że nie borykamy się z problemem zbyt jednostronnej narracji historycznej?

 

Archiwa do zbadania

Po drugie, stałym motywem w ukraińskim dyskursie jest twierdzenie, że Rosja posiada instrumenty eskalowania polsko-ukraińskiego konfliktu pamięci, a jednym z nich ma być upublicznianie tendencyjnie dobranych dokumentów służb sowieckich dotyczących OUN i UPA. Za tym wszystkim kryje się (wyrażane czasem wprost, czasem nie) przeświadczenie, że tak naprawdę nie dowiemy się, co wydarzyło się w czasie II wojny światowej na Wołyniu bez otwarcia rosyjskich archiwów. Czyli: klucz do prawdy o Wołyniu znajduje się w Moskwie i dopóki ta nam go nie odda (a oczywiste jest, że tego nie zrobi), powinniśmy powstrzymać się od oceny trudnej historii. Tymczasem, jak słusznie wskazywał na łamach periodyku „Ab Imperio” w recenzji książki Wołodymyra Wjatrowycza Druha polśko-ukrajinśka wijna 1942-1947 krakowski historyk Andrzej Zięba, to nie brak dostępu do archiwów sowieckich służb bezpieczeństwa stanowi główną przeszkodę w badaniach nad historią OUN i UPA; jest nią ciągle dość ograniczony dostęp do archiwów ukraińskich organizacji nacjonalistycznych, część z nich znajduje się za oceanem. Te zaś, z których badacze mogą korzystać w sposób nieskrępowany, kryją prawdziwe skarby. Nieprzypadkowo dokument, który w największym stopniu wpłynął na najnowsze interpretacje wydarzeń na Wołyniu, a więc pełna wersja Wojennej Doktryny Ukraińskich Nacjonalistów Mychajła Kołodzińskiego (autor przedstawia tam plan powstania nacjonalistycznego połączonego z masowymi mordami na Polakach i Żydach), odnaleziono właśnie w kijowskim archiwum OUN. Oprócz tego poważnym problemem związanym z badaniami nad polsko-ukraińskim konfliktem w okresie II wojny światowej jest słaba znajomość archiwów niemieckich: zarówno wśród historyków polskich, jak i ukraińskich. Zjawisko to ma różne przyczyny, aczkolwiek najważniejsze z nich są prozaiczne: to brak odpowiednich środków finansowych na prowadzenie badań w Niemczech oraz słaba znajomość języka niemieckiego.

 

Uciekające pojednanie

Wreszcie, po trzecie: jeżeli formułami, na bazie których Polacy i Ukraińcy mogą się pojednać są: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” lub – względnie uczciwsza – „przepraszamy i prosimy o przebaczenie”, to dlaczego mimo stosowania ich od ćwierćwiecza nie tylko nie udało się osiągnąć pojednania, lecz przeciwnie: ciągle się od niego oddalamy? Odpowiedź na to pytanie jest prozaiczna. Formuły te są już niefunkcjonalne z uwagi na fakt, że wypowiedzeniu słów „przepraszamy i prosimy o przebaczenie” nie towarzyszy bezwarunkowe potępienie zbrodniarzy. Zamiast tego ze strony ukraińskiej mamy ustawę, która zabrania „w lekceważący sposób” wypowiadać się o formacjach, które zbrodni na Polakach dokonały (przyjęta przez Radę Najwyższą 9 kwietnia 2015 roku).

Korzystną rolę w rozwiązaniu znacznej części wymienionych powyżej problemów mogłaby rzeczywiście odegrać stała, wspólna platforma dialogu, o której pisze Jewhen Mahda. Jej działalność powinna koncentrować się na problemach polsko-ukraińskich, nie zaś polsko-ukraińsko-rosyjskich. Konflikt pamięci na linii Warszawa-Kijów jest bowiem zjawiskiem obiektywnym. Rola Rosji z kolei – choć z premedytacją ten spór wykorzystuje – jej tu daleka od demiurgicznej. Klucze do rozwiązania naszych sporów ciągle znajdują w Warszawie, a przede wszystkim w Kijowie.


Marek Wojnar jest doktorantem w Zakładzie Historii Europy Wschodniej Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Fot. Aktron (cc by 3.0) commons.wikimedia.org 


Polecamy inne artykuły autora: Marek Wojnar
Powrót
Najnowsze

Czy Giedroyc jest aktualny?

25.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Kresentymentalizm

25.05.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

24.05.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Spotkanie: Wojna, która nas zmieniła

22.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Europa Wschodnia – polska specjalność?

18.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Political fiction rodem ze średniowiecza

18.05.2017
Maxim Rust
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu