Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Petersburg – miasto paradoksalne
2017-10-16
Zbigniew Rokita, Joanna Czeczott

Joanna Czeczott: Przyglądałam się kolejnym mitom, na których powstawał Petersburg. Konfrontowałam obowiązującą wersję historii Petersburga z historiami osobistymi – petersburskie mity mają niewiele wspólnego z prawdą”.

Książka Petersburg. Miasto snu ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne pod patronatem „Nowej Europy Wschodniej” (Wołowiec 2017). Więcej o książce

 

ZBIGNIEW ROKITA: Niedawno pod patronatem NEW ukazała się Twoja książka Petersburg. Miasto snu. Jaki był Twój pomysł na tę książkę?

JOANNA CZECZOTT: Chciałam opowiedzieć o historii miasta. Nie pisałam jednak monografii Petersburga. Szukałam bohaterów, którzy byliby reprezentatywni dla swojej epoki: w książce pojawiają się więc przedstawiciele rdzennych narodów ziemi petersburskiej, arystokraci, komuniści, osoby opowiadające o czystkach lat trzydziestych, kobiety, które przeżyły blokadę Leningradu i tak dalej. Miasto pokazuję przez pryzmat ich doświadczeń, osadzając je w szerszym kontekście czasów, w których żyli bądź żyją.

 

Petersburg otrzymywał kolejne projekty tożsamościowe – miał być oknem na Europę, kolebką rewolucji, czy miastem-bohaterem – a następnie je tracił. Ty pokazujesz bankructwo tych idei, a ludzie, którzy wciąż je pielęgnują, są nieco karykaturalni. Pojawiają się więc komuniści, którzy wzywają mającego wystąpić w roli Lenina Leonardo DiCaprio, aby nigdy później – z uwagi na pamięć przywódcy rewolucji – nie grał czarnych charakterów; są arystokraci, którzy starają się żyć, jak gdyby nigdy nie wybuchły rewolucje 1917 roku.

Przyglądałam się kolejnym mitom, na których powstawało to miasto. Konfrontowałam obowiązującą wersję historii Petersburga z historiami osobistymi – zderzenie to pokazuje, jak niewiele wspólnego z prawdą mają petersburskie mity. Okazuje się, że poza oficjalnym kadrem pozostaje wiele osób, ich biografie są wymazywane; mało tego – historie tych osób są dla nich samych śmiertelnie niebezpieczne. Ludzi ci muszą zrezygnować z części swoich biografii, nie przekazują pamięci dalej, w rezultacie wiele osób nie wie, kim jest, jaka jest przeszłość ich rodzin. Mity zaś potrzebne są dzisiejszym władzom.

 

W jakim sensie władze ich potrzebują?

Spotkania z bohaterami książki zmusiły mnie do postawienia sobie pytania: dlaczego władze tak bardzo obawiają się oddalonego o 200 kilometrów od Petersburga muzeum ludów autochtonicznych ziem, na których powstał Petersburg? Dlaczego boją się akcji Memoriału Ostatni adres, w ramach której upamiętnia się ofiary stalinowskich represji? Dlaczego boją się książki Siergieja Jarowa Etyka blokady – jedynej publikacji, która pokazuje, jak układały się relacje między mieszkańcami Leningradu w czasach hitlerowskiego oblężenia miasta (wbrew obowiązującej narracji postawy Leningradczyków nie były heroiczne)?

 

Jak odpowiadasz na te pytania?

Prawda zagraża przyjętej przez władze narracji. Kreml chce na przykład opierać się na micie Piotra I. Car miał zacząć dzieło, które dziś kończy Władimir Putin; pierwszy zbudował miasto, drugi wieńczy jego pracę, tworząc tamę, mającą zabezpieczyć Petersburg przed wodą – to wspaniała klamra. Piotr I w tym przypadku służy do budowania autorytetu Kremla, jest jednym z kulturowych filarów władz. Te filary często nie przystają do siebie: to jednocześnie Mikołaj II, Lenin, Stalin, czy cerkiew prawosławna. Do tej narracji nie pasuje już więc na przykład Gułag czy autochtoni petersburskiej ziemi, te elementy wyrzuca się poza nawias.

 

Rozmawiałem o Twojej książce z kilkoma osobami, wszyscy byli zgodni: najciekawszym rozdziałem jest ten poświęcony autochtonom. To zupełnie nieznany w Polsce temat, zadaje on kłam twierdzeniu, jakoby Petersburg miał powstać na pustkowiu.

Początkowo zakładałam, że pierwszy rozdział poświęcę wodzie, a więc czemuś, co było tam przed Piotrem. Trafiłam jednak na ślad tych ludów, co przesunęło początek opowieści jeszcze bardziej wstecz.

 

Kim są owe ludy?

Iżorowie, Wodowie czy Wespowie zamieszkiwali Newski Kraj na długo przed pojawieniem się tam Piotra, już od średniowiecza. Opowiadam o przedstawicielach Wodów, którzy kilkanaście lat temu próbowali założyć muzeum swojego narodu. Jak wspominałam, muzeum mieścić miało się 200 kilometrów od Petersburga, w drewnianej chałupie. Zdawałoby się, że nie powinno budzić ono żadnych kontrowersji. Stało się jednak inaczej. Media sięgnęły po frazeologię z czasów radzieckich, mówiono o szkodnikach, o etnoseparatyzmie, o utrudnianiu rozwoju regionu. Zbiegło się to w czasie z planami budowy wieżowca Gazpromu na petersburskiej wyspie Ochcie, gdzie kiedyś mieściła się „przedpiotrowa” osada. Protest przeciwko tej budowie stał się najsilniejszym ruchem protestu w Petersburgu od upadku Związku Radzieckiego.

Wzrosło wówczas zainteresowanie tym, co działo się na tych ziemiach przed XVIII wiekiem. Ludzie zaczęli widzieć, że inna wersja historii obowiązuje, a inna wydarzyła się naprawdę. Powstała na przykład książka Konstantina Żukowa, w której ten tłumaczy, że otwartość tych ziem na świat nie pojawiła się tu wraz z Piotrem, jest starsza: biegnący tędy szlak handlowy był szlakiem trudnym, wymagał współpracy, a handel sprzyjał kontaktom z cudzoziemcami. Na fali zainteresowania przeszłością powstały też zespoły folkowe, grające muzykę rdzennych ludów. Zintensyfikowały się kontakty autochtonów z bratnimi ludami ugrofińskimi z Estonii czy Finlandii.

 

Wiedza o rdzennych mieszkańcach tych ziem przebiła się do masowej świadomości Petersburżan?

Nie, ale jeśli kogoś to interesuje, może już znaleźć na ten temat materiały.

 

Co stało się z muzeum Wodów?

Muzeum dwukrotnie spłonęło, sprawcy są nieznani.

 

W książce pokazujesz Petersburg jako miasto otwarte, liberalne, mekkę ruchów LGBT. Jednocześnie jest to jednak miasto zakompleksione, które straciło stołeczny status u szczytu swojej wspaniałości, miasto pielęgnujące dziś pamięć o Rosji imperialnej i dość konserwatywne.

Bo Petersburg jest paradoksalny. Petersburżanie chętnie przyjmują Francuzów, Niemców czy Włochów, ale już sprzeciwiają się migrantom z Azji Centralnej i Kaukazu Południowego, tych ostatnich nazywa się „czarnymi”. Rozdział o petersburskim ruchu LGBT miał był powiewem optymizmu wśród trudnych tematów. Rozmawiałam z wieloma dziewczynami, które z różnych zakątków kraju przyjeżdżały do Petersburga jako do mekki wolności. Książkę pisałam jednak kilka lat i w międzyczasie sytuacja się zmieniła: przyjęto prawo, zakazujące „propagandy LGBT” i zrównujące w pewnym sensie homoseksualizm i pedofilię. I choć przekonywano mnie, że mimo wszystko Petersburg jest na tle Rosji bardzo „wolnościowy”, to przyjęcie tych regulacji obudziło drzemiące wśród Rosjan nastroje homofobiczne. Świadczą o tym opisywane w książce akty pobić przy inne formy prześladowań przedstawicieli środowiska LGBT. Jednocześnie jednak część środowisk nieangażujących się dotąd w problemy LGBT, dziś solidaryzuje się z ich problemami, przychodzi na manifestacje. Zobaczono w ich „sprawie” symbol walki z władzą.

 

Jeden z rozdziałów poświęcasz petersburskim arystokratom. Bronią się oni wytrwale przed czasami, w których przyszło im żyć, organizują przypominające dawno minione czasy bale, a zamiast wytwornych mebli, mają mizerne ich imitacje. Czy to ostatnie pokolenie arystokratów? Czym się zajmują na co dzień?

Ich losy są różne. Jedna z moich rozmówczyń pracowała w banku w dziale HR, dziś prowadzi szkolenia, ma własną firmę. W Petersburgu ostały się jeszcze dwa wielkie rody arystokratyczne – może jest ich więcej, ale obawiają się ujawniać? Zaciekawiło mnie ich przejęcie i zatroskanie sprawami publicznymi. Spotkania z nimi były jednymi z nielicznych, podczas których dużo mówiło się o polityce. To chyba poczucie sprawczości: jeśli ktoś pochodzi z rodu, których przez trzydzieści cztery pokolenia miał realny wpływ na sprawy państwa, ma wpojone przeświadczenie, że o państwo należy dbać. Jednocześnie owi arystokraci wiedzą, że już żadnego wpływu nie mają; funkcjonują we własnym świecie, tworzą własną przestrzeń wolności. Nie tylko zresztą oni – więcej Rosjan próbuje żyć „poza” państwem.

 

Joanna Czeczott jest politolożką i dziennikarką, pracowała w „Gazecie Wyborczej”, a od 2006 roku — w dziale zagranicznym „Przekroju”.

 

Książka Petersburg. Miasto snu ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne pod patronatem „Nowej Europy Wschodniej” (Wołowiec 2017). Więcej o książce


Polecamy inne artykuły autora: Zbigniew Rokita
Polecamy inne artykuły autora: Joanna Czeczott
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu