Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Pisarz, który zabija
2017-10-18
Paweł Pieniążek

Najbardziej znana książka Zachara Prilepina Sańkja jest zachętą do walki w imię budowy Wielkiej Rosji. Pisarz sam nie pozostaje bierny: znów wziął karabin do ręki.

Artykuł ukazał się w numerze 3-4/2017.

Po raz ostatni Prilepin służył niemal dwadzieścia lat temu w Dagestanie jako oficer specjalnego oddziału milicji OMON. Teraz został zastępcą batalionu, kierownikiem politycznym i majorem w szeregach bojowników nieuznawanej Donieckiej Republiki Ludowej. Dlaczego się na to zdecydował? „Donbas to strefa odpowiedzialności nie wobec mieszkańców Donbasu czy Ukrainy, ale przyszłości Rosji. Jeśli uda się nam tutaj coś osiągnąć, to uda się to na każdym kierunku” – wyjaśnia w wywiadzie dla „Komsomolskiej Prawdy”. W materiale wideo widać, jak wypowiada te słowa zrelaksowany, bez szczególnych emocji, ubrany w mundur maskujący. Dopiero później okazuje się, że ma też przy sobie pistolet, ale czy będzie strzelał? „Jestem oficerem. Oczywiście, przyjdzie mi strzelać” – odpowiada równie beznamiętnie. Zaciągnięcie się w szeregi bojowników zbiegło się z publikacją jego książki Wzwod. Oficery i opołczency russkoj literatury (Pluton. Oficerowie i milicjanci rosyjskiej literatury), w której opisuje – jak określił to półżartem – specnaz rosyjskich pisarzy. Prilepin doliczył się ponad stu autorów, którzy służyli w armii począwszy od XVIII wieku, jak mówi, chce obalić mit o tym, że rosyjski pisarz czy poeta jest słaby i humanitarny.

 

Nacbol #2

Decyzja o wstąpieniu w szeregi bojowników powinna skłonić do zapomnienia o Prilepinie. Usunięcia go z pamięci jak całego szeregu dziwnych postaci, które przewijają się przez tego typu konflikty, poszukują wrażeń czy sławy. Nie jest to jednak takie proste, bo Prilepin poza talentem literackim ma też wiele do powiedzenia o współczesnej Rosji.

Przez lata Jewgienij Prilepin („Zachar” to pseudonim literacki) pozostawał w cieniu swojego mentora i kluczowej postaci ruchu narodowobolszewickiego Eduarda Limonowa. Trudno powiedzieć, co w tej postaci było prawdą, a co kreacją. Limonow urodził się w Rosji, mieszkał w Charkowie, Moskwie, Paryżu, Nowym Jorku, po czym wrócił do Moskwy. Parał się różnymi zajęciami: był kryminalistą, buntownikiem, poetą, pisarzem, politykiem, zagorzałym krytykiem Josifa Brodskiego, koalicjantem Garriego Kasparowa, zmorą liberalnej opozycji, komunistą, faszystą, po prostu nacbolem, narodowym bolszewikiem. Jego biograf, Emmanuel Carrere (Limonow, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012) postawił tezę, że Limonow jest niemal taki sam jak Władimir Putin – zimny, wyrachowany, męski, z podobnej rodziny i z podobnym wychowaniem, wierzącym w Związek Radziecki, ale nieufający Gorbaczowowi, a w szczególności Zachodowi. Różni ich jedna zasadnicza rzecz: Limonow przegrał, a Putin wygrał, i to on kontroluje sytuację. Szczególnie widać to po aneksji Krymu, operacjach na Donbasie i w Syrii.

Limonow i jego nacbole nigdy nie mogli znaleźć odpowiednich sojuszników. Przez lata musieli krytykować Putina, stojąc ramię w ramię z liberalną opozycją, której nienawidzili i którą gardzili z całego serca (stąd też głęboka niechęć do Brodskiego). Brali udział w akcjach opozycyjnych i zawierali sojusze z ludźmi takimi jak Kasparow, mimo że żadnej ze stron porozumienie nigdy się do końca nie podobało. Gdy polityka stawała się coraz bardziej nacjonalistyczna, a media ruszyły z propagandową odsieczą, gwiazda Limonowa zgasła. Najpierw nacbole obrazili się na uczestników moskiewskich demonstracji w latach 2011-2012, bo nie chcieli iść na plac Rewolucji, by tam urządzić protest. Zamiast placu Rewolucji demonstranci (w dużej części o poglądach liberalnych) wybrali plac Błotny – co dla nacboli było zdradą już na poziomie leksykalnym. Liberałowie „[z]robili wszystko, żeby ludzie nie założyli w Moskwie Majdanu, jak w Kijowie podczas pomarańczowej rewolucji – czego chciałem ja i moi towarzysze” – tłumaczył Prilepin w grudniu 2012 roku, słowo „majdan” kojarzyło się jeszcze wyłącznie z pomarańczową rewolucją. Podczas tej rozmowy Prilepin powiedział – dokładnie powtarzając linię partyjną (partii od dawna zdelegalizowanej) i będąc niemal rzecznikiem Limonowa – że bliżej im do liberałów niż do władzy. Szybko jednak się to zmieniło – zarówno ich pozycja, jak i stosunek do władzy. Dobrze oddają to słowa bohatera powieści Prilepina Klasztor (Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2016): „Nie przepadam za władzą sowiecką (…). Tylko że szczególnie nie lubi jej pewien typ ludzi, którymi z zasady się brzydzę. (…) I to mnie z nią godzi”. Klasztor to powieść o współczesnej Rosji, chociaż jej akcja toczy się w latach dwudziestych XX wieku.

Limonow stawał się swoim cieniem, przyćmiła go jego literacka kreacja, której dał wyraz w powieści To ja, Ediczka (Świat Książki, Warszawa 2005). Pojawili się ludzie nowi i bardziej szaleni. Okazał się znacznie mniej barwny niż roztoczona wokół niego bańka medialna. Gdy „zielone ludziki” pojawiły się na Krymie, a potem część z nich ruszyła rozkręcać wojnę na Donbasie, Limonow nie kwapił się, by zrobić coś więcej, niż strzępić język i rozbijać klawisze klawiatury, pisząc kolejne artykuły pełne poparcia dla Wielkiej Rosji. To już nie ten Limonow, który w trakcie wojny na Bałkanach z bronią w ręku walczył po stronie Serbów przeciwko Bośniakom. Jakby zabrakło mu pary, i wtenczas pojawił się Prilepin, który przejął pałeczkę po swoim guru.

Limonowowi zresztą coraz mniej się to podoba. Miał wysłać wiadomość do Prilepina, w której skrytykował go za: „brak skromności, PR i ogólnie lekkomyślność”; pisarz z Niżnego Nowgorodu w odpowiedzi z przekąsem stwierdził, że powiedział to Limonow, który napisał niemal pięćdziesiąt książek na swój temat.

 

Tylko hardcore

Prilepin urodził się w 1975 roku we wsi Ilinka w obwodzie riazańskim. W domu się nie przelewało, ojciec był nauczycielem historii, zmarł, gdy chłopak miał siedemnaście lat, matka jest pielęgniarką. W wieku jedenastu lat wraz z rodzicami przeprowadził się do Dzierżyńska w obwodzie niżnonowogrodzkim (tam też urodził się Limonow). Od szesnastego roku życia pracował w piekarni. Po ukończeniu szkoły przeprowadził się do Niżnego Nowgorodu, jako dziewiętnastolatek chciał wstąpić do wojska, ale został rezerwistą. Poszedł do szkoły milicyjnej i po jej ukończeniu rozpoczął służbę w specjalnym oddziale milicji OMON. Równolegle ze służbą rozpoczął naukę na wydziale filologicznym (Państwowy Uniwersytet Niżnonowogrodzki). Naukę musiał jednak przerwać, bo w 1996 roku wysłano go do Czeczenii, trzy lata później po raz kolejny trafi ł na Kaukaz – tym razem do Dagestanu. To właśnie te doświadczenia były przyczynkiem do jego pierwszej książki Patologie (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010). Bynajmniej nie jest to książka pełna zachwytów nad wojną, raczej podkreśla dramaty i tytułowe patologie, których doświadczają żołnierze w trakcie służby. Można tam znaleźć wiele opisów podobnych do tego:

Podchodzimy, na widok trupa nieprzyjemnie mnie trzęsie. Czuję, że do gardła wpadła mi wielka zepsuta ryba, muszę ją zaraz wyrzygać. Odwracam się i zapalam papierosa.

W oczach wciąż stoi mi stare, jakby uwędzone ciało z powykręcanymi palcami rąk, z brakującą, wyrwaną połową twarzy, gdzie w czerwonym mięsie bieleją pokruszone kości.

Po studiach i służbie w OMON-ie rozpoczął karierę dziennikarską, zaczynał od kronik kryminalnych w lokalnych mediach. Teraz pisze w wielu tytułach ogólnokrajowych, przez lata często można było go zobaczyć czy przeczytać w mediach nieprzechylnie nastawionych wobec kremlowskiej władzy. Był redaktorem naczelnym w niżnonowogrodzkim oddziale liberalnej „Nowoj Gaziety”, z którą rozstał się na skutek sporu z redakcją w Moskwie. Prowadził program w nie mniej liberalnym kanale Dożdż. Miał też show w muzycznym REN TV (Prilepinowi zdarza się też śpiewać), a ostatnio występował w Cargrad TV (hasło stacji to „pierwszy rosyjski”), którego redaktorem naczelnym jest Aleksander Dugin. Dugin jest ideologiem eurazjatyzmu, dawno temu był związany z nacbolami, to właśnie jemu – przesadzając – przypisujesię znaczący wpływ na wizję polityki międzynarodowej prowadzonej przez Kreml.

Gdy rozpoczął się konflikt na Donbasie, pisarz zaangażował się w działalność wolontariacką po stronie separatystów (co raczej nie powinno być zaskoczeniem po 2008 roku, wtenczas stanął po stronie „republik ludowych” w Abchazji i Osetii Południowej). Za otrzymane od Rosjan pieniądze dostarczał ludności cywilnej leki, jedzenie i produkty pierwszej potrzeby. Bojownikom załatwiał protezy i wyjazdy na operacje do Rosji, ale też przekazywał środki na „potrzeby pospolitego ruszenia”. Z oddziałów bojowników najchętniej wspierał Spartę – jednostkę słynącą z brutalności, której bojownicy za nic mają konwencje międzynarodowe. Spartą dowodził zabity w 2016 roku Arsen „Motorola” Pawłow, znany między innymi ze znęcania się nad jeńcami (w rozmowie z „Kyiv Post” wyznał, że zabił ich piętnastu).

 

Bies w dobie postpostmodernizmu

Poglądy Prilepina są kontrowersyjne, wzbudzają oburzenie, ale trudno zarzucić mu koniunkturalizm. W głoszeniu swoich tez jest konsekwentny, stara się je wcielać w życie i nie szuka wymówek, jest bezkompromisowy i gotowy do poświęceń. Nie chce stać z boku. W to, co wierzy, angażuje się całym sobą. Dobrze ujął to w tekście Po drodze z rosyjskiej prowincji na cmentarz („Nowa Europa Wschodnia” 2012, nr 1), gdzie szydził z tych, którzy zawsze znajdą wymówkę, by nie przejść do czynów. Wolą bowiem pokątnie wypowiadane słowa. Prilepin pisał:

Dopóki byłem biedny jak mysz kościelna, chodziłem po ulicach, wymachując sztandarem i pokrzykując to i owo, i ciągle słyszałem: „Tak, w wielu sprawach masz rację, faktycznie trudno już dłużej tolerować złodziejstwo i skurwysyństwo naszych władz, ale przecież tobie łatwo mówić. Pracujesz gdzie popadło, masz tylko jedno dziecko, to zawsze się jakoś wykarmi, za nic nie odpowiadasz… A my mamy obowiązki, swoje środowisko krótko mówiąc – sporo do stracenia. Rozumiesz?”.

Przysięgam, że wówczas wierzyłem takim ludziom.

Teraz wszystko się zmieniło.

Od czasu do czasu jak dawniej wychodzę coś sobie pokrzyczeć wciąż pod tym samym czerwonym sztandarem, ale słyszę już nieco inne głosy: „Tak, w wielu sprawach masz rację, faktycznie trudno już dłużej tolerować złodziejstwo i skurwysyństwo naszych władz, ale przecież tobie łatwo mówić. Masz swoją firmę, swoje środowisko, cały kraj cię zna, twoje książki leżą w każdej księgarni – kto cię ruszy? A my? Nam nikt nie pomoże”.

Ludziom nie dogodzisz.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych Prilepin zaangażował się w ruch narodowobolszewicki. Pokłosiem tej decyzji jest powieść Sańkja (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008). Sańkja to działacz Sojuszu Stwórców, której członkowie nazywani są esesmanami, należą do politycznych chuliganów, urządzają marsze-demolki w Rosji i ciągle szukają guza. Nie jest trudno rozpoznać, które ugrupowanie polityczne posłużyło za wzór. Lider sojuszników to wypisz, wymaluj Limonow, który podczas wydarzeń toczących się w książce przebywa w więzieniu. Sojusznicy jednak wiernie wykonują jego polecenia przekazywane zza krat, używają niemal takiej samej symboliki. Przez długi czas flagą nacboli był czerwony płat z białym kołem i wpisanym w niego sierpem i młotem (zgrabnie nawiązując do tradycji nazistowskiej i sowieckiej). Esesmani dokonują też różnych akcji, jak na przykład zajęcie wieży w Rydze; w 2000 roku taką akcję przeprowadzili limonowcy. Wówczas nacbole przyjechali do Rygi, zajęli wieżę kościoła Świętego Piotra i zabarykadowali się w niej z atrapami granatów. Żądali między innymi zaprzestania prześladowań weteranów wielkiej wojny ojczyźnianej i tego, by Łotwa nie wstępowała do NATO. Nacbole zostali złapani, skazani przez łotewski sąd. Takich podobieństw między książką a rzeczywistością jest wiele.

Nieprzypadkowo Sańkję porównuje się do Biesów Dostojewskiego. Obie książki opowiadają o zaangażowaniu i jego mrocznych barwach: z czym owo zaangażowanie się wiąże i jakie są jego konsekwencje. Dostojewski był konserwatystą, który nie wierzył w takie ruchy, Biesy są ostrzeżeniem przed rewolucją i mrokiem, do którego ona prowadzi. Prilepin wręcz przeciwnie – wierzy, że dla idei warto poświęcić wszystko, nawet jeśli od tych idei jeży się włos na głowie. Sańkja może być odczytana jako powieść o narwanych kolesiach, którzy zamiast zająć się czymś pożytecznym, robią rozpierduchy, w których cel polityczny jest drugorzędny. Wielokrotnie spotykałem się z opinią, że Prilepin tak kpi z nacboli. Nic z tego. Sańkja jest opowieścią o „biesach”, którym się udało lub może się udać, jest zachętą do tego, by te działania podejmować. W imię Wielkiej Rosji, która jest idée fixe Prilepina.

 

Plan: Wielka Rosja

W rozmowie dla NTV Prilepin powiedział, że nie chce, by „Noworosja” była gorszą wersją Rosji czy nawet taką samą jak ona. Chce czegoś więcej niż kolejnego „burżuazyjno-kapitalistycznego państwa”. Prilepin wierzy, że: „Rosja będzie wpisana w nowy kontekst, jakoś uratowana i wyraźnie pokaże swoją siłę i słuszność”, a nieuznawane republiki na Donbasie są tego początkiem.

Jestem gotów żyć pod każdą władzą, jeżeli ta władza zapewni jedność terytorialną i odbudowę społeczeństwa” – mówi Sańkja w trakcie ożywionej dyskusji z ideologicznym oponentem, czyli liberałem, który zaprzedał się władzy, Aleksiejem Biezlietowem. Kontynuuje: „Ani gleba, ani honor, ani zwycięstwo, ani sprawiedliwość, nic z tego, co wymieniłem, nie wymaga ideologii. Wszystko, co jest na świecie istotne, to wszystko nie potrzebuje dowodów i uzasadnień. Teraz ważne jest tylko jedno: nowy podział kraju i nowy podział świata działają na naszą korzyść, ponieważ my jesteśmy lepsi. Do tego, żeby tworzyć świat, potrzebna jest władza, tyle”. Po czym stwierdza, że sojusznicy to partia brunatnoczerwona, czyli właśnie nacbolska.

Jeszcze dobitniej poglądy o Wielkiej Rosji są wyrażone w Klasztorze, za który Prilepin otrzymał w 2014 roku państwową nagrodę Bolszaja Kniga. Autor opisuje w niej, jak powstawały obozy na wyspach sołowieckich, które tuż po wydarzeniach rozgrywających się w książce nazwano GUŁagiem. Z dużym rozmachem Prilepin przedstawia w Klasztorze losy osadzonych i katów, prezentuje różne odcienie moralności i problematykę dokonywanych wyborów, przed którymi stoją ludzie znajdujący się w ekstremalnych sytuacjach. Zgrabnie przekształca katów w ofiary, a ofiary w katów. Momentami nie jest jasne, kto jest gorszy – czekiści czy więźniowie. Samo powstanie obozów Czeka jawi się jako wyzwolenie, bo porządek mieszkających na wyspach zakonników był dużo bardziej okrutny. Każdy ma mniejsze lub większe grzechy na sumieniu. Wreszcie Prilepin stara się przekonać, że bardzo łatwo zamienić się rolami, a ci, którzy wyglądają na porządnych i wrażliwych, wcale nie muszą być mniej okrutni niż kaci. Stąd też główny bohater wypala się do cna – nie ufa nikomu („Nie dzieli już ludzi na złych i dobrych. Ludzie dzielą się na niebezpiecznych i resztę. Ani do jednych, ani do drugich nie żywi żadnych uczuć. Ludzie – to ludzie, nie ma do nich żadnych więcej pytań”). Jest jedną z wielu dusz, które musiały się poświęcić dla Rosji, by znowu była olbrzymia i silna, by wreszcie pokazała swoją siłę, nawet jeśli kosztem życia setek tysięcy czy milionów ludzi. Z Klasztoru wynika, że Rosji trzeba wybaczyć każde okrucieństwo.

Powieść Sańkja kończy się tam, gdzie zaczęły się wydarzenia na Donbasie w marcu i kwietniu 2014 roku. Sojusznicy zajmują budynki administracyjne w ponad dwudziestu rosyjskich miastach i chcą przejąć władzę, by ta Prawdziwa Rosja wreszcie nadeszła. Bardzo możliwe, że otoczeni przez wojsko sojusznicy zginą w tym boju, ale zupełnie się tym nie martwią. Ofiara jest bowiem ważniejsza. „Tacy jak ty ratują siebie, zjadając Rosję, a tacy jak ja, zjadając własną duszę. Rosja żywi się duszami swoich synów. Ja jestem jej synem, nawet jeśli jestem przeklęty. A ty jesteś brudnym przybłędą” – mówi Sańkja do Aleksieja Biezlietowa w trakcie finalnej sceny.

Różnica między wydarzeniami książkowymi a rzeczywistymi na Donbasie jest taka, że te pierwsze były oddolną akcją, a w te drugie była zaangażowana Rosja – ta zła, burżuazyjno-kapitalistyczna i daleka od marzeń nacboli. To jednak nie wzbudziło wątpliwości Prilepina. Pojechał walczyć na Donbas o przyszłość Rosji, jak odpowiedział korespondentowi „Komsomolskiej Prawdy” na pytanie o to, w co wierzy: „Szczerze wierzę, że Rosja jest święta, Bóg istnieje, a ty umrzesz. Te trzy rzeczy są proste. Jesteśmy zbawcami świata i trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Jesteśmy obrońcami nie tradycji, bo to słowo może zawierać w sobie wszystko. A po prostu obrońcami zdrowego ludzkiego rozsądku. Obrońcami tego, co pozwala człowiekowi pozostać człowiekiem”.

Prilepina można nie cenić, ale warto czytać – jego literacka fikcja bywa zaskakująco realistyczna. Szczególnie, że rosyjski imperializm znowu prostuje kark i sięga coraz dalej. Wizje Prilepina pozwalają uświadomić sobie, z czym mamy lub będziemy mieli do czynienia, z tą poprawką, że w rzeczywistości realizacja tych wizji jest dużo mniej oddolna, niż chciałby tego pisarz.

 

Artykuł ukazał się w numerze 3-4/2017.

Paweł Pieniążek jest dziennikarzem. Wkrótce ukaże się jego książka Wojna, która nas zmieniła (Wydawnictwo Krytyki Politycznej) poświęcona wydarzeniom na Donbasie. Jest również autorem Pozdrowień z Noworosji (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015).

Fot. Dmitry Rozhkov (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Paweł Pieniążek
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu