Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Hołd dla tbiliskiego modernizmu w rytmie techno
2017-09-22
Bartłomiej Krzysztan

Gruzja w cyklu „Mój własny Wschód”: Góry, wino, duma, historia? Bartłomiej Krzysztan pokazuje inne Tbilisi – po Berlinie najlepsze miejsce na solidną dawkę muzyki elektronicznej.

 

Przeszedłeś całe Tbilisi.

Dotarłeś do walących się secesyjnych kamienic Mtacmindy, Sololaki i Mardżaniszwili. Znalazłeś pomiędzy wąskimi uliczkami, kamienicę z unikalnymi freskami w stylu Art Nouveau. Musiałeś wejść na zapuszczone podwórko, gdzie spotkałeś starszego pana – wpuścił cię na klatkę schodową, pozwalając przejść przez własne mieszkanie. Okazał się artystą, ostatnim człowiekiem, któremu zależy, żeby pozostawić w dobrym stanie chociaż cząsteczkę secesyjnego piękna tego miasta. Gdy po jakimś czasie wrócisz w to miejsce, okaże się, że o klatkę zadbano odgórnie: przy okazji remontu na deptaku króla Dawida Budowniczego również tutaj zrobiono „euroremont”. Starszego pana już nie spotkałeś. Może serce pękło mu ze smutku, jaki wywołują unikalne freski pociągnięte farbą akrylową?

Po ciemku, wykradając kod do klatki, wszedłeś do Hotelu Europejskiego, gdzie kiedyś odpoczywał norweski noblista Knut Hamsun – ponad sto lat temu w stanie zagłodzenia napisał tu słynny Głód.

Drugą stroną ulicy przechodziłeś setki razy – obok byłego Grand Hotelu (który wcale nie jest wielki). To tu życie zakończyła Dagna Juel Przybyszewska: pisarka, muza bohemy młodopolskiej, żona Stanisława Przybyszewskiego. Przybyszewską odwiedziłeś też na cmentarzu Kukia; przypadkiem, bo poszedłeś tam, gdy zainteresował cię los i śmierć Kateriny Swanidze, pierwszej żony człowieka, który stał się potem Stalinem. Swadzidze umarła na tyfus lub gruźlicę, pewności nie ma. Mówią, że wiele lat później Generalissimus miał wspomnieć, iż wraz z nią uszły z niego wszelkie ludzkie emocje i odruchy.

Godziny spędziłeś w tbiliskich korkach, żeby dotrzeć na przedmieścia miasta, pełne odrealnienia modernizmu ery późnego Breżniewa. Dotarłeś do wspomnień dzikich najntisów”: trafiłeś na dziwny postmodernistyczny twór z widokiem na różnorodność miasta i doczłapałeś do faceta, który od 1992 roku trzyma na balkonie żiguli (bał się, że Mkhedrioni je ukradną). Dom Ślubów w kształcie kurzego kościoła” i przypominający klocki Lega budynek byłego Ministerstwa Infrastruktury są dla ciebie oczywistym wypełnieniem przestrzeni.

Czujesz, że to miasto wieloznaczne. Nie myślisz nawet, żeby się podnieść i ruszyć w stronę turystycznych pewniaków, jak cerkwie Sioni i Kaszueti, Mejdan, Szardeni. Siadasz więc w weekendowy wieczór w knajpce, zamawiasz górę chinkali, których jak zwykle nie przeżresz, bierzesz do nich, rzecz jasna, litr czaczy z pierwszej destylacji. I wtedy dopiero zagłębiasz się w Tbilisi, takim jakie jest, a nie takie, jakim chciałoby być.

Siedzę więc, jem chinkali, piję czaczę i sprawdzam, gdzie dzisiaj będzie czuć dobry bas: Tbilisi to po Berlinie najlepsze miejsce na solidną porcję naprawdę dobrej elektroniki. W przeciwieństwie do miejsc odwiedzanych na ogół przez turystów lubiących Lonely Planet czy Bezdroża, którzy szukają autentyczności w masowym produkcie, to prawdziwe oblicze tego miasta. To rzeczywistość elektroniczna, mroczna, głęboka, taneczna, ale jednak będąca wyrazem sprzeciwu.

 

Polecamy galerię tbiliskich zdjęć Bartłomieja Krzysztana.

 

W zależności od dnia chodzi się do różnych miejsc: czasem do Cafe Gallery w starej kamienicy przy Gribojedowa, czasem kawałek dalej do jej siostry przy Kostawy w podziemiach filharmonii tbiliskiej – Didi Gallery. Pod stadionem Dynama Tbilisi dobry bas może być w Bassiani, a na obrzeżach przy ulicy mnicha Gabriela Salosa, za ormiańskim Awlabari – tam znajduje się Elektrowerk, świątynia elektroniki urządzona w dawnej fabryce. Mogę też pojechać kawałek dalej, na socjalistyczny relikt w zawieszeniu – Saburtalo lub do nabrzeżnego Khidi.

Dzisiaj jednak idę tam, gdzie chodzić lubię najbardziej – do Mtkwarze, klubu, który wisi nad rzeką Mtkwari albo – jak kto woli – Kurą. To socrealistyczna ruina z lat pięćdziesiątych, zmieniona w niepowtarzalną miejscówkę, unikalne miejsce na tbiliskiej mapie nocnego życia.

Wchodzisz więc do środka, mienisz się w wizualizacjach, zanikasz. Potem wracasz, wychodzisz na półokrągłą galerię zawieszoną nad wodą. Wdychasz zapach całego brudu, który niesie z sobą rzeka z tych majestatycznych szczytów Kaukazu. Przed sobą oglądasz projekt mieszkaniowy oparty na skrajnej racjonalności i fascynacji radzieckich architektów Le Corbusierem; projekt, który rozsypuje się w oczach, ćwierć wieku od czasu, gdy rozpadł się system polityczny, którego był dzieckiem.

Modernistyczne blokowiska Saburtalo wyrastają na wzgórzach po drugiej stronie rzeki. Wokół widzisz Gruzję, której nie spodziewałeś się zobaczyć: kontrkulturę, która kumuluje się, rekonstruuje, by pokazać, że coś jest nie tak w wielkich projektach racjonalności, w socjalizmie i neoliberalizmie. Dostrzegasz pęknięcie na starannie budowanym wizerunku (że wino, że góry, że duma, że historia, że cerkwie, że te wszystkie ważne bzdury skonstruowane). To pęknięcie, sprawia, że czujesz, iż Tbilisi to miasto, jak żadne inne – wieloznaczne, wielokrotne, niewyczerpane, zawsze potrafiące się dostosować. Inne Tbilisi.

Gdy wyjdziesz z Mtkwary jest wcześnie rano. Ulice, jak to w Tbilisi, co najmniej do dziesiątej pozostaną puste. Wracasz do domu.

 

Bartłomiej Krzysztan

Fot. Tinalomidze7 (cc by-sa 4.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Bartłomiej Krzysztan
Powrót
Najnowsze

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Między sojuszem a rywalizacją

28.11.2017
Jakub G. Gajda
Czytaj dalej

Walka z Ukrainą i czasem

24.11.2017
Tadeusz Iwański
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu