Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Niemieccy bezprizorni
2017-09-04
Zbigniew Rokita

Już 7 czerwca w Gdańsku Kolegium Europy Wschodniej zaprasza na spotkanie z Alvydasem Šlepikasem wokół książki Mam na imię Marytė (więcej o spotkaniu). Z tej okazji przypominamy recenzję książki, która ukazała się w NEW 1/2016.

***

Litewski pisarz, dramaturg i aktor Alvydas Šlepikas od dawna zamierzał napisać książkę o Wolfskinder – wilczych dzieciach. Gdy kilka lat temu opowiadał o pomyśle młodemu Niemcowi, ten zapytał: „Czy to będzie historia o Tarzanie?”. Wówczas Šlepikas, uświadomiwszy sobie, jak niewiele ludzie wiedzą na ten temat, podjął ostateczną decyzję. Jej owocem jest wydana nakładem Kolegium Europy Wschodniej znakomita powieść Mam na imię Marytė.

Akcja toczy się zimą i wiosną 1946 roku – początkowo w zajętych przez Armię Czerwoną poniemieckich Prusach Wschodnich, a stopniowo przenosi się na radziecką Litwę. Wówczas pokonani zostali wypędzeni do szop i z nich mogli obserwować swoje domy zajęte przez zwycięzców. Największym wrogiem był głód i on też jest motorem działań bohaterów książki. Mam na imię Marytė to opowieść o niemieckich dzieciach, które wysyłano do LSRR (Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej) po jedzenie. Tam władza radziecka już okrzepła, a Litwini byli traktowani lepiej niż Niemcy. Część dzieci wracała z pełnymi plecakami, część ginęła, część była adoptowana, a byli i tacy, którzy po powrocie nie zastawali już swoich bliskich. Dzieci włóczęgi nazwano Wolfskinder. Często były tak małe, że przygarnięte przez Litwinów zapominały języka niemieckiego i swoje rodziny. Część jednak wróciła do Niemiec po odzyskaniu przez Wilno niepodległości (często ich krewni byli wobec nich nieufni), a na Litwie do dziś żyje około setki wilczych dzieci. Ich współczesne losy opisywał między innymi Karl-Markus Gauß w książce Niemcy na peryferiach Europy: Wędrówki przez Litwę, Spisz i wzdłuż Morza Czarnego.

Wiemy, że żołnierze Armii Czerwonej dopuszczali się na niemieckich cywilach strasznych zbrodni: gwałcili, bezcześcili, palili, kradli, mordowali. Niemców traktowano jak zwierzęta (w Polsce po wojnie wyraz „Niemcy” pisano na przykład z małej litery). Sztuką, która udała się Šlepikasowi, jest jednak opisanie zła w taki sposób, aby nie było ono banalne. Osiągnął to dzięki kilku zabiegom. Po pierwsze, książka ciekawa jest pod względem językowym i formalnym. Język i forma są surowe, zdania „żołnierskie” i treściwe. Na przykład: „Borys się śmieje, jest zadowolony. Podoba mu się broń, podoba mu się strzelanie”; albo opis kruka: „Tłuste powojenne ptaszysko, prawie człowiek – pełen ludzkiego mięsa”. Momentami ma się wrażenie, jakby opisy ludzi i przestrzeni były teatralnymi didaskaliami. Konstrukcja zdań dostosowuje się do tempa akcji. Niektóre rozdziały mają po kilka wersów. Bywa, że nawet strzały prezentowane są nie słowami czy onomatopejami, a znakami graficznymi. Pochwały należą się też Paulinie Ciuckiej za znakomity przekład.

Po drugie, opowieść przedstawiona jest z perspektywy dzieci. Wolfskinder – choć wiele z nich w wieku kilku lat nauczyło się strzelać, kraść, ciężko pracować – pozostały dziećmi. Włócząc się tygodniami po lasach, traktowały napotkanych ludzi jak wrogów, jednak już po chwili chciały, aby obcy je przygarnął i ofiarował nie tylko ziemniaki czy jajka, ale też trochę ludzkiego ciepła. Šlepikas przywraca człowieczeństwo bezprizornym, którzy często kojarzeni są wyłącznie z młodocianą prostytucją i rozbojami.

Interesujący jest też czas akcji. Bo choć dawne pogranicze polsko-pruskie z 1946 roku pokazywał już chociażby Wojciech Smarzowski w Róży, to lepiej potrafi my wyobrazić sobie apokalipsę towarzyszącą wkroczeniu Armii Czerwonej do Prus Wschodnich niż postapokalipsę roku kolejnego.

Litewscy Leśni Bracia, stalinizm, wywózki – to wszystko stanowi tło dla powieści bazującej na prawdziwych historiach wilczych dzieci i ich krewnych. Mam na imię Marytė to opowieść o osobistych losach, w których odbija się wielka historia.

Zbigniew Rokita

 

Alvydas Šlepikas, Mam na imię Marytė, tłum. Paulina Ciucka, Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław–Wojnowice 2015

 

Recenzja ukazała się w numerze styczeń–luty/2016 „Nowej Europy Wschodniej”.


Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu