Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Koliste jeziora Białorusi
2017-08-29
Mateusz Marczewski

Prezentujemy fragment znakomitej książki Mateusza Marczewskiego Koliste jeziora Białorusi, która właśnie ukazała się pod patronatem NEW w Wydawnictwie Czarne (Seria Sulina).

 

Walancin Akudowicz przypomina żywego świętego. Słuchają go, czytają jego teksty. Kto się z nim spotkał, mówi o nim z bezgranicznym szacunkiem. Może to przez fajkę. Kiedy pali, wokół jego głowy unosi się mnóstwo siwego dymu. W Mińsku nazywają go „pierwszym białoruskim postmodernistą”. W latach dziewięćdziesiątych opublikował wiersz w zupełnie nowym stylu: tak wcześniej nikt tu nie pisał i ten przydomek, w sumie ironiczny, pozostał. Może ironia była jedynym sposobem na to, by obłaskawić jego rozległą wiedzę.

W młodości był wybitnym sportowcem. Jeździł na nartach, zdobywał szczyty. Otrzymał nawet tytuł mistrza sportu ZSRR. Niski, brodaty, mocno zbudowany, przypomina trochę drwala. Życzliwy, ale jednocześnie surowy w obejściu.

Wychował się w Świsłoczy. W Świsłoczy ludzie posługiwali się trasianką. Trudno powiedzieć o niej, że należy do grupy pełnoprawnych, samodzielnych języków, bo wykorzystuje jedynie składowe białoruskiego i rosyjskiego. To tak, jakby mówić po białorusku, ale jednocześnie po rosyjsku. To trochę tak, jakby porzucić język białoruski, ale w rzeczywistości go nie porzucić. Trasianka lokuje się pomiędzy językami: w niej odbija się istota położenia geopolitycznego Białorusinów. Co więcej: jako żywa forma, dostosowująca się do okoliczności, wplata w mieszankę słów rosyjskich i składni białoruskiej słowa z jidysz. Do tego dochodzą słowa polskie i niemieckie. Odbija się w niej cała skomplikowana historia regionu. Jakby tego było mało, w każdym regionie Białorusi trasianka brzmi inaczej. Akudowicz w niej wyrósł, a kiedy wyjechał do Moskwy na studia, zaczął posługiwać się rosyjskim. Czasem tylko, pijąc wódkę z kolegami ze studiów, zdarzało mu się wtrącić coś po białorusku. Po studiach, już uformowany intelektualnie, wrócił na Białoruś z postanowieniem, że zostanie pisarzem. Znał literaturę rosyjską i fundamenty literatury europejskiej. Po powrocie jednak postanowił, że aby być białoruskim pisarzem, przeczyta całą literaturę swojego kraju. Brzmi śmiesznie: przeczytać całą literaturę w swoim języku – tym prawdziwym, białoruskim. Ale jak się okazuje, to możliwe. Zrobił to i język białoruski w jakiś dziwny sposób się w nim obudził. Dość szybko zaczął mówić, trochę dłużej trwało nauczenie się myślenia po białorusku. Pisał: „już dawno zapomniałem o języku jako o własnym problemie. Ale pewnego razu ocknąłem się jeszcze przed świtem i nie mogłem zasnąć. Zaniepokoił mnie mój sen. Właściwie niczym szczególnym się nie wyróżniał. Ale nie dawał ponownie zasnąć. Długo przewracałem się z boku na bok, próbując zrozumieć przyczynę. W końcu przypomniałem sobie, że w tym śnie i ja, i moi kompani rozmawialiśmy po białorusku. Uśmiechnąłem się w ciemności. Oto skończyła się moja droga. Bo kiedy przemówiła w tym języku moja podświadomość, to znaczy, że droga dobiegła kresu”.

 

Na spotkanie ze mną Akudowicz przychodzi, informując, że ma godzinę. A ja źle zaczynam. Zapytany o bieżącą politykę, Akudowicz zapada się w siebie, jakby krótkowzroczność perspektywy osłabiła go. Milcząc, nabija fajkę, bucha kłębem dymu. Potem wstaje i chodzi po pokoju, mówiąc bardziej nawet do siebie niż do mnie to, co musiał mówić już setki razy wszystkim ludziom, którzy przyjeżdżają z Zachodu i pytają go o Białoruś. Białorusi nie można definiować w taki prosty sposób. Białoruś to nie kwestia kraju położonego między Rosją a Europą, którym rządzi zły lub dobry prezydent. To o wiele szersza perspektywa, która – wydaje się – nikogo poza niewielką grupą Białorusinów nie interesuje. Rozmawiamy chwilę, on wciąż chodzi po pokoju, ogląda prawosławne ikony ustawione za szybą meblościanki.

Przede wszystkim rozmawiajmy o edukacji – mówi Akudowicz. – O długotrwałej edukacji. O ciągłości przekazywania wiedzy zaplanowanej na pokolenia. Mówmy o procesie, który trwa dziesięciolecia, a nie jedynie krótkie, policzalne miesiące.

Potem przytacza legendę o kamieniu.

Kiedy nie było jeszcze świata takiego, jaki znamy, wszędzie była tylko czarna woda, stojąca martwa woda, i w tej wodzie tkwił kamień. Pewnego razu uderzył w niego piorun. Tak zaczął się świat.

Ta opowieść to dla niego kosmiczny mit założycielski Białorusi.

Potem znajduję w jego książce Dialogi z Bogiem fragment: „Pisanie o języku białoruskim to jak spacerowanie po cmentarzu. Gdziekolwiek się człowiek nie zatrzyma – wszędzie smutek. Ale narzekać i skarżyć się na to, że Białorusini wyrzekają się języka ojczystego, nie ma żadnego sensu, bo ile można… Białorusini uciekają na złamanie karku nie od języka, ale od losu przeznaczonego im przez język ojczysty… […] Mówiąc między nami, dolę wybieramy sobie sami, ale nasze przeznaczenie jest zdeterminowane przez język. Jaki język, taki los. W odróżnieniu od starobiałoruskiego – języka książęcych kancelarii – tutejsza mowa białoruska przez długi czas była językiem tych, którzy żyli z pracy własnych rąk. Nie posługiwali się nim ani księża, ani handlarze, ani nauczyciele, ani arystokraci, nawet szaraczkowa szlachta tak nie mówiła…

Tutejsza mowa byłą piętnem, które wyznaczało człowiekowi miejsce obok bydła. Żeby trafić do świata ludzi, trzeba było przede wszystkim się tego piętna pozbyć”.

 

Pewna kobieta opowiadała mi historię o dwóch braciach, którzy uciekali przez las, ścigani przez żołnierzy. Nawet nie pamiętam, którzy to byli żołnierze, bo było ich tu pełno: może ci od Piłsudskiego, może Niemcy od Kubego, może Armia Czerwona albo nigdy nieśpiący stalinowscy enkawudziści. Przychodzili i odchodzili, a ich miejsce zajmowali następni. Tych dwóch braci ukryło się na bagnach, słyszeli jednak psy i nawoływania żołnierzy. Nie wiedzieli, gdzie się schować, więc zanurzyli się w grzęzawisku, trzymając w ustach słomki, za pomocą których oddychali. Tak tkwili czekając, aż przejdzie pościg. Bagno jednak zupełnie niezauważalnie zaczęło ich wciągać. Podobnie ma się sprawa z językiem. Ci, którzy pozostali przy języku białoruskim, języku rodziców, dziadów, chutoru rzuconego w pustkę równiny, pewnego dnia wyszli z domu i zobaczyli, że rosyjski zawładnął mediami i życiem codziennym. Stał się tym, czym kiedyś był język polski: językiem lepszych, wykształconych, paszportem do nowego świata pełnego możliwości. Białoruski, pozornie bezpieczny, stał się więzieniem. Powodem do drwiny, etykietą definiującą prostego człowieka.

Ale przecież tak było zawsze. Przez stulecia białoruski był uważany za prymitywny sposób komunikacji nizin społecznych; lokalny dialekt, którego ludzie z miast nie rozumieli. Potem wszystko się zmieniło. W XIX wieku młodzi inteligenci ze szlacheckich dworków, zdziwieni narzeczem, jakim mówią chłopi, z zaciekawieniem pochylali się nad miejscową składnią. Zachodzili w głowę, jak to możliwe, żeby ten relikt przetrwał, docierało do nich, że w tym, jak mówią ludzie, kryje się tajemnica miejsca. Z tych namysłów i romantycznych dążeń, według niektórych, wyrosła dzisiejsza Białoruś. Przechowana w języku chłopów.

W latach sześćdziesiątych, kiedy kołchozy zabiły tradycyjną ludowość, z audycji radiowych zniknął białoruski. Pojawiło się Radio Moskwa. Przez lata podtrzymywana starannie formuła: trochę po rosyjsku, trochę po białorusku, nagle się skończyła. Stary, wypróbowany numer zadziałał: jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobili w Rosji bolszewicy po rewolucji, było uruchomienia radia, które dotarło do tysięcy wsi. Wraz z radiem język białoruski zniknął z książek i czasopism; w kioskach, w których jeszcze kilka dni temu można było kupić gazety po białorusku, nagle pojawiły się tylko rosyjskojęzyczne wydania.

Miejscowy język zawsze jednak był wykorzystywany jako narzędzie propagandy. III Rzesza wspierała białoruski, chcąc dać odpór Rosjanom i Polakom. Kiedy na stanowisko generalnego komisarza Białorusi powołano Wilhelma Kubego, nawet otoczenie Hitlera zdziwione było jego nominacją. Kube słynął z porywczego charakteru, był impulsywny, obawiano się, że obejmując stanowisko, tylko rozpali i tak trudne do opanowania miejscowe konflikty. Był jednak dobrym strategiem, w przeciwieństwie do komisarzy działających na terenie Ukrainy, którzy rozwiązywali problemy siłowo. Od razu w pierwszych dniach rządzenia postawił na kulturę. I zrobił coś, czego żadna siła przed nim, siła przychodząca spoza Białorusi, nie zrobiła. W pierwszym wydanym przez niego akcie prawnym znalazł się zapis, że Okręg Generalny „Białoruś” jest przestrzenią życiową narodu białoruskiego, a zadaniem szkół będzie „pielęgnacja białoruskiej kultury, wychowania i oświaty”. Szkoły według niego miały być przyczółkiem budowania hitlerowskiej wizji nowego porządku z poszanowaniem białoruskiej tożsamości. Ci, którzy pragnęli zachować tożsamość białoruską, widzieli w decyzji Kubego szansę. Dokument pociągnął za sobą jednak długofalową, tragiczną w skutkach konsekwencję. Od 1941 roku bowiem, od chwili, w której Kube objął rządy, ci, którzy będą się odwoływać do białoruskiej tożsamości, staną w obliczu zarzutu o szerzenie nacjonalizmu, i to w faszystowskim wydaniu.

Wojna języków nie ustała. Wisi w powietrzu, trwa w słowach. Rozgrywa się w pierwszym zdaniu przypadkowego dialogu dwojga nieznanych sobie ludzi: jeden zagaja po rosyjsku, drugi uparcie po białorusku, i już wszystko wiadomo. Ulice, banki, szkoły, przestrzenie domów: wojna trwa wszędzie.

 

Piatro Wasiuczenka walczy o język, ale jego walka przypomina pracę w dobrze zorganizowanym biurze. Wasiuczenka wykłada na Mińskim Państwowym Uniwersytecie Lingwistycznym, w katedrze literatury i języka białoruskiego. Jego bezwzględność na egzaminach jest legendarna, studenci boją się spotkania i męczącego wypytywania o rzeczy, które nikomu nie są potrzebne. Egzamin u Wasiuczenki należy do tych egzaminów, które należy po prostu zdać, a potem o wszystkim zapomnieć.

Na korytarzu uniwersytetu panuje ścisk. Wasiuczenka egzaminuje. Studenci wpatrują się w wymiętolone kartki z zestawami pytań. Dziewczyny w granatowych spódniczkach i zgrzani chłopcy w marynarkach. Wasiuczenka w swoim gabinecie wymalowanym na biało, w okularach o grubych szkłach sympatycznie zniekształcających twarz sprawia wrażenie nieporadnego więźnia. Mówi mało i cicho, ręce trzyma pod stołem i lekko się garbi. Na ścianie wisi makatka w drewnianej ramce. Przedstawia jakiś połocki zabytek: gmach lewituje w powietrzu, rysownik odpuścił sobie okoliczne siermiężne zabudowania z epoki komunizmu. W gabinecie panuje cisza, zza ściany słychać gwar studentów, którzy czekają na egzamin. Wszędzie trasianka.

Zanim znalazł się na mińskim uniwersytecie, mieszkał w Połocku. Pamięta dobrze legendę o połockich podziemiach. Straszono nią dzieci. Mówiło się: kiedyś lochy się zawalą i pogrzebią. Wasiuczenka znał miejsca, gdzie można było wchodzić pod ziemię.

Lochy istniały – mówi. – Jeśli nie podziemia, to przynajmniej korytarze, którymi można było wędrować.

W jego opowieści z dzieciństwa pojawiają się słowa: „cegły”, „zagłębienia w ziemi”, „fragment piwnicy”. Słowa przenoszą go w przeszłość. Uśmiecha się: kiedyś doszli bardzo daleko. Tak daleko, że w końcu pokazało się światło. Po wyjściu okazało się, że stoją na zboczu wzgórza nad zbiegiem Dźwiny i Pałaty.

Przeszliśmy pod całym wzgórzem – kontynuuje, a kiedy opowiada, jego oczy otoczone ciężkimi ramkami okularów uśmiechają się. Patrzy przez swoje grube szkła jak przez lufcik do nieistniejącego świata. Widzi obrazy, których już nie ma. Połockie lochy to dobre skojarzenia.

Za plecami Wasiuczenki w kącie sali trwa egzamin ustny. Młoda dziewczyna duka nieskładnie, egzaminator dopytuje, próbuje podpowiadać, żeby wyciągnąć z opresji, ale wszystko na nic. Błędy i braki. Wasiuczenka mówi o połockich podziemiach, ale jednym uchem słucha szmeru przeglądanych papierów i złych odpowiedzi. Dziewczyna ma problem, prosi o zmianę pytania. Nie chce odpowiadać z białoruskiego pisarza Janki Maura. Wydawało jej się, tak przynajmniej twierdzi, że będzie pytana z białoruskiego pisarza Janki Kupały.

Zbieżność imion – tłumaczy studentka. – Z tego pierwszego się nie przygotowałam.

Wasiuczenka milczy. Potem wraca do Połocka i tego, co kryją podziemia.

Ta opowieść ma uniwersalne znaczenie – mówi. – Lochy symbolizują tajemnicę i wiedzę ukrytą przed człowiekiem. Śmiałek, który schodzi pod ziemię, tak naprawdę rusza po prawdę. To motyw bardzo popularny w ludowych legendach. Tak jak w baśni o kwiecie paproci: trzeba przełamać strach, wejść w ciemność lasu i szukać kwiatu. Ale przecież nie o kwiat chodzi. W ciemności, w miejscu, do którego trzeba odważyć się wejść, kryje się wiedza.

Legenda o połockich podziemiach, która zainspirowała Łastouskiego do napisania Labiryntów, to pochodna mitu o kwiecie paproci. Pewnej nocy do stróża pilnującego ruin dawnego kolegium jezuickiego (w innej wersji był to klasztor bazylianów – oba znajdowały się nieopodal siebie) przyszło dwóch zakapturzonych mężczyzn. Stróż wyszedł z kanciapy z lampą. Mężczyźni poprosili, żeby ich wpuścił na teren ruin, a w nagrodę zabiorą go ze sobą do podziemi. Zaoferowali mu skarby, które jak mówili, znajdują się na dole. Stróż bał się złamać regulamin, ale bardzo chciał być bogaty. Zgodził się. Zawiązali mu oczy, prowadzili przez korytarze budynku. Znali drogę. Mężczyzna domyślił się, że byli to jezuici. Kiedy zdjęli mu opaskę, ujrzał sale pełne skarbów. Wziął, ile mógł unieść, a kiedy już wyszli na powierzchnię, z dumą pokazywał im złoto. Uśmiechali się z politowaniem. Jeden z nich wyjął książkę. „Ta mała książeczka ma większą wartość niż całe złoto, które wziąłeś” – powiedział. Potem zniknęli w ciemności. Kilka dni później zniknął również stróż. Nie wiadomo, co się z nim stało, nie ma to znaczenia, być może uciekł do Ameryki i zamienił skarb na bezkresy ziemi w Nowym Meksyku.

 

Prezentujemy fragment znakomitej książki Mateusza Marczewskiego Koliste jeziora Białorusi, która właśnie ukazała się pod patronatem NEW w Wydawnictwie Czarne (Seria Sulina).

Opis wydawcy: „W XII wieku kapłani Światowida uciekli przed chrześcijańskimi krzyżami na wschód. Schronili się nad Świtezią i tak pogańskie pomieszało się z chrześcijańskim – i miesza się do dziś. Miesza się też to, co było, z tym, co jest. Świętą wodę dowożą w cysternach, szeptuchy, chociaż używają telefonów komórkowych, od setek lat leczą tymi samymi metodami i nawet ludzie z miasta darzą je szacunkiem, a prosty człowiek na równi z mińskim intelektualistą zdają się żyć na pograniczu świata baśni, niewidocznych sił i namacalnej rzeczywistości. Woda i ziemia przykryły wprawdzie przeszłość, ale wciąż pamięta się i mówi o zalanych miastach, wioskach i podziemnych korytarzach. Obok tego, gdzieś po drodze działa się historia. Mongołowie, Rosjanie, bieżeńcy, Sowieci. Wszystko przeszło, ale i ciągle jakoś jest. Mateusz Marczewski wędruje po kraju żyjącym na granicy jawy i snu i niczym kronikarz zapisuje świat, który znika”.

Więcej


Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu