Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Petersburg. Miasto Snu
2017-08-09
Joanna Czeczott

Prezentujemy fragment znakomitej książki Joanny Czeczott Petersburg. Miasto snu, która właśnie ukazała się pod patronatem NEW w Wydawnictwie Czarne (Seria Sulina).

 

Autobus wjeżdża na tamę, po obu stronach rozległe szare wody. Teraz są nieruchome, ale ileż dowodów na to, jak bardzo potrafią się rozszaleć. I ileż proroctw, do czego mogą doprowadzić.

Bo trzeba sobie koniecznie powiedzieć o wodzie. Że to żywioł przypisany temu miastu. Nie, nie, proszę nie odwracać strony, bo „wiemy, znamy” – tu trzeba koniecznie zastanowić się, jak to jest: urodzić się z mieczem Damoklesa stale wiszącym nad głową

I żyć stale w sytuacji granicznej.

A można taki rodzaj egzystencji oglądać na różne sposoby.

Na przykład statystycznie. Tu poprowadzi nas Iraida Kołoskowa z Petersburskiego Ośrodka Zapobiegania Powodziom. Proszę bardzo, trzysta osiem powodzi w trzysta osiem lat. Tyle zanotowano podtopień i klęsk żywiołowych od roku 1703 do 2011, gdy oddano tamę do użytku. Najwięcej, siedemdziesiąt procent, jesienią. Choć zdarzały się i wiosną i latem, i zimą, nawet jeśli rzeka była skuta lodem, a jakże.

Nie, to nie znaczy, że powódź zalewała miasto co roku – uprzedza Iraida. – Bywały i takie lata, gdy Newa nie występowała z brzegów w ogóle. Ale też takie, gdy działo się to kilka razy. Potrafiła zalać miasto pięć razy w ciągu miesiąca. Trzy dni z rzędu. Przy czym znamienne – moja rozmówczyni unosi brwi – że przez ostatnie, kluczowe lata budowy nie było żadnej powodzi. Przyroda jakby pokornie czekała. Dopiero gdy oddaliśmy tamę do użytku… – zawiesza głos.

Ale o tym później.

Bo teraz przyglądamy się życiu z mieczem Damoklesa nad głową historycznie. Poczynając od listu, w którym generał książę Riepnin żali się carowi Piotrowi tonem oszukanego chłopca: „A tutejsi mieszkańcy mówią, że o tej porze roku to miejsce zawsze zalewa woda”.

I w ten prosty sposób wyjaśnia się, dlaczego Wyspa Zajęcza była tak zachęcająco pusta. Bo na wyższym brzegu rzeki, gdy okolice te zdobyli Rosjanie, owszem, leżały wsie, ogrody i pastwiska. Południowo-wschodnie brzegi petersburskiej wyspy były dość gęsto zaludnione. Wznosiło się tu kilkadziesiąt gospodarstw i dworów: Gudiłowa Hoff, Kostina, Kallekula, Kallisi, Wichtula…

Ale Piotr na budowę nowej twierdzy wybiera niezaludnioną, nisko położoną Wyspę Zajęczą. Dzieje się to w maju i wszystko wygląda dobrze. Już w końcu sierpnia fala powodziowa niemal doszczętnie niszczy kilkumiesięczną pracę. I tak się zaczyna trzywiekowa walka miasta z żywiołem.

Walka na śmierć i życie.

Jeśli spojrzeć na to filozoficznie, widać, że na niej właśnie zasadza się główny mit Petersburga. Mit zbudowany na osi narodziny – zagłada. Przewodnikiem po nim niech będzie nam Władimir Toporow. On go najpełniej zbadał i opisał.

Narodziny miasta to rzecz znana, bo mitowi kreacyjnemu kształt nadał sam Aleksander Puszkin w Jeźdźcu miedzianym. Że błota, Fin ponury i car wyrywający stolicę morzu – o tak, wryło się to w mitologię Petersburga na wieki. Ale że żywioł się o miasto upomni – tu oddajmy głos Toporowowi: „Jeśli swymi korzeniami mit Jeźdźca Miedzianego sięga mitu stworzenia miasta, to jego logiczną kontynuacją jest eschatologiczny mit o zagładzie Petersburga. Niestety, do tej pory nie poświęcano uwagi lub nie przypisywano znaczenia faktowi, że [mity] kreatywny i eschatologiczny nie tylko powstały w tym samym czasie (na samym początku istnienia miasta), ale również były na siebie wzajemnie zorientowane, prezentując się – każdy z osobna – jako antymit w stosunku do swego partnera, mający wszakże wspólny z nim korzeń”.

Przytaczam ten fragment, bo to ważne: nierozłączne sprzężenie tych mitów stało się jednocześnie przekleństwem i siłą Petersburga. Zatrzymajmy się na tej drugiej wartości.

Skąd siła? Z trzech przesłanek. Po pierwsze: walka kultury (czy szerzej: cywilizacji) z naturą toczy się tu dosłownie – jako się rzekło – na śmierć i życie. Toporow pisze: „Petersburg jako wielkie miasto nie jest rezultatem zwycięstwa, pełnego triumfu kultury nad naturą, lecz miejscem, gdzie ucieleśnia się, rozgrywa i urzeczywistnia dwuwładza natury i kultury”. Do tego wrócimy. Na razie powiedzmy, że w związku z tym nie ma tu miejsca na stagnację, pielęgnowanie status quo. Nie uświadczymy tu błogiego rozleniwiającego ciepełka. Walka trwa bez wytchnienia – a zatem wymusza aktywność.

Przesłanka druga: Petersburg leży niejako nad przepaścią, „jest eks-centryczny, usytuowany na skraju, u kresu, owo położenie zaś, przyjęte jako konieczność, daje siły do tworzenia, a twórczość ta w sposób intensywny i dramatyczny skierowana jest ku byciu. Ale za to trzeba płacić, chociaż trudno w tym wypadku przeprowadzić granicę między zapłatą i nagrodą, stratą i korzyścią, ofiarą i odpłatą”.

Wreszcie przesłanka trzecia: wizja końca staje się częścią teraźniejszości. Toporow, nasz przewodnik po temacie, uważa to nie tylko za główny temat mitologii petersburskiej, ale i za jej ukryty nerw. „Koniec ten nie jest gdzieś tam – pisze – daleko, za górami, za lasami, i nie nastąpi kiedyś tam, w odległej przyszłości, ani nie jest po prostu blisko i nastąpi wkrótce: on jest tutaj i teraz, dlatego że idea końca stała się ideą miasta, weszła w jego świadomość. I ta katastroficzna świadomość, być może, jest straszniejsza od samej katastrofy”.

Jaką właściwie postawę można przybrać wobec tej świadomości? No cóż: pasażerowie samolotu tuż przed rozbiciem próbują połączyć się z bliskimi, aby zdążyć im powiedzieć „kocham cię”, a autorzy przed deadline’em stają się gorączkowo kreatywni. Tu nie ma już czasu na rozdrabnianie się. Oczywistość pewnych wyborów odsłania jedynie słuszną – bo osobistą i prawdziwą – odpowiedź na pytanie o priorytety.

Dlatego te trzy przesłanki przekładają się na siłę – twórczą. „Przybyszom z wolnej Rosji miasto to wydawało się piekłem. Żądało rezygnacji ze słońca, ziemi, radości. Umrzeć dla szczęścia, aby urodzić się dla twórczości” – pisano o nim. I stało się tak, że wielcy twórcy petersburscy – a zarazem autorzy tekstów, które kształtowały i utrwalały przez wieki mit petersburski – byli właśnie z pochodzenia niepetersburżanami. W swej sile pochodzili z Moskwy (od Puszkina przez Lermontowa i Dostojewskiego po Biełego). Przybywali też z dalszych części Imperium (Gogol, Gonczarow, Mandelsztam, Achmatowa).

I doszło do tego, że właśnie Petersburg stał się sercem rosyjskiej kultury: był miastem, w którym nie dało się żyć – i zarazem miastem porażającym śmiertelną siłą. Ba, chciałoby się podkręcić to zdanie: siłą dającą nieśmiertelność. „Ze wszystkiego, co czytam, lubię tylko to, co krwią było pisane” – rzecze Zaratustra.

 

Trzysta osiem powodzi w trzysta osiem lat – a przecież krwi upuszczały Petersburgowi nie tylko powodzie. To miasto wielkiej skali – ale ta skala nigdy nie stała się buforem, który mógłby złagodzić wstrząsy targające imperium. Przeciwnie: potęgowała je tylko, sprawiając, że były tu bardziej odczuwalne.

W ciągu trzech wieków egzystencji miasto aż trzy razy znalazło się na skraju śmierci. Pierwszy raz za sprawą cara Piotra II. Metryka: wnuk Piotra I, syn carewicza Aleksieja, którego ojciec udusił (lub kazał zabić). Okoliczności: po wielkiej powodzi 12 października 1729 roku Piotr II dochodzi do prostego wniosku. Najlepszym sposobem na obronę stolicy imperium przed żywiołem morskim będzie przeniesienie jej z powrotem do Moskwy. Trudno odmówić logiki temu rozumowaniu. Dwór ochoczo spakował się i wyjechał, urzędy za nim. Wielu mieszkańców ściągniętych tu siłą rozpierzchło się. Młody Petersburg przeobraził się w miasto widmo: rozkopane i porzucone kanały, nieukończone i opuszczone domy, ziejące pustką podtopione pałace. I jego historia mogła się skończyć tak, jak w poemacie Podwodne miasto z 1847 roku, w którym chłopiec pyta wujka rybaka, dlaczego morze tak jęczy. A wujek odpowiada:

 

Widzisz ten szpic? Kiedy nas w niepogodę

Zahuśtało rok temu

Pamiętasz, jak naszą łódkę

Przywiązaliśmy do niego?

 

Tutaj było miasto dla wszystkich otwarte

I panujące nad wszystkimi,

Teraz szpic dzwonnicy

Widać tylko samotny z morza.

 

Miasto, jak mówią, było bogate

I wystrojone jak narzeczony;

Tak gromadziło sobie złoto,

A z torbami puszczało innych!

Heros je zbudował:

Błota kośćmi wypełnił,

Tylko z Bogiem jak się on nie kłócił,

To i tak Bóg go przechytrzył.

 

Do naszego morza w dawnych czasach

Mówią, rzeka wpadała,

I zamknęła wody w granit

Heroiczna ręka.

 

Ale nadeszła burza od morza

I cofnęły się ich gromady,

Fal morskich człowiek nie przekona,

Ani nie zapanuje nad nimi!

 

W dalszej części chłopiec dowiaduje się, że miasto to miało imię „obce, dawno zapomniane”.

I taki los mógł stać się udziałem Petersburga już cztery lata po śmierci jego stwórcy – gdyby nie caryca Anna Romanowa, bratanica Piotra I. Kochała dworski przepych i słusznie wyczuła, że nigdzie nie będzie mogła oddawać się jego uciechom tak swobodnie jak nad Newą. A że młodość spędziła w Kurlandii i Semigalii u boku męża, księcia tych ziem, wybrzeża Bałtyku były jej niestraszne. W ten sposób Petersburg uniknął śmierci po raz pierwszy.

Ten pierwszy raz byłby zagładą tkanki miasta. Dwa kolejne dotyczyły raczej jego mieszkańców.

Leningrad po rewolucji październikowej, imperialna stolica w swojej dawnej postaci, po prostu przestał istnieć. W 1917 roku żyło w nim dwa i pół miliona osób. W 1920 roku zostało ich 600 tysięcy. Część zginęła w wojnie domowej. Część musiała emigrować. Część umarła z głodu: po wojnie, po zawaleniu się starego reżimu, były problemy z aprowizacją. Wreszcie – część mieszkańców wróciła do rodzinnych wsi, utraciwszy pracę i środki do życia. Opustoszałe miasto znów majaczyło nad Newą niczym zjawa. Współcześni zostawili świadectwa: bez ludzi było jeszcze piękniejsze.

I znów odrodziło się niczym feniks z popiołów – i dwie dekady później znów stanęło na skraju wymarcia. Podczas blokady w 1943 roku jego populacja skurczyła się z 3,4 miliona ludzi przed wojną do 600 tysięcy. Poziom przedwojenny osiągnęła dopiero w latach sześćdziesiątych.

 

*

To były sytuacje graniczne – ale także inne tragedie, które wstrząsały krajem, stawały się tu potężniejsze i okrutniejsze. Towarzysz Stalin nie lubił Leningradu. Czystki w latach trzydziestych były tu straszliwsze i zakrojone na większą skalę niż w innych miastach.

Także upadek Związku Radzieckiego odczuwało się tu wyjątkowo dotkliwie. W latach dziewięćdziesiątych ponura sława „bandyckiego Petersburga” odzwierciedlała przemoc i bezprawie, tylko z pozoru wynikające z chaosu i braku rządów. Masza Gessen pisze: „Odkryłam, że Petersburg, drugie co do wielkości miasto w Rosji, to prawdziwe państwo w państwie. Rządziło nim niepodzielnie KGB […]. Tamtejsi politycy i dziennikarze byli przekonani, że ich biura i telefony są na podsłuchu, a wszystko wskazywało na to, że mieli rację. Było to miasto, w którym zabójstwo polityka czy przedsiębiorcy nie dziwiło nikogo. W Petersburgu można było trafić do więzienia z powodu jednego nieudanego interesu. Mówiąc wprost, życie tam dawało przedsmak tego, co miało czekać mieszkańców całej Rosji, gdy rządzący Petersburgiem lat dziewięćdziesiątych ludzie objęli najważniejsze stanowiska w kraju”.

 

Oczywiście, mowa tu o wielkich wstrząsach, które odciskały na mieście piętno z wyjątkową brutalnością. Ale żywotność mitu końca wynika także z tego, że śmierć mieszkała tu na co dzień. Spotykało się ją kaszlącą na zawilgoconych klatkach schodowych. Wygłodniałą w mieszkaniach pachnących stęchlizną, gdzie za jedyny posiłek wystarczała kawa jęczmienna. Widywało się pochyloną nad maszynami w fabrykach z czerwonej cegły lub chyboczącą się na rusztowaniach na placach budowy. Wycierała kąty w kancelariach i urzędach, przyczesując rzadkie włosy poślinionymi palcami. Przemykała zgarbiona po trotuarach, z jakimiś papierami pod pachą. Zamieszkała na kartach tworzonych tu arcydzieł literackich; zyskała nieśmiertelność.

I zawsze było jej jakoś więcej niż życia. Miasta rodzące się siłami natury rosną od wewnątrz, więcej ludzi się w nich rodzi, niż umiera. Miasto powołane na świat carskim cięciem rozrasta się dzięki stałemu dopływowi ludności z zewnątrz, wciąż z zewnątrz. Ludność rosyjską trzeba ściągać siłą, dekretami. Ludność cudzoziemską można zwabić zarobkami, pozycją, prestiżem. Płace – nawet dla Rosjan – już w czasach carskich były w tym mieście półtora raza wyższe od średniej krajowej.

Skaptowana do Petersburga siła robocza to w większości mężczyźni. W 1906 roku na tysiąc mężczyzn przypadały zaledwie osiemset czterdzieści trzy kobiety. Co piąty dorosły mężczyzna był kawalerem. Stąd tak popularna prostytucja i tak wówczas powszechne choroby weneryczne. Wyniszczały petersburżan do spółki z klimatem – przyjaznym głównie dla prątków gruźlicy i zastępu wirusów górnych dróg oddechowych. W 1910 roku ludzie gnieździli się średnio po siedemdziesiąt osób w domu (w tym samym czasie w Paryżu – po trzydzieści pięć; w Londynie – po osiem). Klepali biedę, nie dojadali. To nie było dobre miejsce dla rodzin z dziećmi.

W tym micie Petropol-Nekropol przybyszów wchłaniał i wypluwał – niezdatnych do życia. Toporow ujmuje to tak: „Pod względem śmiertelności Petersburg nie miał sobie równych ani w Rosji, ani poza jej granicami”. Według jego informacji petersburskie cmentarze w połowie XIX wieku przyjmowały nawet czterdziestu nieboszczyków dziennie. Badacz przytacza dane Komisji Statystycznej: w tym czasie liczba zmarłych rocznie przewyższała liczbę urodzonych w mieście aż o jedną trzecią. Petersburg może być „metaforycznie nazwany fabryką śmierci” – konkluduje. Nigdzie indziej w Rosji nie zapadano tak często na choroby psychiczne. Nigdzie indziej odsetek samobójstw nie był tak wysoki. Nigdzie indziej nie dokonywały ich tak licznie kobiety.

Śmierć spotyka się co dzień – ale nie tylko widuje się ją przelotnie, lecz także składa się jej przyjacielskie wizyty. Wystarczy odwiedzić cmentarz municypalny – nawet dziś, choćby ten na ulicy Szewczenki na Wyspie Wasylewskiej. Przejść się między drzewami – i natknąć się niechybnie na ucztę. Przetrwała tu tradycja dziadów – przynoszenia żywności na groby i spożywania jej wspólnie z umarłymi. Czy to przy nagrobku z prawosławnym krzyżem, czy to na płycie z czerwoną gwiazdą stają lub rozsiadają się bliscy nieboszczyka. Czasem jedna osoba, czasem cała rodzina lub grono przyjaciół. Rozkładają jedzenie, picie. Herbata w wysokim termosie, butelka wódki owinięta w papier, jakieś zakąski, chleb, ciastka. Wspólnie ze śmiercią spędzają czas. „Chciałem się rozerwać, trafiłem na pogrzeb” – pisał Dostojewski.

 

Więcej o książce


Polecamy inne artykuły autora: Joanna Czeczott
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu