Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nowi Litewscy Polacy
2017-06-01
Dominik Wilczewski

Balcer w artykule Kresentymentalizm twierdzi, że „po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości [stosunki polsko–litewskie] sięgnęły jak dotąd najniższego poziomu”. To kontrowersyjna teza – podobnie jak wniosek, że to zmiana ekipy rządzącej w Warszawie doprowadziła do regresu.



(Artykuł Adama Balcera ukazał się w najnowszym numerze NEW. Tekst bezpłatnie dostępny jest tutaj).

Zacznijmy od proponowanej przez Balcera diagnozy sytuacji polskiej mniejszości i stanu przestrzegania jej praw. Autor słusznie przywołuje niespełnione „polskie postulaty”, które ciążą nad stosunkami Litwy i Polski. W kilku miejscach jego twierdzenia wymagają jednak istotnych uzupełnień i sprostowań.

Zaniem Balcera Polacy na Litwie nie ulegają postępującej lituanizacji. Na potwierdzenie tezy przywołuje dane statystyczne, z których wynika, że w latach 1989–2011 udział Polaków w ogóle ludności Litwy spadł zaledwie z 7 do 6,7 procent. Należy jednak zauważyć, że w liczbach bezwzględnych sytuacja wygląda dużo bardziej niepokojąco: w ciągu ponad dwudziestu lat liczba Polaków spadła o prawie 60 tysięcy, co dla mimo wszystko niewielkiej społeczności oznacza poważny ubytek.

Zdaniem wileńskiego publicysty Aleksandra Radczenki sytuacja może być jeszcze poważniejsza. Biorąc bowiem pod uwagę na przykład dane dotyczące języka używanego w domu, osób rzeczywiście identyfikujących się z polskością może być na Litwie nie więcej niż 150 tysięcy. Nie oznacza to oczywiście, że Polacy z pewnością „rozpłyną się” w żywiole litewskim, ale powinno być wystarczającym sygnałem alarmowym.



Czytajmy traktaty

Autor przypomina również o niezrealizowanych przez państwo litewskie postulatach dotyczących praw językowych. Wątpliwości budzi stwierdzenie Balcera, że zawarty w 1994 roku Traktat polsko-litewski o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy nie reguluje kwestii oryginalnej pisowni nazwisk i użycia języka polskiego w samorządach. Faktycznie, z taką interpretacją można się spotkać na Litwie – odwołajmy się jednak bezpośrednio do treści traktatu.

Artykuł 14 wyraźnie stwierdza, że przedstawiciele mniejszości – litewskiej w Polsce i polskiej na Litwie – mają prawo do swobodnego posługiwania się swoim językiem prywatnie i publicznie oraz do dostępu do informacji w tym języku. Dalej strony Traktatu przewidują rozważenie „dopuszczenia używania języków mniejszości narodowych przed swymi urzędami”, szczególnie tam, gdzie mniejszość stanowi dużą część miejscowej ludności (artykuł 15). Trudno nazwać te rozwiązania „brakiem regulacji”.

Dodajmy, że w tym samym Traktacie przewidziano również zagwarantowanie prawa do używania imion i nazwisk „w brzmieniu języka mniejszości narodowej”, a szczegóły miała określić odrębna umowa (która nigdy nie została zawarta). Przepis ten rodzi rozbieżności interpretacyjne. Zdaniem strony litewskiej nie wyklucza on bowiem fonetycznego zapisu polskich imion i nazwisk zgodnie z ortografią litewską.

Zdaniem Adama Balcera w Polsce „wyolbrzymia się także problemy polskiej edukacji na Litwie”. Trudno przejść obojętnie nad takim stwierdzeniem. To właśnie utrzymanie i wsparcie polskiej oświaty na Litwie powinno być dla Warszawy w długofalowej perspektywie priorytetowym zadaniem. Polacy na Litwie pozostaną Polakami nawet bez możliwości pisania swoich nazwisk po polsku, ale nie da się utrzymać ich polskiej tożsamości bez dobrej i atrakcyjnej polskiej szkoły.

Adam Balcer polemizuje również ze stwierdzeniem, że sytuacja Polaków na Litwie „jedynie się pogarsza”. Owszem, nie można powiedzieć, że mamy do czynienia wyłącznie z regresem. Jednak postępy w niektórych dziedzinach nie są oszołamiające. To prawda, że w litewskim Sejmie zarejestrowano projekty ustaw legalizujących oryginalną pisownię nazwisk. Czy można jednak uznać to za postęp, skoro podobne projekty trafiały już pod obrady parlamentu w poprzednich kadencjach i mimo szumnych obietnic nie zostały przyjęte?

Ponadto, proponowane w przywołanych projektach regulacje nie rozwiązują problemu. Jak wskazują niektórzy eksperci, między innymi prawniczka Ewelina Baliko z Europejskiej Fundacji Praw Człowieka w Wilnie (w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim), przyjęcie takiej ustawy (o ile zezwoli na zapis nazwiska na pierwszej stronie dokumentu) będzie krokiem naprzód, ale wpłynie głównie na sytuację małżeństw mieszanych, a nie mniejszości narodowych.

Podobnie nierozwiązana pozostaje kwestia dwujęzycznych tablic. Rozwiązanie, o którym pisze Adam Balcer, oznacza jedynie, że tabliczki w języku polskim na prywatnych posesjach przestały być nielegalne. Nadal jednak litewskie prawo nie przewiduje publicznego używania dwujęzycznych tabliczek, a te, które niedawno pojawiły się w Wilnie, mają rolę wyłącznie dekoracyjną. Nawet zresztą to nie powstrzymało przedstawicielki rządu Litwy na okręg wileński przed zaskarżeniem ich do sądu, który – na szczęście – skargę oddalił.



Tropem Wilczym

Pisze również Adam Balcer, że na Litwie z niepokojem patrzy się na fascynację litewskich Polaków „żołnierzami wyklętymi”. Autor nie precyzuje, kogo niepokoją polscy „żołnierze wyklęci”, ale chyba nie dotyczy to kierownictwa Wojska Litewskiego, które było partnerem tegorocznego biegu „Tropem Wilczym” w parku w wileńskim Zakrecie. Wśród litewskich publicystów, historyków i wojskowych można często spotkać się z opinią, że właśnie pamięć o wspólnej walce polskiego i litewskiego podziemia po 1944 roku przeciwko sowieckiej okupacji może przyczynić się do poprawy stosunków polsko–litewskich. Co więcej, może zdjąć z polskiej mniejszości odium prorosyjskich sympatii.

A właśnie prorosyjskość litewskich Polaków wydaje się być dla Balcera najpoważniejszym problemem. Jej wyrazem ma być sięganie przez polską mniejszość po środki przekazu, głównie telewizję, w języku rosyjskim. O ile powszechnie uważa się, że telewizja ma moc kreowania poglądów, o tyle jednak w przypadku litewskich Polaków (jak i innych mniejszości narodowych) nie mamy narzędzi, które pozwolą taki wpływ ocenić.

Autor przywołuje badania, z których wynika, że 65 procent litewskich Polaków pozytywnie ocenia Władimira Putina. Póki co korelacja między oglądalnością rosyjskich mediów a popularnością rosyjskiego przywódcy jest przedmiotem przypuszczeń publicystów, wymagałaby bardziej pogłębionej analizy. Dopiero wówczas możliwe będzie sformułowanie bardziej konkretnej odpowiedzi na rosyjską propagandę na Litwie.

Balcer słusznie zauważa, że Polacy na Litwie nie są skazani na media rosyjskie, że mogą sięgać również po litewskie. Faktem jest jednak, że Polacy litewskie media śledzą rzadko lub w ogóle. Czy nie czas zastanowić się, dlaczego po ponad ćwierć wieku niepodległości, nie udało się na Litwie stworzyć mediów, które byłyby atrakcyjne także dla widzów należących do mniejszości narodowych?



Doktryna Sikorskiego

ówną myślą artykułu jest przekonanie, że do znacznego pogorszenia w stosunkach polsko–litewskich doszło po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości. Autor słusznie punktuje rządzącą partię, wskazując na to, jak w swej polityce historycznej i polityce wobec państw ościennych wpada w stare, „endeckie” koleiny. Obiema rękoma można podpisać się pod zdumieniem autora, że politycy PiS krytykujący Litwę dużo większą wyrozumiałość wykazują pod adresem Białorusi (gdzie – w rzeczywistości – polska mniejszość jest po prostu poddawana represjom).

Czy jednak rzeczywiście mamy do czynienia z regresem? Balcer przywołuje tu na przykład absolutnie skandaliczne słowa Jana Parysa, który sugerował, że w przypadku nierozwiązania problemów polskiej mniejszości, Polska może nie wywiązać się ze swoich zobowiązań sojuszniczych wobec Litwy w ramach NATO.

Jednak w porównaniu z sytuacją, jaka miała miejsce w latach 2007–2015, za rządów Platformy Obywatelskiej, takie słowa nie są niczym nowym. Nie kto inny, jak marszałek Senatu Bohdan Borusewicz, w czasie wizyty w Wilnie w 2014 roku mówił: „Wcale się tak nie martwię tym, że jedna czwarta Litwinów uważa Polskę za państwo wrogie. Z teorii obecnej pani prezydent wynika, że Litwa będzie się opierała na Skandynawii. No to w razie jakiegoś zagrożenia niech Szwedzi bronią Litwy, my się wcale nie będziemy pchali. Zobaczymy, czy obronią”.

Trzeba również przypomnieć, że w 2010 roku ubiegający się o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich ówczesny szef MSZ Radosław Sikorski, zapowiedział, że jego noga nie postanie w Wilnie, dopóki nie rozwiązane zostaną problemy litewskich Polaków (obietnicy zresztą nie dotrzymał). Rok później wizytujący Wilno premier Donald Tusk zapowiedział, że stosunki polsko–litewskie będą tak dobre, jak dobra będzie polityka Litwy wobec polskiej mniejszości. Obie te wypowiedzi – i premiera, i szefa dyplomacji – zostały na Litwie przyjęte chłodno. Szczególnie Sikorskiemu zapamiętano ją nad Wilią i Niemnem na długo.



Jak naprawić stosunki?

Jak wynika z powyższego, niektóre z uwag Adama Balcera są dyskusyjne. Mniej wątpliwe wydają się na pierwszy rzut oka przedstawione przez niego propozycje rozwiązania polsko–litewskiego sporu: uzależnienie wsparcia dla Akcji Wyborczej Polaków na Litwie przez Polskę od „prowadzenia przez jej polityków jednoznacznie prolitewskiej polityki”, wsparcie dla niezależnych polskich mediów na Litwie oraz wykreowanie przez Warszawę nowych, młodych polskich elit na Litwie. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.

Nie ulega wątpliwości, że AWPL powinna prowadzić „jednoznacznie prolitewską politykę”. Skąd jednak wniosek, że partia ta – obecna na litewskiej scenie politycznej od ponad dwudziestu lat, zasiadająca w parlamencie i samorządach, a nawet współtworząca przez pewien czas koalicję rządową – prowadzi politykę „antylitewską”? Autor wydaje się również zapominać, że obecna pozycja AWPL na litewskiej scenie politycznej nie wynika z jej zmitologizowanej „prorosyjskości”, ale z odkładania ad Kalendas Graecas rozwiązania problemów polskiej mniejszości, na których ta partia buduje swój polityczny kapitał.

O ile postulat wsparcia dla polskich mediów (pytanie tylko dlaczego „niezależnych” – niezależnych od kogo?) nie budzi wątpliwości, o tyle należy skupić się na pomyśle „wykreowania” nowych elit wśród litewskich Polaków. Problem polega na tym, że takich elit wcale nie trzeba kreować, one już w dużej mierze istnieją – nie są jednak dostrzegane przez elity litewskie.

Istnienie warstwy dobrze wykształconych, kompetentnych, otwartych na świat Polaków na Litwie jest w interesie Warszawy, ale w dużo większym stopniu jest w interesie Wilna. To zatem litewskie władze, instytucje i organizacje powinny się na Polaków otwierać. Dlaczego tak mało jest Polaków na listach wyborczych litewskich partii? Zmieńmy to, a AWPL przestanie być solą w oku polityków nad Wilią.

To na czym powinno zależeć władzom w Warszawie, to rzeczywiste upodmiotowienie polskiej społeczności. To właśnie ona jest stroną w stosunkach z Wilnem. To litewscy Polacy mają swoje postulaty, których zrealizowania się domagają. Polska może im w tych zmaganiach asystować i wspierać ich, ale nie może być arbitrem. Im prędzej to upodmiotowienie nastąpi, tym szybciej dojdzie do poprawy w stosunkach polsko–litewskich.

 

Dominik Wilczewski jest redaktorem portalu Przegląd Bałtycki.

Fot. Beny Shlevich, flickr.com (cc 2.0) commons.wikimedia.org

 

Artykuł Adama Balcera ukazał się w najnowszym numerze NEW. Tekst bezpłatnie dostępny jest tutaj.


Powrót
Najnowsze

„Litewski spleen” Piotra Kępińskiego

13.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Konstytucyjne weto

13.10.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Konferencja Polska Polityka Wschodnia 2017

11.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Ukraińskie ślady w Krakowie

11.10.2017
Urszula Pieczek Iwona Boruszkowska
Czytaj dalej

„Mój własny Wschód”: nie kończymy!

09.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Dyskusja „Kraków–Wschód: Inspiracje”

05.10.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu