Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Być z Zachodem i przeciwko Zachodowi
2017-06-05
Kaja Puto, Lilia Szewcowa

Rozmowa ukazała się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Co jeszcze w numerze? Sprawdź!

 

KAJA PUTO: Wśród ekspertów zajmujących się Rosją utarło się analizowanie współczesnej rosyjskiej polityki zagranicznej jako obliczonej na wewnętrzne potrzeby Kremla. Czy ta perspektywa w istocie pomaga zrozumieć rosyjskie zachowanie na arenie międzynarodowej?

LILIA SZEWCOWA: Oczywiście, zarówno rosyjska, jak i każda inna polityka zagraniczna jest instrumentem uprawiania polityki wewnętrznej. W przypadku Rosji ta tendencja jest wyjątkowo silna, ponieważ w obliczu kurczenia się zasobów społecznych i finansowych, w obliczu upadku, rozkładu, a nawet agonii państwa, to właśnie od polityki zagranicznej zależy przetrwanie rosyjskiego systemu władzy spersonalizowanej. Państwo rosyjskie nie potrafi się samodzielnie modernizować ani utrzymywać. Jego działalność na arenie międzynarodowej ma na celu odwrócenie uwagi społeczeństwa od wewnętrznych problemów oraz imitację rozwoju państwa. Dodajmy, że Władimir Putin jest zapewne zmęczony po siedemnastu latach u władzy, sfrustrowany problemami wewnętrznymi kraju. Polityka zagraniczna to jego specjalność: być może również dlatego traktuje ją priorytetowo.

 

W jaki sposób Rosja może zapewnić sobie przetrwanie instrumentami polityki zagranicznej?

To coś jak powożenie dwoma końmi, każdym w przeciwnym kierunku. Z jednej strony polityka zagraniczna Rosji ma na celu utrzymywanie relacji z Zachodem za zadanie uzyskania niezbędnych finansowych, ekonomicznych i technologicznych zasobów, które pozwalają Rosji przetrwać. Rosja jest w tym zakresie niemal zupełnie uzależniona od Zachodu – wspomnijmy chociażby rosyjski gaz i ropę, dla których Zachód jest głównym rynkiem zbytu. To zabawne, bo Rosja wykorzystuje globalizację, by osiągnąć antyglobalistyczne cele…

 

Do tego wrócimy później. A ten drugi koń?

Z drugiej strony Rosja musi trzymać Zachód na dystans, by nie dopuścić do popularyzacji zachodnich – to jest liberalnych – wartości w społeczeństwie rosyjskim. Jest jeszcze trzeci koń: stworzenie dogodnego środowiska dla rosyjskiej elity politycznej i biznesowej na Zachodzie. Rosyjskie dzieci w londyńskich szkołach, rosyjskie firmy w londyńskich biurowcach i w rajach podatkowych… Rosyjską strategię wobec przetrwania określiłabym zatem w trzech punktach: być z Zachodem – w zakresie wykorzystywania zasobów, być przeciwko Zachodowi – i jego wpływowi na rosyjskie społeczeństwo, i być na Zachodzie – w postaci rosyjskich elit.

 

I tylko o to tyle szumu? O zachowanie status quo?

Nie, oczywiście za rosyjską polityką zagraniczną stoją też konkretne, techniczne cele. Po pierwsze, jest to poszukiwanie w Europie sojuszników – sił politycznych, które potencjalnie mogą wspierać polityczny kurs Rosji. Drugim celem jest utrzymanie rosyjskiej strefy wpływów, szczególnie w krajach poradzieckich. Ponadto, co bardzo istotne – chodzi o zmuszenie Zachodu do zaakceptowania rosyjskiego wpływu na globalne zasady gry, do uznania rosyjskiego rozumienia zasady suwerenności, integralności terytorialnej, terroryzmu. A w ostatecznym rozrachunku – o zmuszenie do wspólnej dyskusji o przyszłości porządku światowego, szczególnie w kwestiach bezpieczeństwa.

 

Ale czego konkretnie oczekuje Rosja od Zachodu? Dziś, w 2017 roku?

Analizując działania i słowa Kremla, możemy wysnuć wniosek, że obecne władze Rosji oczekują od Zachodu przede wszystkim stworzenia dogodnego środowiska dla rosyjskiego systemu władzy spersonalizowanej, co oznacza mniej więcej tyle, że Zachód powinien patrzeć na Rosję jak na globalne mocarstwo i uznać jej interesy energetyczne, na przykład udzielając gwarancji Gazpromowi czy rozbudowując Nord Stream II. Ponadto Rosja oczekuje od Zachodu, że ten zapomni o aneksji Krymu oraz wojnie na Donbasie i zniesie sankcje za łamanie porozumienia z Mińska. Następnie – o czym już mówiłyśmy – według Rosji, Zachód powinien odpuścić sprawę wpływów w przestrzeni poradzieckiej i wznowić dialog na temat bezpieczeństwa światowego. A żeby do tego dialogu doszło, Rosja musi powrócić do „klubu” najsilniejszych mocarstw, na przykład do grupy G8. Kreml doskonale rozumie, że ustalony po rozpadzie ZSRR euroatlantycki porządek świata się rozpada, i chce to wykorzystać.

 

Kraje poradzieckie są według Kremla rosyjską strefą wpływów, a czy dotyczy to również państw bałtyckich?

Wątpię, aby Moskwa była tak arogancka i pewna siebie, żeby uważać się za zdolną do odzyskania państw bałtyckich. Nie sądzę, żeby Rosja była gotowa na konsekwencje wywołania słynnego artykułu 5 traktatu północnoatlantyckiego.

 

Ale są przecież inne instrumenty uzyskiwania wpływów, nie tylko interwencja militarna.

No właśnie. W krajach bałtyckich Moskwa ma do dyspozycji instrumenty wojny hybrydowej, które mają na celu destabilizację państwa od środka, z pomocą ludności rosyjskojęzycznej, rosyjskiego biznesu. Rosja nieustannie testuje cierpliwość Zachodu, sprawdza, jak daleko może się posunąć w swoich działaniach przeciwko stabilności i integralności krajów poradzieckich. Ale musimy także pamiętać, że współczesna Rosja – która przeżywa stagnację gospodarczą i której zasoby są mocno ograniczone – nie jest krajem, który byłby w stanie utrzymać całą galaktykę państw satelickich. To wymaga pieniędzy, których Moskwa nie ma, a za lojalność trzeba płacić. Żeby utrzymać poparcie Aleksandra Łukaszenki, Rosja musi przywrócić Białorusi zniżkę na gaz i ropę, a to będzie ją dużo kosztować. Nawet bez tego Moskwa wydaje na lojalność Białorusi około 9-11 miliardów dolarów rocznie. Z drugiej strony niektóre państwa są od Moskwy uzależnione – możemy nazwać je zakładnikami geografii. Weźmy chociażby Armenię, kraj uwięziony między Turcją a Azerbejdżanem, z którymi ma ona bardzo złe stosunki – Armenia właściwie nie ma wyboru.

 

A jak to wygląda poza przestrzenią poradziecką?

Całkiem skutecznie, zważywszy na ten zabawny paradoks, w którym Rosja, podobnie zresztą jak Chiny, stała się beneficjentem globalizacji, otwartych granic i swobodnego przepływu pieniędzy i ludzi, wykorzystując ją do budowy swojej antyglobalistycznej i antyeuropejskiej agendy. Plan był zupełnie inny: Zachód liczył na to, że przez globalizację uda mu się doprowadzić do transformacji Rosji i rosyjskiego społeczeństwa. Wiele sił politycznych, na przykład niemiecka socjaldemokracja, od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku silnie wierzyło, że Rosja zmieni się w kraj demokratyczny, jeśli tylko Europa będzie na nią otwarta. Ale to się nie udało, a wręcz obróciło przeciwko Zachodowi, który musiał się do Rosji coraz bardziej dostosowywać. Moskwa osiągnęła to wieloma instrumentami, które wciąż są skuteczne, pomimo pogorszenia się stosunków z Europą po aneksji Krymu. Po pierwsze, jest to współpraca z przyjaznymi Rosji reżimami, na przykład Węgrami Viktora Orbána. Niemal w każdym kraju europejskim znajdą się prorosyjskie siły polityczne – szczególnie na skrajnej lewicy i prawicy. Moskwa to wykorzystuje i wspiera rosnących dziś w siłę prawicowych populistów. To stara, dobra, radziecka szkoła: ZSRR zawsze wspierał antyestablishmentowe siły na Zachodzie. Drugi instrument również nie jest nowy: to kampania dezinformacji, czyli tworzenie fake-newsów, które podważają zachodnią narrację i oferują alternatywne interpretacje wydarzeń. Russia Today czy Sputnik to przecież mocne i efektywne kanały komunikacji. Po trzecie, Rosja wykorzystuje kontakty biznesowe, a europejski biznes chętnie z nią współpracuje mimo bezprawia panującego w tym kraju. I znów odwrotnie do tego, czego my – liberałowie – oczekiwaliśmy, wejście zachodniego biznesu do Rosji niczego nie zmieniło: rosyjskie elity polityczne i finansowe nie zaczęły dostosowywać się do zachodnich standardów. Wręcz przeciwnie: to zachodni biznes musiał dopasować się do rosyjskich reguł gry. Są również instrumenty militarne: wojskowe prowokacje morskie czy powietrzne i, rzecz jasna, arsenał atomowy. Mimo wszystko trzeba pamiętać, że Rosja jest jedynym krajem na świecie, który byłby w stanie w pięć minut sprzątnąć USA z mapy.

 

A „kryzys migracyjny”? W europejskich mediach często spekuluje się o tym, że Rosja może stymulować ruch na trasach migracyjnych.

Osobiście nie wierzę w to, żeby Kreml był zdolny do tak wysublimowanego ruchu. Jeśli chodzi o rosyjską interwencję w Syrii, była to decyzja podjęta dość spontanicznie, a jej głównym celem było odwrócenie uwagi Zachodu od wojny na Ukrainie i wymuszenie pozycji, w której Rosja traktowana będzie jak światowe, liczące się mocarstwo. Wątpię, żeby Kreml myślał przy tym o wpływaniu na „kryzys migracyjny”. Ale kiedy kolejne fale migrantów zaczęły docierać do Europy – przy czym pamiętajmy, że wśród nich znajdują się nie tylko Syryjczycy – Kreml mógł pomyśleć coś w rodzaju: „ale mamy szczęście, weszliśmy do Syrii, żeby załatwić jedną sprawę, i cóż się wydarzyło?”. Wydaje mi się, że dopiero wtedy zrozumiał, że może w ten sposób szkodzić Europie. Tak samo było z „arktyczną” trasą migracyjną: nie wierzę w to, że Rosjanie ją stworzyli, a jedynie wykorzystali, nie blokując drogi ludziom, którzy chcieli przez Rosję dotrzeć do Norwegii i Finlandii. Rosja mogła coś ugrać na negocjacjach z tymi krajami, kiedy te poprosiły ją o pomoc w zamknięciu tej trasy.

 

Kilka tygodni temu niemiecka telewizja ZDF wyemitowała dokument, którego główny bohater – jak twierdzi, niegdyś wysokiej rangi współpracownik rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa – dowodzi, że wraz z uchodźcami z Czeczenii do Europy dostają się agenci Ramzana Kadyrowa.

Nie wierzę w to. Poza tym obce państwa mogą wykorzystywać swoich emigrantów, którzy są już osadzeni w Europie. Turcja z pewnością współpracuje z turecką diasporą w Niemczech czy Holandii. To naturalne. A jeśli chodzi o przyczyny migracji, wydaje mi się to proste. Unia Europejska postrzegana jest przez globalną społeczność jako cud, jako eldorado, i to jasne, że każdy chce zostać jego częścią, szczególnie że na świecie jest coraz więcej konfliktów. Migracje prowokowane są przede wszystkim przez sukces Europy.

 

Wróćmy do Rosji. Mówimy dużo o Europie, a przecież pojęcie Zachodu, szczególnie w kontekście rosyjskim, mieści również Stany Zjednoczone.

Na linii USA-Rosja mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją. Czynnik rosyjski stał się w Stanach czynnikiem istotnym wewnętrznie i wciąż nie wiemy, jak to wpłynie na politykę Donalda Trumpa czy następnych amerykańskich prezydentów wobec Rosji. Ale przede wszystkim warto zaznaczyć, że wokół tematu rosyjsko-amerykańskiego resetu narosło mnóstwo mitów. Po pierwsze, to nieprawda, że Kreml chciał Trumpa w Białym Domu. Rosja popełnia mnóstwo błędów, ale na Kremlu nie siedzą przecież idioci. Dobrze rozumieli, że Trump będzie nieprzewidywalnym prezydentem, a tego nie chcieli. Byli przygotowani na Hillary Clinton…

 

Ale przecież oficjalnie wspierali Trumpa, mówi się też o wpływie rosyjskich hakerów na wybory prezydenckie i ich wynik…

Kreml chciał zaszkodzić kampanii Clinton, ale nie doprowadzić do jej przegranej. Przecież teraz mają większy ból głowy. Czysto teoretycznie polityka zagraniczna i wewnętrzna Trumpa – America first, odcięcie się od Europy, niechęć do globalizacji, do NATO i paternalizm ekonomiczny – wydaje się na rękę Kremlowi. Ale przecież ten sam slogan, America first, jest jednocześnie dla Kremla katastrofą, bo oznacza, że Trump nie ma zamiaru uwzględniać w swojej polityce rosyjskich reguł gry. To Rosja chce być nieprzewidywalnym graczem, a to działa tylko wtedy, gdy można przewidzieć europejskie czy amerykańskie reakcje na swoje działania. Nieprzewidywalność Trumpa podważa podstawowe założenia rosyjskiej polityki zagranicznej, o których mówiłyśmy na początku. Ponadto zasada America first oznacza również zwiększenie wydatków na zbrojenia: Trump mówi o 53 miliardach dolarów rocznie. Dla Rosji, której budżet na wojskowość wynosi 48 miliardów dolarów, to po prostu zagrożenie. Po trzecie, jeśli Trump potrzebuje do czegoś Rosji, to do walki z islamistycznym ekstremizmem, co dla niego oznacza de facto całą muzułmańską cywilizację. A na to Rosja nie może sobie pozwolić, ponieważ ponad 20 milionów jej obywateli wyznaje islam. Po czwarte, Trump chce wykorzystać Putina jako partnera w swoich walkach z Chinami i Iranem. Ale po co Putin miałby wchodzić w konflikt z tymi jakże agresywnymi państwami, które znajdują się tak blisko rosyjskich granic? Wreszcie, znamy przecież strategię Trumpa, którą kierował się w działalności biznesowej – przycisnąć partnera do muru, zmusić go do akceptacji reguł gry, a na końcu go wykończyć. Nie potrafię sobie wyobrazić tego, że Putin pozwoliłby się tak traktować.

 

Czy w takim razie możemy spodziewać się wzmocnienia nowej zimnej wojny i wielobiegunowego porządku światowego?

Tak, ale Rosja absolutnie nie jest na to gotowa. Liberalny, amerykanocentryczny i oparty na przewidywalności porządek świata był dla Kremla bardzo komfortowy. Moskwa robiła, co chciała, a strategią Zachodu było „nie irytować Rosji”. W tym świecie Rosja nie miała realnych wrogów, nie czyhały na nią realne zagrożenia. Dziś, kiedy ów świat się chwieje, do głosu dochodzi logika darwinowska, wielobiegunowa, kiedy znaczenie zyskują również inne kraje – Chiny, Iran czy Turcja – kiedy Europa nie ma pomysłu na siebie, Rosja jest bezsilna, bo jej dotychczasowa strategia nie będzie już skuteczna, a kłopoty wewnętrzne utrudniają wytworzenie nowej.

 

Jednej rzeczy nie rozumiem. Skoro kryzys świata zachodniego jest dla Rosji niekorzystny, po co próbuje go ona pogłębiać?

Rosja próbowała go pogłębiać na wewnętrzny użytek, próbowała dezorientować Europę, ale nie spodziewała się, że kryzys Zachodu zajdzie aż tak daleko. Na Kremlu doskonale wiedzą, że dalszy rozkład zachodniego świata będzie zabójczy nie tylko dla niego samego, ale i dla Rosji, która jest od Zachodu i swojej strategii wobec niego uzależniona.

 

Te nowe bieguny porządku światowego to, jak Pani mówi, Chiny, Iran i Turcja. Przed wywiadem wspomniała Pani, że Rosja jest częścią „antyliberalnej międzynarodówki”. Co ma Pani na myśli?

Globalną społeczność autorytarnych krajów, które mają zamiar wykorzystać kryzys Zachodu na swoje potrzeby. Rosja w tej grupie – do której należy zaliczyć również Chiny, Iran czy Turcję – jest czymś w rodzajem specnazu, służb specjalnych powołanych do tego, by testować granice zachodniej cierpliwości, co miało miejsce na przykład w 2008 roku w Gruzji czy w 2014 roku na Ukrainie. Chiny, Iran i Turcja stały obok i patrzyły, czy i kiedy Zachód zareaguje. W tym samym czasie Chiny powoli wchodziły na Morze Południowochińskie, dobierały się do Wietnamu, a Iran załatwiał interesy w Syrii, Iraku czy Libanie, walcząc o pozycję regionalnego mocarstwa. Turcja natomiast stała się państwem jeszcze agresywniejszym i bardziej aroganckim niż Rosja i zaczęła wykorzystywać europejskich Turków do wzmocnienia swojej władzy. To oczywiście są różne kraje, mają różne interesy, ale to, co je łączy, to chęć wykorzystania słabości Europy i Stanów Zjednoczonych.

 

Czy Zachód może się jakoś przed tym obronić?

Zachodni eksperci nie radzą sobie z Rosją, są ciągle spóźnieni i reaktywni. Nie udało im się przewidzieć zajęcia Krymu, wojny na Ukrainie czy w Syrii, ukłonów Putina w stronę Trumpa. Należy jednak podkreślić, że rosyjscy eksperci również temu nie podołali. Strategia zbliżania się do Rosji i jej rozumienia również nie przyniosła pożądanych rezultatów. Administracja Baracka Obamy stworzyła dziesiątki komisji, których zadaniem było łagodzenie stosunków z Rosją, ale to nic nie dało, a pod koniec kadencji poprzedniego prezydenta USA mieliśmy do czynienia z ich zaostrzeniem. Im bardziej Zachód stara się uszanować interesy Rosji i ją zrozumieć, tym dalej posuwa się ona w testowaniu granic jego cierpliwości. I tym bardziej ten Zachód wykorzystuje. „Zarządzanie ryzykiem” w relacjach z Moskwą to nie jest polityka, to iluzja polityki. Zachód nie ma żadnej strategii, która mogłaby powstrzymać rosyjską agresję, nie wspominając o sprowokowaniu jakichkolwiek zmian w samej Rosji.

 

A co mogłoby być taką skuteczną strategią?

To bardzo proste. Zachód po raz pierwszy w historii ma do dyspozycji mocny instrument wpływu na Rosję, a mianowicie jej technologiczne i ekonomiczne uzależnienie od Zachodu oraz zainteresowanie rosyjskich elit biznesowych tym regionem. Zachód powinien postawić jasny warunek: będziemy szanować wasze konta bankowe i uczyć wasze dzieci na Harvardzie, ale tylko wtedy, gdy zaczniecie się normalnie zachowywać w przestrzeni poradzieckiej. Ale Zachód jest bezsilny.

 

Dlaczego?

To jest pytanie do zachodnich ekspertów. Dlaczego społeczeństwo oparte na wartościach, takich jak wolność, godność, praworządność, szacunek do życia ludzkiego, godzi się na współpracę z Rosją na warunkach sprzecznych z tymi wartościami? Dlaczego przez lata Zachód pozwalał na wykorzystywanie swoich zasobów – technologii, ekonomii, banków, prawników, uniwersytetów, mediów – w celu reprodukcji antyzachodniego systemu rosyjskiego? Dlaczego bankierzy, prawnicy, politycy i biznesmeni tak chętnie korzystają ze skorumpowanych rosyjskich pieniędzy? Dlaczego Zachód zapomina o wartościach, które wyznaje, i normach, które szanuje, kiedy robi interesy z podmiotami władzy spersonalizowanej? Niech te retoryczne pytania posłużą jako odpowiedź.

 

Profesor Lilia Szewcowa jest rosyjską analityczką zajmującą się problematyką międzynarodową, wykładowczynią uniwersytecką. Przez wiele lat kierowała rosyjskim oddziałem Carnegie.

Fot. World Economic Forum (cc by-sa 2.0) commons.wikimedia.org

 

Rozmowa ukazała się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Co jeszcze w numerze? Sprawdź!


Polecamy inne artykuły autora: Kaja Puto
Polecamy inne artykuły autora: Lilia Szewcowa
Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Między sojuszem a rywalizacją

28.11.2017
Jakub G. Gajda
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu