Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Z głową w przeszłości
2017-09-04
Karolina Słowik, Jelena Czyżowa

Jelena Czyżowa: „Nie piszę książek feministycznych. Rozumiem, że ten temat w krajach zachodnich jest ważny i modny, ale dla mnie i ludzi z mojegootoczenia jest nieaktualny. W czasach Związku Radzieckiego chłopców i dziewczynki wychowywano w taki sam sposób”.

Rozmowa ukazała się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej” (5/2017). Co jeszcze w numerze?

 

KAROLINA SŁOWIK: W Polsce ukazały się dwie Pani książki: Grzybnia i Czas kobiet. Wydawnictwo przekonuje na okładce, że pisze Pani przede wszystkim o kobietach i rodzinnym mieście – Petersburgu. To trafna opinia?

JELENA CZYŻOWA: Akcja moich książek rzeczywiście toczy się w Petersburgu. To moje rodzinne miasto, znam je od podszewki. Trudno byłoby mi pisać o miejscu, którego nie mogłabym dokładnie odtworzyć.

Nie piszę jednak książek feministycznych. Rozumiem, że ten temat w krajach zachodnich jest ważny i modny, ale dla mnie i ludzi z mojego otoczenia jest nieaktualny. W czasach Związku Radzieckiego chłopców i dziewczynki wychowywano w taki sam sposób. Nigdy u mnie czy moich koleżanek nie pojawiła się myśl, że jesteśmy od chłopców słabsze, w czymś gorsze albo mamy inne cele do zdobycia. Nigdy też nie pamiętam, żeby mówili nam w domu czy w szkole, że dziewczynki muszą przede wszystkim wyjść za mąż i rodzić dzieci. Pamiętam za to, że wszystkim dzieciom mojego pokolenia powtarzano: „powinniście się uczyć, zdobyć wyższe wykształcenie i zrobić karierę”.

To pewnie dlatego, że za czasów mojej babci i prababci ogromna liczba mężczyzn ginęła na wojnach lub w wyniku represji politycznych. Wokół zostały same kobiety i to one brały na siebie odpowiedzialność za dzieci i rodziny. Mąż mojej prababci zginął, walcząc w I wojnie światowej. Mój dziadek poległ pod Leningradem w II wojnie światowej, a dwóch jego braci zginęło podczas blokady Leningradu.

Mówię o rosyjskich kobietach z dużych miast. Oczywiście, w Rosji istnieją problemy z domową przemocą, alkoholizmem, ale mnie one nie dotyczyły, dlatego do głowy nie przychodzi mi o tym pisać.

 

Akcja Czasu kobiet rozgrywa się w latach sześćdziesiątych XX wieku w Leningradzie. Dużo wątków nawiązuje do blokady miasta oraz tego, jak doświadczenie to wpływało na rodziny. To książka osobista?

To nie jest autobiograficzna książka, ale czerpałam z doświadczenia swoich bliskich. Poza tym, takich rodzin, które przeżyły blokadę, jest mnóstwo. Wielu straciło bliskich, wielu było represjonowanych.

 

Główna bohaterka, Tonia – pracownica fabryki i mama niemej dziewczynki, odnosi się z dużym szacunkiem do starszych kobiet, z którymi przyszło jej dzielić komunałkę. Szacunek bierze się z tego, że te kobiety przeżyły blokadę?

Tonia je szanuje i jest im posłuszna w każdej kwestii zarówno ze względu na to, co przeżyły, jak i dlatego, że nie ma innego wyjścia. To prosta, wiejska kobieta, która nie posiada głębokich przekonań. To nie ona kształtuje swój los, robi to za nią życie. Po prostu znalazła się w takiej sytuacji – w tej konkretnej fabryce, w tym mieszkaniu, z tymi lokatorami.

Cały czas szamocze się między radami babć i rozkazami kierowniczki w fabryce, między tym, co słyszy w telewizji, a tym, co słyszała w dzieciństwie, radziecką, wspólną stroną życia i prywatną – nieradziecką. Opisywałam Tonię tak, jak postrzegałam swoją babcię. Umarła, jak miała czterdzieści trzy lata, ciężko pracowała. Przeciążyła się. Z opowieści mamy wynika, że była dobrym, ciepłym człowiekiem, ale duszę miała niedojrzałą. Nie miała żadnej życiowej strategii. Ciągnęło ją to radzieckie życie – w kolektywie, w fabryce, a dziecko w przyzakładowym przedszkolu, a potem w pionierach. Tak jak Tonię. Gdyby urodziła zdrową córkę, otrzymała pomoc przy opiece od swojej mamy, byłaby w pełni zadowolona ze swojego radzieckiego życia. Ale ze względu na tragiczne okoliczności nie umiała sobie poradzić. Tonia wcale nie była antyradziecka, po prostu życie ją przytłoczyło, tak się złożyło.

 

W Pani rodzinnym domu mówiło się o blokadzie?

W czasach radzieckich nie mówiło się o blokadzie, a już na pewno nie mówiło się prawdy. Było to po prostu niebezpieczne. Ten temat służył ideologii: wszyscy byli bohaterami, wszyscy bronili miasta, nawet małe dzieci. Piszę teraz nową powieść, w której opisuję losy kilku pokoleń mojej petersburskiej rodziny, po części to opowieść o blokadzie ulepiona ze wspomnień mamy, babci i prababci.

W domu nie było tak, że mama z babcią siadały naprzeciwko mnie i opowiadały o tym, co przeżyły. Rozmawiały między sobą. Ja miałam parę lat, a one nie zdawały sobie sprawy, że to słyszę, zapamiętuję i z czasem zaczynam rozumieć. A zrozumiałam wiele rzeczy. Urodziłam się długo po wojnie i miałam świadomość, że wojna to coś odległego. Z drugiej strony nie opuszczało mnie wrażenie, że ona nadal trwa w mojej rodzinie. Wciąż jest obecna.

Przestałam wierzyć w Lenina, gdy miałam dwanaście lat. Ale moje antyradzieckie nastawienie wynikało nie z tego, że rozumiałam politykę partii. W domu poskładałam sobie obraz blokady, tymczasem w szkole słyszałam coś innego. Wiedziałam, że kłamią. A jak kłamią w jednej, to pewnie kłamią też w innych kwestiach.

 

O czym słyszała Pani w domu?

Ten domowy obraz blokady nie był wcale heroiczny. To był obraz cierpiących i umierających ludzi. Obraz codziennej, straszliwej męki, w której nikt nie myślał o bohaterstwie, tylko o tym, jak przeżyć. O powszechnych przypadkach ludożerstwa dowiedziałam się jako kilkuletnia dziewczynka. Na początku nie rozumiałam – zrozumiałam, jak miałam około sześciu lat. I przestałam jeść mięso, nie mogłam na nie patrzeć.

Wojna też nie kojarzyła mi się z żadnym heroizmem. Mój tato walczył na froncie od pierwszego do ostatniego dnia. Zaciągnął się w Leningradzie, zakończył w Wiedniu. Prawie nigdy o tym nie wspominał, jak reszta frontowców. Wojna była dla nich czymś strasznym. Nie miała nic wspólnego z bohaterską wizją, jaką lubią tworzyć ludzie, którzy cały ten czas przesiedzieli w sztabie.

 

Jak obchodziliście Dzień Zwycięstwa?

Dla nas to gorzkie święto. W domu nie obchodziliśmy go w ogóle. Jeśli wychodziłam na ulicę z goździkami dla weteranów, to tylko ze szkołą.

Znacznie ważniejszym dniem dla mojej rodziny jest 27 stycznia – rocznica zniesienia blokady. Tego dnia umarł też ojciec mojej mamy, upamiętniamy go każdego roku. Spotykamy się, jemy razem obiad albo dzwonimy do siebie. Wspominamy poległych.

 

Skończyła Pani ekonomię, w latach dziewięćdziesiątych dobrze zarabiała jako biznesmenka. Porzuciła to Pani dla pisania. Dlaczego?

Wiersze pisałam od dawna, odkąd skończyłam dwadzieścia lat. Zawsze chciałam zajmować się literaturą. Ale nie przyjęli mnie na filologię, bo w połowie jestem Żydówką. Z taką metryką nie można było wtenczas studiować ani filologii, ani filozofii, historii czy medycyny. A instytut ekonomiczny nie był zideologizowany. Dzięki mojemu wykształceniu na samym początku lat dziewięćdziesiątych zostałam asystentką prezesa dużej fabryki meblowej, dobrze zarabiałam, pracowałam tam cztery lata.

Odeszłam po urlopie. Impulsem były wakacje: pojechałam z mężem do Symferopola na Krymie; on cały czas spędzał w archiwach – jest historykiem i zajmował się Tatarami krymskimi. Ja w tym czasie postanowiłam skorzystać z okazji i zwiedzić Stambuł. Popłynęłam do Turcji promem. W drodze powrotnej na pokładzie wybuchł pożar. Płonęliśmy kilka godzin, zanim dotarła pomoc. Zrozumiałam wtedy, że w każdej chwili mogę umrzeć. I że muszę wszystko rzucić i w końcu zacząć pisać, bo inaczej przeżyję cudze życie.

Miałam też wrażenie, że moi rodzice, nauczyciele, znajomi byli zaskoczeni, że zarabiam pieniądze i pracuję w biznesie. Mieli nadzieję, że nie będę szła z nurtem, tylko że dam coś od siebie społeczeństwu.

Historie ich ciężkich przeżyć i literatura XX wieku mocno na mnie wpłynęły. Chciałam lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło.

 

Które książki na Panią wpłynęły?

Duże wrażenie zrobił na mnie Archipelag GUŁag Aleksandra Sołżenicyna – przeczytałam go, mając siedemnaście lat. Wtedy to była książka zakazana. Później były utwory Tomasza Manna, Hermana Hessego i klasyczna literatura rosyjska.

Ale też po części polskie filmy – szczególnie w reżyserii Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego – które oglądałam w młodości. Zmusiły mnie one do myślenia o poszukiwaniu moralności i niemoralności w historii XX wieku. To jest to, co mnie najbardziej interesuje. Współczesna historia, ale nie ta podręcznikowa, tylko ludzka. Okazało się, że moi bliscy zupełnie przypadkowo znaleźli się w samym jej centrum.

 

Czego Pani szuka w historii XX wieku?

Jeśli my, Rosjanie, jej nie zrozumiemy, będziemy kręcić się w kółko. Jeśli nie zrozumiemy, czym był Związek Radziecki, nie będziemy mogli pójść dalej. Nie mamy żadnej wizji przyszłości, nie wiemy, co stanie się z nami za dziesięć lat. Nie jesteśmy społeczeństwem poradzieckim, bo to, co radzieckie i antyradzieckie, wciąż zajmuje nasze umysły.

Wszyscy żyją z głowami zwróconymi do tyłu, patrzą w przeszłość, której nie rozumieją, a tam wciąż trwa wojna domowa. Po aneksji Krymu w społeczeństwie doszło do szczególnie ostrych starć. Wiele przyjaźni się rozpadło, dochodziło do poważnych kłótni w rodzinach, nawet rozwodów. Granica sporu jest nierówna. Inteligencja jest podzielona. Nie jest tak, że za aneksją są niewykształceni, a wykształceni się jej sprzeciwiają.

Ciężka choroba trawiła Rosję cały XX wiek. Potrzebujemy dużo czasu, żeby wyzdrowieć. A nie ma żadnej gwarancji na skuteczne leczenie. Gdy o tym piszę, chcę to zrozumieć – przede wszystkim dla siebie.

 

Jak Rosjanie reagują na Pani książki?

Bardzo różnie. Najnowsza moja powieść Sinolog to antyutopia, historia alternatywna. Podczas II wojny światowej niemieckim wojskom udało się dojść do Uralu i zaczęły okupować rosyjskie ziemie na wschód od pasma górskiego. Na mapie po prawej był więc Związek Radziecki, a po lewej – rosyjskie ziemie okupowane przez faszystów. Akcja dzieje się już po wojnie, w 1984 roku – tak, to ukłon w stronę George’a Orwella. Mimo że po jednej stronie granicy stoją pomniki Hitlera, a po drugiej Stalina, to reżimy złagodniały. Zaczęły nawet ze sobą współpracować.

Faszystowską Rosję opisuję tak, że można odszukać jej elementy w Rosji współczesnej. Walka z homoseksualistami, siłowe rozpędzanie pokojowych demonstracji, cudaczna propaganda telewizyjna, która faszystami nazywa Sowietów. Stworzyłam dziwny świat, w którym nie wiadomo co jest prawdą, a co kłamstwem.

Powieść wywołała lekki skandal. Zarzucano mi, że chcę fałszować historię. Ale już przywykłam: moja ulubiona powieść Ławra, która trafiła na shortlistę Rosyjskiego Bookera, opowiada o stosunkach rosyjskiej inteligencji z Cerkwią prawosławną w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wydałam ją w 2002 roku, kiedy to rosyjska inteligencja pokładała w Cerkwi ogromne nadzieje.

Opisałam tę instytucję jako cyniczną, totalitarną organizację, która nie dopuszcza innej perspektywy i która wcale nie ceni sobie wolności, jest patriarchalna i mocno odstaje od rzeczywistości. Pisałam, że wybawienie dla Rosji nie przyjdzie z Cerkwi, bo to podobna organizacja do radzieckiej władzy. Czyli o tym, o czym dopiero zaczyna się mówić. Znałam wtedy temat doskonale, bo mój pierwszy mąż był duchownym. Pracował z samym patriarchą, tłumaczyli razem dzieła. Po tym jak książka trafiła na rynek, odbyła się ożywiona dyskusja w jednej z petersburskich publicznych bibliotek. Trwała ponad cztery godziny. Moi przyjaciele do tej pory wspominają, że w połowie spotkania zaczęli przesiadać się bliżej mnie, bo mieli wrażenie, że zgromadzeni na sali intelektualiści w końcu rzucą się na mnie z pięściami.

To temat mało kobiecy, ale bardzo bolesny. Takie interesują mnie najbardziej.

 

Jelena Czyżowa jest rosyjską powieściopisarką i eseistką, absolwentką Petersburskiego Państwowego Uniwersytetu Ekonomicznego. Dyrektorka petersburskiego oddziału PEN Clubu, tłumaczka z języka angielskiego. Jej powieść Czas kobiet (Wołowiec 2013) była nominowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” (2013), a także zdobyła nagrodę Rosyjskiego Bookera w 2009 roku. Czas kobiet i Grzybnia ukazały się pod patronatem NEW.

 

Rozmowa ukazała się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej” (5/2017). Co jeszcze w numerze?

Fot. Archiwum prywatne J. Czyżowej


Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu