Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wszyscy nas zawiedli
2017-03-27
Yassin al-Haj Saleh, Agnieszka Zagner

Z Yassinem al-Haj Salehem, syryjskim dysydentem i intelektualistą, rozmawia Agnieszka Zagner.

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze NEW.

AGNIESZKA ZAGNER: Dlaczego tacy ludzie jak Pan są tak niebezpieczni dla rządzących? W czasach Hafi za al-Asada w więzieniach przesiedział Pan kilkanaście lat, za rządów jego syna Baszara więźniowie polityczni nie zniknęli – co więcej, według opublikowanego właśnie raportu Amnesty International w ostatnich latach są oni bez wyroków sądów masowo uśmiercani przez powieszenie.

YASSIN AL-HAJ SALEH: Zarówno w czasach ojca al-Asada, jak i obecnie chodziło i chodzi o absolutne zmonopolizowanie władzy – we wszystkich jej aspektach, władzy nad całym społeczeństwem i nad każdym człowiekiem z osobna. Nigdy nie byliśmy niebezpieczni w sensie zbrojnym, nie byliśmy uzbrojeni, a z naszego powodu nigdy nie przelano choćby kropli krwi. Dla władzy byliśmy groźni, bo nie podporządkowaliśmy się jej. Absolutna władza nie lubi sprzeciwu, krytyki, prób zachowania własnych poglądów. Dziesiątki tysięcy z nas spędziły lata w więzieniach: komuniści, islamscy radykałowie, Kurdowie. Dziś jest podobnie, tylko może skala i okrucieństwo są jeszcze większe – siedziałem w kilku syryjskich więzieniach, przeżyłem tortury i upokorzenia, ale nawet ja byłem zszokowany lekturą raportu Amnesty International, o którym pani wspomina. To, że dla władzy jesteśmy niebezpieczni, więcej mówi o niej niż o nas.

 

O władzy, a konkretnie o al-Asadach, o których powiedział Pan kiedyś, że nie tyle rządzą Syrią, ile są jej właścicielami. Jak długo może to potrwać?

Pewne jest, że al-Asad sam nie odda władzy, musi zostać jej pozbawiony. W systemie politycznego niewolnictwa władca nie uwalnia przecież ot, tak sobie niewolników. Na Zachodzie, ale również w świecie arabskim przyjęło się błędnie uważać, że w Syrii panuje dyktatura. W rzeczywistości, mimo że formalnie panuje ustrój republikański, kraj jest zwyczajną monarchią: Hafi z mógł bezkarnie zabić i więzić tysiące ludzi, jego syn jest wyłącznie spadkobiercą tego brutalnego dziedzictwa. Baszar al-Asad zachowuje się jak nasz właściciel, który napotykając opór, samemu przyznaje sobie prawo, by nas więzić i zabijać. Co więcej, jest gotowy przekazać te „moce” swojemu synowi – to może nastąpić, choć mam nadzieję, że tak nie będzie.

 

Wielkim paradoksem Syrii jest to, że w ciągu tych niespełna sześciu lat wojny zmieniło się w niej wszystko i zarazem nic się nie zmieniło. Syria z jednej strony straciła integralność terytorialną, ale z drugiej – zbrojne grupy nie osiągnęły politycznego celu, jakim było odsunięcie Baszara al-Asada od władzy.

To niestety smutna prawda. Kiedy mamy do czynienia z juntą, która jest w stanie zabić pół miliona obywateli, a za jej plecami czyhają kolejne watahy najeźdźców, gotowych ją wspomagać, zdławienie rewolucji nie stanowi problemu. Jednak głównym celem tych, którzy rozpoczęli rewolucję, było doprowadzenie do politycznej zmiany – choć byli świadomi, że reżim będzie gotowy zniszczyć kraj, byle tylko utrzymać się u władzy. O ile przyjaciele reżimu go nie zawiedli, o tyle ci, o których myśleliśmy, że są przyjaciółmi Syryjczyków, też okazali się przyjaciółmi władz. Dziś Syria ma trzech wrogów: pierwszym jest sam prezydent al-Asad i jego poplecznicy, czyli syryjska machina państwowa i Rosja, kolejnym są salafickie organizacje zbrojne, a trzecim – niestety – społeczność międzynarodowa. Ta ostatnia nie tylko zawiodła Syryjczyków, ale ponosi też olbrzymią winę za zaniechania, których się dopuściła. W 2013 roku Baszar al-Asad zamordował 1466 swoich obywateli przy użyciu broni chemicznej w Ghouta. Po tym wydarzeniu Rosja i Stany Zjednoczone zawarły porozumienie, które nie tylko zapewniło al-Asadowi nietykalność w zamian za zniszczenie tej broni, ale także licencję na zabijanie kolejnych ludzi przy użyciu innych, bardziej konwencjonalnych środków.

 

Uważa Pan, że Zachód i cała społeczność międzynarodowa zawiodła Syrię i Syryjczyków, ale kto szczególnie powinien wziąć za to odpowiedzialność?

Obawiam się, że ta odpowiedzialność się rozmyje. Organizacja Narodów Zjednoczonych wykazała się wobec Syrii całkowitą bezradnością. Czy ktoś za to faktycznie zapłaci? Nie sądzę. Co więcej, taka postawa kosztuje i będzie kosztować, odniosą z tego również korzyść ekstremiści, którym społeczność międzynarodowa dostarczyła paliwa. Skoro bowiem ludność przez lata była prześladowana, mordowana, torturowana i gwałcona, a jej prośby o pomoc odbiły się od ściany, to mamy do czynienia z dwoma rodzajami argumentów ekstremistów: z jednej strony świat spiskuje przeciwko nam, bo jesteśmy dziećmi Boga i wyznajemy inną religię niż reszta świata, z drugiej – świat chce nas zniszczyć, a więc to my musimy prewencyjnie go pokonać. To, co stało się w Syrii, postawiło cały świat na gorszych pozycjach. Uważam też, że było katalizatorem wielu zmian, które dokonały się i dokonują w skali globalnej – od wzrostu znaczenia populistów w wielu krajach, poprzez Brexit, po wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA.

 

Według tej logiki świat – w Pana oczach – w pewnym sensie ukarał się sam.

Można tak na to spojrzeć, ale dla mnie jest to przede wszystkim konsekwencja zaniedbań, jakich dopuszczono się wobec Syrii. Punktem przełomowym był wielki kryzys migracyjny i fala ponad miliona uchodźców, jaka zaczęła pojawiać się w Europie w drugiej połowie 2014 roku. Była to konsekwencja użycia broni chemicznej i porozumienia mocarstw, co dla zwykłych Syryjczyków oznaczało tylko jedno, zostali pozostawieni sami sobie. Dziś wszyscy obserwujemy wzrost nastrojów rasistowskich i nacjonalistycznych niemalże w całym zachodnim świecie, który czuje się zagrożony najazdem „obcych”. Z drugiej strony ta sama bezradna postawa Zachodu wobec Syrii – podobnie jak wcześniej okupacja Iraku – napędziła skrajne organizacje islamistyczne. Z kolei zamachy, których te wzmocnione organizacje dokonały w Europie, są prezentem dla prawicowych partii nacjonalistycznych. To samonapędzający się mechanizm. Świat płaci dziś za to, że opuścił Syrię.

 

Czy Pana zdaniem Zachód zacznie naprawiać swoje błędy? Czy możliwa jest zmiana dotychczasowej postawy?

Na razie to się nie dzieje. Pierwsze dni urzędowania Donalda Trumpa były tragiczne. Udowodnił, że może być tylko gorzej. Wydanie dekretu o zakazie wjazdu do USA dla obywateli niektórych muzułmańskich państw, w tym uchodźców z Syrii, to prawie to samo, jakby Waszyngton podczas II wojny światowej zamknął drzwi przed Żydami uciekającymi z krajów pod niemiecką okupacją. Robi to w dodatku państwo, które tak wiele mówi o demokracji i prawach człowieka. Sama zapowiedź utworzenia bezpiecznych stref w Syrii – w moim odczuciu ma pomóc w utrzymaniu tych ludzi w pełnej izolacji, z dala od świata, a nie im pomóc.

 

Co więc czeka Syrię? Nieuchronny rozpad na kilka państw, co wieszczą dziś niemal wszyscy? W jakim stopniu ten scenariusz może ułatwić fakt, że Syryjczycy są bardzo podzieleni – etnicznie, religijnie, również w ramach islamu, politycznie?

Syryjczycy są podzieleni, ale przecież na tym polega nowoczesna polityka, by łączyć – także w jednym państwie – ludzi o różnych proweniencjach. Rozwiązaniem jest demokracja, a jej emanacją jest demokratyczne państwo narodowe. To prawda, że jesteśmy bardzo podzielonym społeczeństwem – etnicznie – w Syrii żyją Arabowie, Kurowie, Ormianie; religijnie – chrześcijanie, muzułmanie, w tym sunnici i szyici, druzowie… Nie jest to jednak przeszkodą, byśmy byli obywatelami jednego państwa. To zadanie polityków, by łączyć ludzi i zapewnić im równe prawa oraz sprawiedliwość społeczną. Dziś podziały są obecne w każdym, nawet najbardziej spójnym tożsamościowo państwie – bo jeśli nie ma podziałów religijnych, to są inne – na przykład na mieszkańców wsi i mieszkańców miast, na biednych i bogatych. Na tym polega polityka, by podejmować takie wyzwania. Scenariusz rozpadu Syrii na trzy, cztery autonomiczne części jest możliwy, ale nie jest dla nas ani dla świata korzystny. Zresztą mnie jako pisarza i syryjskiego obywatela nie interesuje to, co może się stać, tylko to, co stać się powinno. Najlepszym rozwiązaniem jest zbudowanie nowej politycznej większości w Syrii. Nasz kraj od prawie pół wieku rządzony jest przez mniejszość, czas to zmienić. Tyle że równie jasny jak to, że nie można budować politycznej większości, kiedy al-Asad jest u władzy, jest fakt, że nie można tego zrobić, kiedy w Syrii tak silnie obecne są salafi ckie organizacje militarne, na przykład Da’esh czy Nusra. Dlatego, by tak się nie stało, potrzeba pewnego historycznego kompromisu: odsunięcia al-Asada od władzy i zwalczania wspomnianych organizacji. Tu widzę pole do działań dla społeczności międzynarodowej.

 

Która, jak się wydaje, godzi się z tym, że al-Asad zostanie na stanowisku prezydenta. Nie bez znaczenia jest tu pewnie obawa, że powtórzy się scenariusz egipski – łatwo wpaść z deszczu pod rynnę, zastępując jednego dyktatora innym.

Nikt nie da gwarancji, że tak się nie stanie, nie wiemy, czy za rogiem nie czyha kolejny dyktator. Mówię jednak o najbardziej racjonalnym i ludzkim podejściu, o tym, co dla nas jest najlepsze.

 

Na razie jednak realia są takie, że warunki dyktuje Rosja. Dziś nikt nie wyobraża sobie, by w Syrii lub z Syrią stało się coś, na co Kreml się nie zgadza lub czego nie autoryzuje. A jaką pozycję ma Rosja w oczach samych Syryjczyków?

Zaangażowanie Rosji w Syrii wynika z jej imperialnych planów i ustanowienia nowego porządku świata. Kilka miesięcy temu Moskwa przyznała, że ta operacja nie jest obciążeniem dla jej budżetu i że w Syrii zamierza przetestować swój sprzęt. To logika imperialna, podobna do tej, jaką kiedyś stosowały mocarstwa kolonialne, podbijając nowe kraje – widzę tu taką samą arogancję i korzystanie z takich samych wymówek, z jakich korzysta świat, w tym przypadku, że prowadzona jest globalna wojna z terrorem. Dla Syryjczyków Rosjanie są tym, czym kiedyś byli Francuzi, inną siłą okupacyjną. To oni wydają rozkazy i to oni podejmują najważniejsze decyzje. Dziś zresztą Rosja buduje swoją armię w Syrii („piątą brygadę”), opłacając żołnierzy bezpośrednio, z pominięciem rządu w Damaszku. Część Syryjczyków może ich wspierać, ale w naturze tego układu leży podział społeczeństwa. W przeszłości Syryjczycy traktowali Rosję albo obojętnie, jako obce mocarstwo, albo – jak w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych ubiegłego wieku – jako przyjaciela. Dziś wielu z nich uznaje Rosjan za wrogów, choć nie jest prawdą, że sądzą tak jedynie salafi ci i inne grupy, które Rosja zwalcza w Syrii. Tacy ludzie jak ja, uważający się za socjaldemokratów, widzą w Rosji i polityce Władimira Putina ogromne zagrożenie. Póki Rosjanie, ale też Irańczycy i – jak wspomniałem – al-Asad są w Syrii, nie uda się jej zbudować żadnej politycznej większości.

 

Tyle że Rosja nie zamierza ani opuścić, ani odpuścić Syrii. Czy Pana zdaniem prezydent al-Asad może liczyć na całkowite poparcie ze strony Kremla?

Wydaje się, że tak, ale dynamika procesów w Syrii jest dziś taka, że los prezydenta nie będzie zależał od jego osobistych relacji z Putinem, ale od tego, co w tej sprawie postanowi Teheran z Moskwą. Choć na razie nie widzimy, by cokolwiek mu z tej strony groziło, trzeba mieć świadomość, że al-Asad nie ma niezależnej pozycji w tej układance – jest zaledwie agentem obcych mocarstw, wynajętym, by chronić ich interesy i zapewniać pozorną legitymację ich obecności w Syrii. Na razie Rosjanie robią wszystko, by pomóc prezydentowi jak najdłużej utrzymać się u władzy, temu ma też służyć próba narzucenia Syrii konstytucji – co nie tylko jest realizacją kolonialnej polityki wobec naszego kraju, ale również konkretnym pomysłem przedłużenia kadencji prezydenta do 2021 roku, oczywiście z możliwością jego udziału w kolejnych wyborach. Z tej perspektywy na wielkie zmiany w Syrii się nie zanosi.

 

Yassin al-Haj Saleh jest syryjskim pisarzem i dysydentem. Za przynależność do partii komunistycznej jako zaledwie dziewiętnastolatek trafił na szesnaście lat do więzienia, był przetrzymywany między innymi w jednym z najgorszych więzień dla politycznych więźniów w Syrii – w Palmirze. Obecnie mieszka w Stambule. W 2013 roku jego żona i brat zostali porwani przez grupy islamskich radykałów – ich los do tej pory jest nieznany.

Agnieszka Zagner jest dziennikarką tygodnika „Polityka”, specjalizuje się w problematyce Bliskiego Wschodu.

 

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze NEW.

Fot. VOA News, Elizabeth Arrott (public domain) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Między sojuszem a rywalizacją

28.11.2017
Jakub G. Gajda
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu