Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Koniec świata w Smolnikach
2017-06-05
Piotr Kępiński

Artykuł jest częścią wakacyjnego cyklu Mój własny Wschód. Nasi autorzy przedstawiają w nim ważne dla siebie, nieznane, ciekawe miejsca w Europie Wschodniej.

W tym mieście, a raczej miasteczku, w którym żyje niespełna pięciuset mieszkańców, nie ma żadnego znaczącego pomnika, nie urodził się tutaj nikt ważny dla kultury litewskiej. Prowincjonalny standard: szkoła techniczna, kościół luterański, biblioteka, dom seniorów i aleja z 207 dębami: duma miasta.

Żeby dotrzeć tutaj z Wilna trzeba pokonać około 200 kilometrów. Pierwsze sto to wygodna droga do Kowna, potem zaś fantastyczna (i co ważne, niezbyt wśród kierowców popularna) aleja wijąca się przez Poniemuński Park Regionalny (Panemunių regioninis parkas).

Mijamy Giełgudyszki (Gelgaudiškis), Jurbork (Jurbarkas) – miasteczka bezbarwne i szare, żeby dotrzeć nad najpiękniejsze na Litwie rozlewisko Niemna.

Wzmianki o Smolnikach (Smalininkai), gdzie znajdują się punkty obserwacyjne (bynajmniej nie jakieś turystyczne i „profesjonalne”, to tylko fragmenty brzegu z których widać rzekę), nie znajdziemy nawet w „solidnym” i kompetentnym przewodniku po Litwie autorstwa Giedrė Jankevičiūtė. W internecie też informacji niewiele.

 

Z dala od zgiełku

Krajobraz jest tutaj, co prawda, z lekka zdewastowany, zapuszczony, przypominający przedmieścia Kiejdan, ale z racji wielkości miasteczka pozbawiony posowieckich bloków wyrastających dopiero w Taurogach (Taurage), których atmosfera nijak się ma do barwnych opisów z Potopu: architektoniczny banał, samochody z zaciemnianymi szybami, stacje benzynowe, które przypominają bardziej gospody dla bandytów, atmosfera lepka, bardzo lepka.

W Smolnikach przeważają małe murowane i drewniane domki, jedyna w mieście kawiarnia Dalia wygląda jak popegeerowski wiejski sklep, pomazany wściekłą czerwienią pompejańską. W przeciwieństwie do Taurogów, pijanych tutaj na lekarstwo – podobnie jak i samochodów.

Kilkaset metrów za centrum (niezbyt jasno zdefiniowanym, przyjmijmy jednak, że będzie to poczta i szkoła) znajduje się parking, z którego tylko parę kroków dzieli nas od rzeki, z brzegu której można obserwować dzikie ptaki i wpatrywać się w nieprawdopodobnie niebieską wodę. Granica litewsko–rosyjska przebiega w tym miejscu dokładnie środkiem Niemna. Po stronie litewskiej zachowała się do dzisiaj wieża obserwacyjna (a jednocześnie punkt celny) z lat 1924–1926 i najstarsza stacja pomiarowa wody na Litwie (z początku XIX wieku). Po stronie rosyjskiej wysoko ponad drzewa wyrasta wielki, masywny i metalowy jak najbardziej współczesny rosyjski punkt obserwacyjny. Litwini wpadają tutaj całkiem często, żeby tę granicę zobaczyć.

W lecie być może nie ma tu tłumów, niemniej jednak nie jest też zupełnie cicho. Wczesna wiosna i zima to raj dla chcących odpocząć od zgiełku. Z lekka zamrożona rzeka, wypłowiała nadrzeczna zieleń i wiatr (który wieje tutaj bodaj najmocniej na Litwie) potęgują wrażenie końca świata.

Inna sprawa, że do wielkiego świata faktycznie stąd całkiem daleko. Po rosyjskiej stronie rzeki ciągną się tylko lasy i nieużytki. Do Sowiecka (czyli dawnej Tylży), gdzie znajduje się przejście graniczne, jest około pięćdziesiąt kilometrów, do strasznych Taurogów mniej więcej tyle samo, może ciutę mniej.

Przyjeżdżając tutaj ma się wrażenie, że czas stanął w miejscu, po to tylko, żeby rzeka się rozlała. Granica (niespecjalnie przyjazna) nie robi wielkiego wrażenia. „Kaliningradzka” Rosja zdaje się być tak odległa jak Moskwa. Obserwujemy ją z innego świata, nie myśląc o tym, co dzieje się po tamtej stronie. Bo Niemen w tym miejscu przypomina morze. A za morzami dzieją się różne rzeczy, które niekoniecznie muszą nas dotyczyć.

 

Niemieckie bizony w sercu Żmudzi

Znad Niemna przez Jurbork albo Taurogi można pojechać na obiad na pewne mało znane ranczo (Bizonų Ranča Lietuva), położone w okolicach Kielm (Kelmė) – cała trasa zajmie nie więcej niż półtorej godziny.

Ranczo na Litwie? Jak najbardziej. Można tutaj oglądać bizony, zanocować w hotelu, no i zjeść (stety czy niestety) stek z bizona. Jak wyjaśniają właściciele (Audra i Roland Schelenzowie) bizony nie są litewskie, tylko niemieckie, z okolic Weimaru. Wybieg dla nich, całkiem spory, można obserwować z okien restauracji. Cały kompleks wart jest obejrzenia albowiem to kicz w postaci czystej. Właściciele rancza, w młodości zapewne amatorzy prozy Karola Maya, wymarzyli sobie kawałek dziewiętnastowiecznej Ameryki w sercu Żmudzi. Wystrój wnętrza restauracji doprowadzi do apopleksji zwolenników poprawności politycznej: trofea myśliwskie wiszą tutaj obok fotografii dzielnych zdobywców Dzikiego Zachodu, figurki Indian przypominają rzeźby polskich Żydów sprzedawanych w Krakowie czy w Warszawie. Właściciele paradują w strojach amerykańskich pionierów, kelnerki ubrane są zaś jak Indianki. Trzeba jednak przyznać, że jedzenie serwują znakomite: steki są fantastyczne, gulasz z bizona – przedni.

Szkoda tylko, że nie pomyśleli, że w tych okolicach w wieku XV czy XVI faktycznie bizony jadano. Uwielbiał je podobno nawet sam Jagiełło. W przedwojennych polskich książkach kucharskich można znaleźć przepis na stek przez niego wymyślony.

Do Wilna wracamy drogą ekspresową przez Kowno, tą samą, którą jechaliśmy do Smolnik. Za Kownem, tuż za Pożajściem (Pažaislis) mijamy po prawej stronie zgliszcza modnej kiedyś restauracji z typowo litewskim jedzeniem. Ten zajazd, bardzo popularny wśród kierowców, został spalony, już dobrych kilka lat temu przez mafię z Poniewieża (Panevėžys). Osmalone kominy i resztki po drewnianych pawilonach stoją do dzisiaj…

 

Piotr Kępiński jest poetą, krytykiem literackim, eseistą. od 2007 roku do 2016 roku juror Nagrody Literackiej Europy Środkowej – Angelus; od roku 2017 w jury Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej – Silesius. Pracował m.in. w „Czasie Kultury”, „Newsweeku”, „Dzienniku”. Współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”. Mieszka w Warszawie i w Rzymie.

Fot. Julian Nitzsche (CC BY-SA 4.0) commons.wikimedia.org

***

Artykuł jest częścią wakacyjnego cyklu Mój własny Wschód. Nasi autorzy przedstawiają w nim ważne dla siebie, nieznane, ciekawe miejsca w Europie Wschodniej.

Chcesz również przedstawić na łamach wydania internetowego NEW „swoje” miejsce na Wschodzie? Zachęcamy do wysyłania krótkich (do 6 tysięcy znaków) tekstów eseistyczno–dziennikarskich na adres zbigniew.rokita@new.org.pl. Może być to opis miejsca, wydarzenia, impresje z podróży. Redakcja wybierze najciekawsze artykuły, które zostaną opublikowane na www.new.org.pl, a ich autorzy otrzymają upominki książkowe.


Powrót
Najnowsze

„Litewski spleen” Piotra Kępińskiego

13.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Konstytucyjne weto

13.10.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Konferencja Polska Polityka Wschodnia 2017

11.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Ukraińskie ślady w Krakowie

11.10.2017
Urszula Pieczek Iwona Boruszkowska
Czytaj dalej

„Mój własny Wschód”: nie kończymy!

09.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Dyskusja „Kraków–Wschód: Inspiracje”

05.10.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu