Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nieistniejąca Kamczatka
2017-06-05
Michał Milczarek

To zaczyna się już na lotnisku, jak tylko samolot wyląduje. Lot trwa dziewięć godzin, tyle samo wynosi różnica czasu. W Moskwie jest środek nocy, a na Kamczatce południe. Powinno się spać, powinna być trzecia nad ranem, czarna jak listopad noc, a tymczasem na horyzoncie jarzy się w słońcu biały stożek wysokiego na trzy i pół tysiąca metrów wulkanu Koriacka Sopka. Jarzy się tak, że aż oczy trzeba zmrużyć. Wokół widać jeszcze karłowate brzozy Ermana z pniami o kształcie spirali, trochę dalej, za horyzontem, czarne plaże zalewa huczący Pacyfik, a jeśli jest zima – wszystko pokrywa głęboki na metr albo dwa śnieg.

Wydawało mi się na Kamczatce, że patrzę w lustro. Że ulice, pięciopiętrowe bloki z płyty, ludzie, japońskie samochody z kierownicą po prawej, cały świat jest lustrzanym odbiciem. Wiem, że ciężko to sobie wyobrazić  i brzmi to trochę pretensjonalnie, ale naprawdę tak było. A jednocześnie byłem przekonany, że poza tym odbiciem nie ma niczego bardziej realnego, a zatem nie istnieje żadne realniejsze od samego odbicia źródło odbitego obrazu.

Dlatego chodziłem i patrzałem. To mi wystarczało. W Pietropawłowsku gdzieniegdzie paliły się śmietniki, po północy włóczyły się watahy bezpańskich psów, z pozawieszanych na słupach głośników szła reklama mebli, taksówek i nowego mięsnego, a pranie suszyło się na sznurkach rozciągniętych między blokami. Wszędzie było wiele żelastwa, betonu i rozpadu, ale najwięcej było nicości. Zwłaszcza w głębi półwyspu, gdzie kończyły się wszystkie drogi, kto mógł, to wyjechał, a Koriacy, którzy nie mieli dokąd wyjechać, wpadali w trans, pijąc wódkę do telewizora. Na północy po dziś dzień trwa metafizyczny neolit.

Do tego dochodzi samotność. Na Kamczatkę nie prowadzi żadna droga (nawet zimą), do najbliższych dużych miast, Chabarowska albo Sapporo, jest po tysiąc siedemset kilometrów. Jest to na dobrą sprawę wyspa – i to na końcu świata, na skraju mapy. Z jednej strony leży Morze Ochockie, za nim niesławna Kołyma. Z drugiej Pacyfik i Wyspy Komandorskie, na których poza mgłą niewiele istnieje. Dalej amerykańskie Aleuty, Alaska, czyli zawrót głowy, bo Alaska znajduje się przecież na przeciwległym końcu mapy. Na południu natomiast mamy łańcuch wulkanicznych Kuryli z opuszczonymi wyspami, na których stoją przypominające szkielety bloki widma. I wreszcie na północy Czukotka, będące na Kamczatce obiektem żartów o końcu świata.

A więc samotność. I to samotność kosmiczna. Odstający od krańca Azji półwysep Kamczatka wygląda na globusie jakby miał się od niego oderwać pod wpływem obrotu planety. Jakby siła odśrodkowa kręcącej się Ziemi miała lada moment wyrzucić go gdzieś w kosmos, w absolutną czerń i nicość jak ciało zupełnie niepotrzebne, zbędne. A w dodatku niepoważne, komiczne, gdyż połączenie niedźwiedzi, wulkanów, atomowych łodzi podwodnych i gejzerów przypomina bardziej cyrk niż rzeczywistość.

Dlatego myślę sobie, że Kamczatka nie zasłużyła na istnienie. Ale to dobrze. Ma je z głowy, ma je gdzieś, jest o nie lżejsza. Istnienie jest na serio, a Kamczatka nie jest. Pozostaje fantastycznym mirażem, majakiem, snem, lustrzanym odbiciem. Podszywa się pod istnienie, pasożytuje na jego realności, będąc w istocie surrealistycznym złudzeniem.

Być może dlatego miejscowi zagadywali mnie w stołówkach, zabierali na wódkę, zapraszali na obiad, dawali ogórki i pomidory z cieplarni ogrzewanych gorącą wodą z podziemnych źródeł. Być może dlatego na stopa dało się tam jeździć nawet lokalnymi autobusami. Być może w ten właśnie sposób kamczatczycy próbowali przezwyciężyć własną samotność, oderwanie od świata, wolny Internet i strach przed nicością kosmosu, który był bliżej niż reszta ziemi.

Byłem tam dwa razy, latem i zimą – i nigdy nie chciałem wracać. Nie chciałem się budzić z tego snu, było mi w nim dobrze. Kąpałem się w gorących źródłach, jadłem ikrę z pięciolitrowych słoików, kładłem na trawie i myślałem, że dobrze jest przez pewien czas nie istnieć.

 

Michał Milczarek jest wykładowcą w Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor książki Z martwych was wskrzesimy. Filozofia Nikołaja Fiodorowa (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2013).

Fot. Maksimilian karlovich (cc by-sa 4.0) commons.wikimedia.org

***

Artykuł jest częścią wakacyjnego cyklu Mój własny Wschód. Nasi autorzy przedstawiają w nim ważne dla siebie, nieznane, ciekawe miejsca w Europie Wschodniej.

Chcesz również przedstawić na łamach wydania internetowego NEW „swoje” miejsce na Wschodzie? Zachęcamy do wysyłania krótkich (do 6 tysięcy znaków) tekstów eseistyczno–dziennikarskich na adres zbigniew.rokita@new.org.pl. Może być to opis miejsca, wydarzenia, impresje z podróży. Redakcja wybierze najciekawsze artykuły, które zostaną opublikowane na www.new.org.pl, a ich autorzy otrzymają upominki książkowe.

 


Polecamy inne artykuły autora: Michał Milczarek
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu