Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Polska-Białoruś. By historia nie dzieliła
2017-06-26

Dominik Szulc

Polska-Białoruś. By historia nie dzieliła

Obraz Białorusi i Białorusinów w społeczeństwie polskim oparty jest na wielu stereotypach i półprawdach. Dzieje się tak choć mowa o naszym bliskim sąsiedzie – bliskim geograficznie, ale także mentalnie i kulturowo.

 

Również wyobrażenia o Polakach wśród Białorusinów często odbiegają od rzeczywistości. Wszystko to skutkuje między innymi relatywizacją wspólnej historii, jak chociażby jej oceną wyłącznie z punktu widzenia historiografii sowieckiej ze strony białoruskiej, zaś z polskiej z perspektywy tęsknoty za utraconą II Rzeczpospolitą znaną z książek Sławomira Kopra.

W przypadku stosunków polsko–ukraińskich czy polsko–niemieckich podkreśla się, że bez otwartego, nieskrępowanego dialogu o wspólnej przeszłości – niezależnie od obecnego kształtu stosunków – nie może być mowy o pojednaniu. Tymczasem relacje polsko–białoruskie w zakresie historii są naznaczone wieloma grzechami. Garść przykładów. Z jednej strony grodzieńskie władze obwodowe odmawiają wpisania Cmentarza Bernardyńskiego (zwanego także Farnym) w Grodnie, na którym zachowało się wiele polskich nagrobków, na listę chronionych prawem zabytków. Z drugiej zaś strony w Polsce grupa posłów wnioskodawców stwierdziła w projekcie ustawy o Narodowym Dniu Pamięci Kresowian (11 lipca) z 2016 roku, że Kresy Wschodnie stanowiły „obszar naznaczony prawdziwą tolerancją ludzi wolnych i wzajemnie szanujących swoją tożsamość”, zapominając na przykład o długofalowej akcji rewindykacji majątku cerkwi prawosławnej na Kresach prowadzonej w latach 1919–1938 przez rząd polski, w tym o masowym burzeniu obiektów sakralnych, głównie prawosławnej ludności ukraińskiej i białoruskiej. Tym samym nasi politycy drażnią nawet tych Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, którzy pragnęliby nowego otwarcia w stosunkach między naszymi krajami. Nie może być inaczej, jeśli bez dodatkowego komentarza stwierdza się w preambule wspomnianego projektu, że hetman litewski pochodzenia ruskiego Konstanty Ostrogski (wpisany przez Ukraińców nie całkiem zasadnie do panteonu ich bohaterów narodowych) zwyciężając wojska moskiewskie pod Orszą (obecna Białoruś) w 1514 roku zasłużył się dla polskiej niepodległości i został jako taki wymieniony obok Józefa Piłsudskiego. Nie tylko jest to niezgodne z prawdą, gdyż bitwa ta stanowiła element wojny litewsko-moskiewskiej, Ostrogski stał na czele armii litewskiej, a polska niepodległość nie była wówczas zagrożona, ale także narracją tych historyków białoruskich, którzy starają się na nowo zdefiniować narodowość i państwowość białoruską. Białoruś wkroczyła bowiem w 1991 roku z bagażem narracji sowieckiej, przekonującej że pierwszym państwem białoruskim była Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka. W opozycji do tego poglądu niechętni Rosji i obecnym władzom białoruskim historycy białoruscy starają się na nowo zdefiniować początki białoruskiej państwowości, zastępując BSRR Wielkim Księstwem Litewskim, w którym dominującym składnikiem etnicznym byli Rusini, a językiem urzędowym starobiałoruski, i to aż do 1697 roku.

Polsko–Białoruska Grupa ds. Trudnych?

Kilka ważnych tez padło w tym kontekście w ubiegłym roku, gdy czołowi historycy polscy i białoruscy dyskutowali w kwietniu 2016 roku w Instytucie Historii PAN w Warszawie o tym, jak problemy wspólnej historii badać. Spotkanie to swoją obecnością zaszczycił prezydent Narodowej Akademii Nauk Białorusi. Jeden z badaczy białoruskich, profesor Waliancin Gołubiew stwierdził wówczas, że należy powołać instytucję polsko–białoruską, która na wzór Polsko–Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych (choć ta od 2013 roku faktycznie nie funkcjonuje), mogłaby zajmować się wspólną przeszłością. Warto byłoby zastanowić się nad takim rozwiązaniem; warto również reaktywować polsko–białoruską komisję konsultacyjną ds. dziedzictwa kulturalnego, której celem była ochrona zabytków wpisanych do szeroko pojętego wspólnego dziedzictwa materialnego (ostatni raz zebrała się na szczeblu wiceministrów kultury w 2014 roku).

Także w tym kontekście ważne było wystąpienie profesor Joanny Gierowskiej–Kałłaur, która zwróciła uwagę na polonocentryczny wydźwięk terminu „Kresy” u naszych wschodnich sąsiadów oraz pilną potrzebę sformowania zespołu polsko–białorusko–litewskiego (a może i szerszego), którego celem miałoby być przygotowanie nowej syntezy dziejów i relacji państw Europy Wschodniej powstałych w naszym regionie lub proklamowanych po 1917 roku. Jak sądzę, nie musiałby być to jednak zespół, którego celem byłoby wypracowanie jednolitego poglądu na przeszłość ziem wschodnich dawnej Rzeczpospolitej. Zamiast tego należałoby sformułować protokół rozbieżności. Praca zespołu mogłaby nawiązywać do wydanej w 2009 roku w Polsce pozycji Historia Litwy. Dwugłos polsko–litewski (wydawnictwo DiG). Książka ta to w istocie dwie wersje historii Litwy zawarte w jednym zbiorze. Autorem pierwszej jest profesor Andrzej Rachuba, zaś drugiej małżeństwo profesorów Jūratė Kiaupieniė i Zigmantasa Kiaupy. Już sam układ pracy uzmysławia, jakie obszary wspólnej historii są dla naszych narodów ważniejsze. O ile bowiem Rachuba najwięcej miejsca poświęcił Litwie między XIV i XVIII wiekami,  o tyle litewscy autorzy najszerzej opisali wieki XIX i XX. I dalej: o ile lata 1918–1990 Rachuba opracował w jednym rozdziale, o tyle dzieje „Litwy Kowieńskiej”, okres II wojny światowej, okupację sowiecką po 1944 roku i odzyskanie niepodległości w latach 1990–1991 Kiaupa przedstawił w aż czterech oddzielnych rozdziałach (choć nie jest historykiem dziejów najnowszych). Ciekawe, że autorzy różnią się nie tylko co do ocen, ale też zwracają nawet uwagę na różne aspekty tych samych wydarzeń i zjawisk. Gdy Kiaupa podkreślił, że po zakończeniu I wojny światowej „ani w Wilnie, ani na Litwie Wschodniej Polacy nie stanowili absolutnej większości”, Rachuba zauważył, iż w samym Wilnie w 1923 roku Litwini nie stanowili nawet 1 procenta mieszkańców. Natomiast gdy litewski historyk twierdzi, że to „Litwini, tworząc obywatelskie państwo, głosili równe prawa polityczne i kulturowe (…) także dla Polaków”, jego polski kolega informuje, iż to „Liga Narodów jako warunek przyjęcia w swe szeregi wymogła na Litwie zgodę na umożliwienie mniejszościom narodowym swobodnego rozwoju”.

Podobna książka, tym razem opracowana dla potrzeb oceny przeszłości polsko–białoruskiej, mogłaby przynieść interesujące efekty i skierować dyskurs historyków na nowe tory. Co prawda Międzynarodowa Federacja Instytutów Europy Środkowo–Wschodniej częściowo już zajęła się tematyką poruszoną przez Gierowską, jednak w nieco innej formie. Przy Federacji zrealizowano bowiem dwa projekty naukowo–wydawnicze zatytułowane: Dzieje Białorusi, Litwy, Polski i Ukrainy w nowym ujęciu historiograficznym oraz Historia Europy Środkowo-Wschodniej. Pierwszy zakończył się wydaniem serii monografii narodowych, w tym dwóch Historii Białorusi od czasów najdawniejszych do 2000 roku autorstwa białoruskich historyków – Hienadzia Sahanowicza oraz Zacharego Szybieki, które jednak nie wyczerpują tematu, przedstawiając jedynie „białoruski” punkt widzenia.

Wyzwania lat 2017–2019

25 marca 2018 roku wypada setna rocznica proklamowania w Mińsku niepodległości przez Białoruską Republikę Ludową (BRL) – tworu co prawda krótkotrwałego, ale przez wielu uznawanego za pierwsze niepodległe państwo białoruskie. Do przyjętych przez nią symboli narodowych – Pogoni oraz flagi biało–czerwono–białej – nawiązało w 1991 roku państwo białoruskie, choć już w 1995 roku odeszło od nich na rzecz nowych symboli, stylizowanych na radzieckie. Setna rocznica proklamowania BRL byłaby znakomitą okazją nie tylko do zainaugurowania działania wspomnianego polsko–białoruskiego zespołu, ale także do odbycia inauguracyjnej konferencji poświęconej tej tematyce. Z drugiej jednak strony należy postawić pytanie: czy po raz kolejny nie prowadzilibyśmy rozmów wyłącznie z historykami, którzy nie reprezentują stanowiska rządu w Mińsku? Ten zaś odcina się przecież od tradycji BRL, zastępując go tradycją Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i „wyzwolenia” Białorusi przez Armię Czerwoną. Pamiętamy, jak brutalnie władze białoruskie stłumiły tegoroczne demonstracje w Mińsku z okazji 99–lecia proklamowania Republiki.

W 2017 roku przypada 200-setna rocznica śmierci Tadeusza Kościuszki, urodzonego w 1746 roku w białoruskiej obecnie Mereczowszczyźnie. Rocznica ta mogłaby być kolejną okazją do organizacji konferencji historyków polskich i białoruskich; za jej miejsce mogłaby posłużyć sama Mereczowszczyzna, w której w 2004 roku odbudowano dwór Kościuszków, obecnie pełniący funkcję Muzeum. Należałoby także wykorzystać przypadającą na 2019 rok 450-tą rocznicę zawarcia Unii Lubelskiej i zorganizować kolejne warsztaty polsko–białoruskie, a może nawet konferencję z udziałem historyków polskich, białoruskich, litewskich (i nie tylko) w mieście do tego szczególnie predestynowanym: Lublinie. Wielu białoruskich historyków uważa, że Wielkie Księstwo Litewskie, które zostało zmuszone w 1569 roku do zawarcia unii z Polską, było w istocie państwem białoruskim. W latach 2009 i 2013 w Lublinie (w KUL oraz Muzeum Lubelskim) odbyły się już konferencje poświęcone odpowiednio Unii Lubelskiej oraz Unii Horodelskiej; niestety: z niewielką reprezentacją historyków ze Wschodu. Dlatego ewentualna konferencja rocznicowa w Lublinie w 2019 roku winna odbyć się  pod auspicjami Komisji Lituanistycznej PAN lub nawet odpowiednich instytucji państwowych i pod odpowiednim patronatem. Aby taka konferencja spełniła jednak swoją rolę, towarzyszyć musi jej nowe „otwarcie” w dyskursie historyków polskich z historykami białoruskimi i nie tylko.

Problemem jest również fakt, że dotychczas nie zawarto na przykład polsko–białoruskiej umowy międzyrządowej, która mogłaby regulować wymianę naukową (wymianę pracowniczą między jednostkami naukowymi) – działającą choćby między Polską a Ukrainą. Co jeszcze można zrobić? Władze PAN zaproponowały jakiś czas temu Rosyjskiej Akademii Nauk w Moskwie wypracowanie mechanizmu wspólnego ubiegania się o europejskie granty dla najwybitniejszych uczonych z Polski i Rosji. Oferta spotkała się z pełną akceptacją strony rosyjskiej. Choć według mojej najlepszej wiedzy nie przyniosło to do chwili obecnej konkretnych rezultatów, rozwiązanie to można byłoby spróbować przeszczepić także na grunt polsko–białoruskiej współpracy naukowej.

Gdyby nie nadzieja, serce by pękło

Świadomość historyczna Białorusinów jest złożona. Inaczej ocenia się ją, gdy podczas zorganizowanej przez Narodową Akademię Nauk Białorusi w czerwcu 2016 roku konferencji historyków w prowincjonalnym Krewie słyszy się z ust miejscowej delegacji uczniów, że 17 września 1939 roku przyniósł zachodniej Białorusi wyzwolenie, inaczej zaś gdy w izbie pamięci ich szkoły odkrywa się, że ci sami uczniowie przechowują i starają się zachować dla potomności odnalezione polskie tabliczki z wizerunkiem naszego godła państwowego oraz nazwami krewskich i nie tylko ulic z okresu II RP. W Polsce dość powszechne jest przekonanie, że nasza polityka historyczna wobec Białorusi może być tylko reakcyjna względem zsowietyzowanej narracji tej ostatniej, zwłaszcza w sytuacji braku perspektywy istotnej zmiany politycznej w Mińsku. Jest to błędne założenie: Warszawa może sama wychodzić z inicjatywą i zredefiniować własną politykę historyczną. Należy nie ograniczać się tylko do apelowania i protestowania gdy w białoruskiej telewizji państwowej wyświetlane są propagandowe filmy prezentujące rzekome czy faktycznie represje rządu II RP wobec ludności zachodniej Białorusi, lecz samemu inicjować konferencje, badania, wspólne projekty na szczeblu rządowym lub przynajmniej w porozumieniu z historykami nastawionymi opozycyjnie. Należy także uwzględnić wrażliwość naszego wschodniego sąsiada na proponowaną w Polsce przez niektórych, zwłaszcza zaś środowiska konserwatywne, narrację historyczną, która poza nawias wspólnej przeszłości wyrzuciła to, co nie pasuje do ich wizji przeszłości Rzeczpospolitej (dano temu wyraz w przytoczonym projekcie ustawy o Dniu Pamięci Kresowian), a ważne jest dla Białorusinów, i tych ze szkoły narodowej (opozycyjnej), i tych z postsowiecko-zapadnoruskiej (przyjaznej względem władz). Nie należy zatem przymykać oczu na fakt, iż w okresie międzywojennym polskie władze zrobiły wiele, aby „zlikwidować wszelkie formy białoruskiego życia narodowego” (cyt. za prof. Eugeniuszem Mironowiczem, Białorusini w Polsce 1919-2009 [w:] „Białorusini”, pod red. T. Zaniewskiej, Warszawa 2010, s.10), aby doprowadzić do sytuacji w której w państwie wielonarodowym, wielokulturowym i wieloreligijnym jakim była II RP „tylko Polacy byli gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mieli coś w Polsce do powiedzenia” (cyt. za płk. Marianem Turkowskim, kierownikiem rządowej akcji rewindykacji i burzenia cerkwi prawosławnych i unickich w 1938 roku), przy czym nie można tego tłumaczyć  wyłącznie przeciwdziałaniem władz polskich tendencjom antypaństwowym ze strony Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (KPZB) i Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady, w mniejszym stopniu Białoruskiego Komitetu Narodowego w Wilnie i Towarzystwa Szkoły Białoruskiej. Wydarzenia te zostały opisane chociażby w wydanym w 2015 roku podręczniku akademickim Historii państwa i prawa Republiki Białoruś Hienadzia Kuprianowycza (Mińsk, s. 277-278), choć pominięto w nim polityczny aspekt całej sprawy, zwłaszcza działalność KPZB. Gdybyśmy zrozumieli to nie dziwilibyśmy się, że po 1944 roku Białorusi pozostający w granicach Polski Ludowej (ok. 150 tys.) garnęli się do Polskiej Partii Robotniczej nie tylko z pobudek  ideologicznych, ale również dlatego, że ta oferowała im po prostu to, czego II RP nie chciała – szansę awansu społecznego bez względu na pochodzenie etniczne. Z tych samych powodów nie można nie reagować gdy na fali inspirowanego niejako „odgórnie” bezkrytycznego uwielbienia dla wszystkich „Żołnierzy Wyklętych” przymyka się oczy na organizowane przez ONR Hajnowskie Marsze „Wyklętych”, spośród których najbardziej czci się Rajmunda Rajsa „Burego”. Przypomnijmy, że śledczy IPN udowodnili mu sprawstwo kierownicze zbrodni ludobójstwa na białoruskiej ludności Podlasia w 1946 roku, które zamiast służyć odzyskaniu przez Polskę niepodległości przeciwnie, „wręcz popychały Białorusinów w objęcia polskich komunistów” (cyt. za Sławomirem Iwaniukiem, przedstawicielem Związku Białoruskiego w RP w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych; „Wstęp” do „Białorusini i stosunki polsko-białoruskie na Białostocczyźnie 1944-1956”, t. I, cz. 1, Białystok 1996, s. 10). W tym ostatnim przypadku nie chodzi tylko o cele nowej polityki historycznej, ale również o zwykłą ludzką przyzwoitość.

Tymczasem najlepsze warunki dla stworzenia nowej polskiej polityki historycznej rodzą się właśnie teraz, gdy odbywający się od lat w Kownie Kongres Badaczy Białorusi pierwszy raz  (jesienią bieżącego roku) będzie gościł w Warszawie. Na Białorusi dorasta pokolenie historyków,  coraz lepiej znających świat Zachodu, którzy albo urodzili się już w niepodległym państwie białoruskim, albo ledwo pamiętają czasy Białoruskiej SRR. Nigdy wcześniej Polska nie miała szansy podjąć dialogu z takim partnerem, gdyż środowisko historyków białoruskich w niemal całym XX wieku zdominowane było przez „skrajnych konformistów” (cyt. za prof. Ryszardem Radzikiem, Białorusini. Między Wschodem a Zachodem, Lublin 2012, s. 170), gdyż tylko tacy mogli przeżyć okres sowieckich czystek i móc realizować się zawodowo. Ich młodsi koledzy w dużej mierze reprezentują już tzw. szkołę narodową. To oni też będą w przyszłości kształtować postawy społeczeństwa i państwa białoruskiego, wypierając z czasem poglądy obozu postsowiecko-zapadnoruskiego. Polska musi być na to przygotowana i wyjść już teraz temu naprzeciw. Przejawy tej zmiany na Białorusi, także w oficjalnym dyskursie instytucji rządowych dostrzec można zresztą, podobnie jak w odniesieniu do BRL, już teraz. Doskonałym przykładem jest tu Powstanie Styczniowe z lat 1863-1864, które wybuchło także na Białorusi. Przez cały okres ZSRR i szereg lat istnienia niepodległej Republiki Białoruś uznawano je za powstanie panów polskich, stłumione m.in. przez chłopstwo białoruskie nienawidzące polskich obszarników. W ostatnim czasie można jednak dostrzec pewną zmianę w ocenie wydarzeń sprzed ponad 150 lat. Białoruscy historycy wydali niedawno monumentalny słownik uczestników Powstania Styczniowego na Białorusi. Sam w maju 2016 roku uczestniczyłem w jego uroczystej promocji, która odbyła się w gmachu Narodowego Archiwum Historycznego Republiki w Mińsku z udziałem jego dyrektora, a zatem w urzędzie państwowym i przy obecności wysokiego urzędnika białoruskiego. To samo Archiwum w tym samym czasie zawarło umowę z Muzeum Pałacu Jana III w Wilanowie, które dzięki środkom polskiego Ministra Kultury skopiowało na swoje potrzeby przechowywane w Mińsku pozostałości tzw. Archiwum Sobieskich. Pamiętajmy jednak, że przed nami stoi jeszcze jedno z najważniejszych zadań (przynajmniej z polskiego punktu widzenia): odnalezienie tak zwanej białoruskiej listy katyńskiej, której jeden z egzemplarzy miał według historyków trafić w 1940 roku do archiwum NKWD BSRR w Mińsku. Nawet jeśli odnalezienie listy (czy raczej list) jest mało realne, nie ma czasu do stracenia i należy szukać nowych dróg porozumienia, zanim jakikolwiek dialog na ten temat stanie się całkowicie bezprzedmiotowy. Wszak jak mawiali od XIII w. dominikanie – Gdyby nie nadzieja, serce by pękło.

Ku przyszłości

Kreowanie nowej polityki historycznej należy nie tylko do historyków, ale przede wszystkim polityków, także polskich. Mieliśmy nadzieję, że zmieni coś pierwsza od ośmiu lat ubiegłoroczna wizyta szefa polskiego MSZ na Białorusi. Podczas wizyty Witold Waszczykowski (którego matka pochowana jest na Białorusi) omawiał między innymi kwestię „pogłębiania polsko–białoruskiego dialogu historycznego” (jak lakonicznie informuje strona internetowa polskiego MSZ). Minister spotkał się z grupą naukowców białoruskich oraz odwiedził miejsce masowych pochówków ofiar represji komunistycznych z czasów stalinowskich w Kuropatach, gdzie w 1997 roku badania prowadzili historycy i archeolodzy białoruscy. Jak na razie z wizyty szefa polskiego MSZ w interesującym nas zakresie nic jednak nie wynikło. Dlatego nową rolę inicjującą mógłby spełnić Komitet Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczpospolitej Polskiej, który jeszcze w 2017 roku ma zostać powołany pod przewodnictwem Prezydenta RP. Jak wynika ze słów sekretarza stanu w resorcie kultury i dziedzictwa narodowego Pana Ministra Jarosława Sellina, wypowiedzianych podczas debaty w Sejmie 23 lutego br., elementem programu Obchodów opiniowanych przez Komitet ma być m.in. powołanie Muzeum Ziem Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, które może tak przyczynić się do pogłębienia polsko-białoruskiego (i nie tylko) dialogu historycznego, jak i go cofnąć, jeśli  prezentować będzie ono wyłącznie polską, czy może raczej polonocentryczną perspektywę oceny naszej wspólnej historii. 

 

Dr Dominik Szulc – pracownik Instytutu Historii PAN, zajmuje się dziejami Europy Środkowo-Wschodniej. W kwietniu 2016 r. uczestniczył w polsko-białoruskich warsztatach zorganizowanych w Polskiej Akademii Nauk na temat perspektyw współpracy między historykami z obu państw. Od 2017 roku koordynuje wymianę naukową Instytutu Historii PAN z Ukrainą i Białorusią. Laureat I nagrody (2015) i wyróżnienia (2016) w konkursie „Skomplikowane i proste” za najlepsze artykuły popularnonaukowe napisane w Polsce przez młodego naukowca.

 

 

Powrót
Najnowsze

„Litewski spleen” Piotra Kępińskiego

13.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Konstytucyjne weto

13.10.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Konferencja Polska Polityka Wschodnia 2017

11.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Ukraińskie ślady w Krakowie

11.10.2017
Urszula Pieczek Iwona Boruszkowska
Czytaj dalej

„Mój własny Wschód”: nie kończymy!

09.10.2017
NEW
Czytaj dalej

Dyskusja „Kraków–Wschód: Inspiracje”

05.10.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu