Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nieuleczalnie nieposłuszny
2017-04-13
Zbigniew Rokita, Aleksander Podrabinek

ZBIGNIEW ROKITA: Niedawno ukazała się Pana książka Dysydenci, w której opisuje Pan swoją działalność dysydencką z czasów ZSRR. Przeszedł Pan przez radzieckie więzienia, łagier, trafił na jakucką zsyłkę, aktywnie angażował się w działalność dysydencką w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oraz później, już po 1991 roku, w działalność opozycyjną w Rosji i poza jej granicami. Jak zaczęła się Pana przygoda z ruchem dysydenckim?

ALEKSANDER PODRABINEK: Początek tej przygody w moim przypadku nie wiązał się z konkretnym wydarzeniem, powoli wchodziłem w świat dysydentów. Ojciec wychowywał nas w duchu może nie antysowieckim, ale na pewno krytycznym wobec tego, co mówiły władze, media. To był fundament, podglebie. Poza tym w naszej rodzinie tradycja sprzeciwu jest długa.

Z jednej strony w Pana życiu było wiele osób, które Pana inspirowały, z drugiej strony Pan inspirował innych. Nie do przecenienia jest rola, jaką odegrała książka Medycyna karna, którą napisał Pan pod koniec lat siedemdziesiątych, a w której opisał Pan tak zwaną psychiatrię represyjną. W jaki sposób wykorzystywano ową medycynę karną do walki z nieposłusznymi?

Tak, był to jeden z instrumentów represji – jeden z najstraszniejszych. Pobyt wśród osób psychicznie chorych to trudne doświadczenie, odbija się nawet na samych lekarzach. Poza tym dysydenci osadzeni w takich placówkach pozbawieni byli nawet tych praw, które posiadaliby w więzieniu czy łagrze. Podaje im się różne środki, personel – inspirowany przez przełożonych – stosuje wobec nich przemoc fizyczną. To najcięższa forma kary, w psychuszce człowiek nie wiedział nawet, kiedy powinien wyjść, można było go trzymać w nieskończoność, a to demoralizuje. Wychodzi się teoretycznie, gdy się wyzdrowieje. Nie znam żadnego więźnia politycznego, który wolałby szpital psychiatryczny niż więzienie.

A czy dziś wciąż rosyjskie władze sięgają po ten instrument? Ostrzegał Pan przed tym zwracając uwagę na przykład na przypadek Larisy Arap, aktywistki z obwodu murmańskiego, sugerując, że kobieta mogła paść ofiarą właśnie psychiatrii represyjnej.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego nie stosuje się instrumentów medycyny karnej w sposób systemowy. Psychiatrzy dziś są odporni na ogół na wpływy polityków, nie dają się wykorzystywać. Istnieją poza tym instytucje i organizacje, które dbają o to, aby psychiatria represyjna nie znajdowała zastosowania.

 

Przytoczę cytat z Pana książki Dysydenci: „Więzienni śledczy są na ogół tępi i uważają, że jeśli płody rolne są dostarczane w całości to wewnątrz nich nie może znajdować się nic postronnego. To ich błędne wnioskowanie wykorzystywaliśmy przez wiele lat w więzieniu. Nie będę zdradzał wszystkich sekretów. Powiem tylko o jednym. Bierze się ostrożnie cebulę. Rozsuwa się jej szczyt. Do wewnątrz wpycha się zafoliowany gryps albo banknot. Następnie cebulę wsadza się do szklanki z wodą na dwa-trzy dni. Szczyt bez śladu zarasta i nawet może wyrosnąć z niego nowy szczypiorek. W takiej niewinnej postaci cebulę trzeba wkładać do paczki z więzienną wałówką. Są jeszcze inne sposoby, które przemilczę, bo życie wciąż trwa”. Rozumiem, że sugeruje Pan, iż ta wiedza może się jeszcze przydać. Jak więc porównalibyśmy poziom represyjności systemu za czasów Leonida Breżniewa, gdy prowadził Pan działalność dysydencką i dziś?

Jest nieporównywalny, podobnie jak poziom wolności, który dziś jest wyższy. Ważniejszy jest jednak wektor polityki władz – a ten prowadzi nas do odrodzenia sowieckich metod, również do odrodzenia systemu ideologicznego. Może być to system inny niż komunistyczny, ale istotą problemu jest to, że Kreml będzie rządził poglądami obywateli. Reżim obecnie ogranicza wolności obywatelskie w coraz większym stopniu.

Pozostając przy temacie represji, który jest głównym tematem Pana książki Dysydenci, zacytuję dwa ostatnie zdania tej książki: „Patrzyłem przez iluminator na pozostającą w dole Jakucję i do wtóru ryczącym silnikom samolotu śpiewała moja dusza. Przeżyłem. Wyrwałem się. Lecę do domu”. W książce wypowiada Pan te słowa po wyjściu z jakuckiego łagru. Co w pobycie w tym łagrze było najtrudniejsze?

Trudności były natury fizycznej, nie moralnej. Trudno było przeżyć, doskwierał głód, chłód, choroby. Ułatwieniem był fakt, że osadzeni przestępcy, szczególnie recydywiści, tradycyjnie szanowali więźniów politycznych. Nasze czasy, a więc lata osiemdziesiąte, znacząco różniły się od tych opisywanych przez Warłama Szałamowa czy Aleksandra Sołżenicyna. Wcześniej, żeby trafić do łagru z paragrafu „politycznego”, wcale nie trzeba było być dysydentem, stąd też stosunek przestępców do tego rodzaju osadzonych był inny.

 

Nie brakowało Panu życia intelektualnego, jakie znał Pan z Moskwy?

W okolicy przebywało wiele mądrych osób. Wówczas na Syberii w jednym rejonie – niewielkiej jednostce administracyjnej – mógł znajdować się jeden więzień polityczny. Kogo tam nie było! Będąc na zsyłce korespondowałem z Wasylem Stusem, Mustafą Dżemilewem czy Wiaczesławem Czornowiłem. W zamknięciu życie intelektualne było jeszcze intensywniejsze, toczyły się znakomite dyskusje, lubiłem rozmawiać na przykład z pewnym prezbiterem baptystą, którego zamknęli za kolportaż Biblii. Albo przestępcy – było wśród nich wielu nie tyle wykształconych, co ciekawych świata. Część z nich spędzała w więzieniu wiele lat i nie mogąc zdobyć wykształcenia, czytali encyklopedie – od początku do końca. Mieli sporą wiedzę. Dla nich było ciekawym rozmawiać z ludźmi, od których mogli się dowiedzieć czegoś nowego.

Przywołam fragment Dysydentów opowiadający o czynie, za który – dla odmiany – nie spotkała Pana kara: „U Nataszy w domu poniewierał się komplet pocztówek z fotografiami członków politbiura. Wpadłem na pomysł, co z tym zrobić. W więzieniu komuniści byli gnojeni i ich miejsce było w pobliżu paraszy. Uznałem, że pocztówki najlepiej ulokować w podobnym miejscu. Umieściłem je w samym środku unitazu, na tylnej ściance. Główne miejsce zajmował Leonid Breżniew. Przez pewien czas nas to bardzo weseliło, potem zapadło w niepamięć. O tych naszych dziecinnych zabawach przypomniało nam KGB, robiąc u nas rewizje. Któryś z funkcjonariuszy poszedł za potrzebą i opowiedział kolegom, co było mu dane ujrzeć. Czekiści bardzo się oburzyli i zażądali, abym pozdejmował pocztówki. Odpowiedziałem, że ani myślę, bo za długo szukałem miejsca, gdzie mógłbym powiesić ukochanych bohaterów i właśnie je znalazłem. Ładować się do środka nikt nie miał ochoty, ale pozostawić wszystko tak jak było – też już nie mogli. Z zadaniem usunięcia wodzów partii posłano najmłodszego rangą. Ten wszedł z całą głową do dziury, szperał rękami, zanim pozdejmował wszystkie pocztówki co do jednej. Uważam, że za ten czyn powinien otrzymać order Lenina”. Jaką rolę dziś wy, dysydenci z kartą radziecką, którzy mają doświadczenie walki i ośmieszania władz, mogą odegrać w dzisiejszym rosyjskim ruchu opozycyjnym?

Najpierw odwołam się do epizodu z unitazem. W 2006 roku na Białorusi trafiłem do więzienia na dwa tygodnie, w czasie, gdy w Mińsku powstało miasteczko namiotowe przed wyborami prezydenckimi. Za kratami było wtedy dobre towarzystwo, siedziałem między innymi z dzisiejszym ambasadorem Polski w Gruzji, Mariuszem Maszkiewiczem – to on był zresztą inicjatorem przełożenia Dysydentów na polski. Właśnie w tym więzieniu toaletę urządziliśmy w podobny sposób. Jasne, Breżniewa już nie było, sięgnęliśmy po innych dyktatorów: od Saddama Husajna i Władimira Putina po Aleksandra Łukaszenkę. Klawisze byli tym zdenerwowani, kazali nam zrobić porządek. Odpowiedzieliśmy, że to wielcy przywódcy, powinni być na widoku, a jeśli strażnicy chcą – niech sami ich ściągają. Ostatecznie nikt dyktatorów nie ruszył. Pokazuje to, że doświadczenie dysydenckie wciąż jest przydatne.

Jeśli zaś miałbym odpowiedzieć na poważnie – nasze doświadczenie jest dziś z każdym dniem coraz bardziej potrzebne, rośnie na nie zapotrzebowanie wraz z tym, jak Rosja dokręca śrubę. Na przykład w czasach ZSRR było przyjęte wśród dysydentów, że nie podpisujemy niczego, co dają nam władze. To była jakby część kodeksu dobrego zachowania. Dziś opozycjoniści dochodzą do tego samego wniosku i coraz więcej osób postępuje w ten sposób. Znam nawet ludzi, którzy przeczytawszy właśnie moją książkę doszli do wniosku, że odmowa składania podpisu jest dobrym sposobem i również będą odmawiać.

A czy dziś ruch opozycyjny posiada silnych liderów, którzy mogliby stanąć na jego czele?

Niestety nie. Opozycja polityczna w Rosji prezentuje niski poziom, choć nastroje protestu są dość silne. Widzieliśmy to podczas niedawnych protestów przeciwko korupcji, które zwołał Aleksiej Nawalny.

Jeśli jednak porównać siłę protestów dzisiejszych i tych z przełomu lat 2011-2012 nasuwa się pytanie, gdzie podziali się ludzie, którzy wówczas wychodzili na ulice.

Kilka lat temu liderzy opozycji wykazali się krótkowzrocznością, czym zniechęcili ludzi do angażowania się w protesty. Wielu liderów dało się wciągnąć w rozmowy z władzami, siadali do stołu negocjacji, żeby zbić kapitał polityczny. Gdy więc przywódcy protestów zaczęli targować się z Kremlem, naród przestał przychodzić na protesty. Wielu opozycjonistów odwoływało się wówczas do polskiego okrągłego stołu z 1989 roku, podawało go jako przykład. Tłumaczyłem im jednak, że w 1989 roku za Solidarnością stały miliony, a w Rosji dopiero trzeba zdobyć takie poparcie. Dziś za rosyjską opozycją nie stoją miliony.

Aleksander Podrabinek jest dziennikarzem, obrońcą praw człowieka. W czasach ZSRR zaangażowany w ruch dysydenci, represjonowany. Udziela się w rosyjskim ruchu opozycyjnym. Niedawno nakładem Ośrodka Karta i pod patronatem „Nowej Europy Wschodniej” ukazała się jego książka wspomnieniowa Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni (Warszawa 2017).

Książkę nabyć można tu.


Polecamy inne artykuły autora: Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Apel w 70 rocznicę akcji „Wisła”

28.04.2017
ZUWP
Czytaj dalej

Górę nad faktami bierze mitologia

28.04.2017
Piotr Tyma
Czytaj dalej

Podróż przez Międzymorze

26.04.2017
Ziemowit Szczerek
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

26.04.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Niebezpieczne związki

24.04.2017
Dominik Wilczewski
Czytaj dalej

Spotkania z Maciejem Jastrzębskim w Krakowie

21.04.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu