Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wielka walka o mały kraj
2017-10-23
Oliwia Piskowska (Tekst i Fot.)

W Kirgistanie odbyły się wybory prezydenckie – pierwsze po 1991 roku, w przypadku których trudno było przewidzieć, kto zwycięży.

 

Polecamy też fotoreportaż Oliwii Piskowskiej poświęcony kampanii wyborczej w Kirgistanie.

 

Kirgistan długo nazywany był „wyspą demokracji w Azji Centralnej”. I rzeczywiście: na tle takich krajów jak Turkmenistan czy Uzbekistan oraz wobec dwóch rewolucji, które zmiotły skorumpowanych kirgiskich prezydentów, Biszkek wyróżniał się pozytywnie. W ostatnim czasie jednak również i on nie uniknął autorytarnego zwrotu. Eksperci zaczęli stawiać pytania o kondycję państwa oraz stabilność budowanego w nim systemu demokratycznego – to wątpliwości o tyle ważne, że Kirgistan jest krajem ulokowanym w strategicznym miejscu, znajduje się na styku interesów Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście jeszcze większego znaczenia nabrały październikowe wybory prezydenckie, które stały się egzaminem dla kirgiskiej elity i całego społeczeństwa.


Uczniowie jednego nauczyciela

Kampania przed zaplanowanymi na 15 października wyborami była pojedynkiem dwóch głównych kandydatów. Zobaczyliśmy, że po dwóch rewolucjach w Kirgistanie realna konkurencja polityczna jest możliwa.

Sooronbaja Dżeenbekowa i Omurbeka Babanowa – bo o nich mowa – dzieli niemal wszystko. Pierwszy nie jest zbyt przebojowy, ma podkrążone oczy, smutną twarz; z zawodu zootechnik, za Związku Radzieckiego działacz partii komunistycznej. Drugi jest młodym, charyzmatycznym, bajecznie bogatym przedsiębiorcą (okrzyknięto go najzamożniejszym człowiekiem w Kirgistanie: w 2016 roku jego majątek szacowano na półtorej miliarda dolarów), chętnie manifestuje patriotyczne przekonania.

Łączy ich jedno: obaj wyszli spod skrzydeł ustępującego prezydenta, Ałmazbeka Atambajewa. Dżeenbekow był w 2007 roku ministrem rolnictwa w rządzie Atambajewa, natomiast Babanow w Rządzie Tymczasowym po rewolucji 2010 roku sprawował urząd wicepremiera, a gdy Atambajew rozpoczynał swoją kadencję jako głowa państwa, został premiereml; później jego drogi z Atambajewem się rozeszły.

W październikowych wyborach każdy miał swoją rolę: Dżeenbekow występował jako zrównoważony i powściągliwy „kandydat partii władzy”, czyli proprezydenckiej Socjaldemokratycznej Partii Kirgistanu (SDPK), Babanow zaś jako kontestator istniejącego układu sił (choć wykazał się lojalnością w stosunku do Atambajewa, nie atakując go i twierdząc, że był dobrym prezydentem). Obaj podkreślali swoje główne cele, które były praktycznie takie same: zależy im na walce z korupcją, reformach mających zwiększyć wzrost gospodarczy, poprawie jakości życia zwykłych ludzi i oparciu się w polityce zagranicznej na strategicznym partnerstwie z Rosją.

 

Cios za cios

Rozpoczęta 10 września kampania od początku była dynamiczna.

Szybko pojawiły się zarzuty o wykorzystywanie przez Dżeenbekowa zasobów administracyjnych. Do sieci wypłynęły nagrania, na których przewodniczący samorządu lokalnego w obwodzie Oszyńskim wzywa mieszkańców do głosowania na kandydata SDPK. Również pracownicy naukowi z Biszkeku w prywatnych rozmowach przyznawali, że dostali służbowe polecenie wspierania kampanii „odpowiedniego” kandydata.

Pojawiło się jednak pytanie – na ile adminresurs tak biednego państwa może mierzyć się z siłą pieniądza? Pytanie było zasadne, ponieważ Omurbek Babanow był wszędzie – na plakatach, telebimach, marszrutkach, w gazetach, internecie i telewizji (przede wszystkim na kanale NTS, z którym jest związany). Jego kampania wyborcza miała charakter „kampanii totalnej”, prezentował się w niezliczonych wcieleniach: Omurbek w kałpaku (czyli tradycyjnym męskim nakryciu głowy) i mundurze polowym rozmawia z wojskowymi; Omurbek wśród młodzieży; Omurbek wygłasza płomienne przemówienia na spotkaniach oklaskiwany przez lud i tak dalej. Stało się to nawet przedmiotem dowcipów. Na przykład: 70 procent ziemi jest pokryte wodą, pozostałe 30 procent – plakatami Babanowa. Kandydata poparł też ruch społeczny Za czyste wybory, którego twarzami zostali znani politycy – Roza Otunbajewa (skonfliktowana z Atambajewem była prezydent), Feliks Kułow, czy Medetkan Szerimkułow.

 

Od rewolucji do rewolucji

Sztab Dżeenbekowa odpowiedział szybko, choć trochę nieudolnie – spotkanie Babanowa z prezydentem Kazachstanu Nursułtanem Nazarbajewem przedstawiono jako próbę wpływania przez państwo ościenne na wynik wyborów u sąsiada i dowód na podporządkowanie się Babanowa kazachstańskim wpływom. Takie postawienie sprawy spotkało się z szybką reakcją Astany: tamtejsze MSZ oświadczyło między innymi, że w połowie sierpnia z Nazarbajewem spotkał się również… Dżeenbekow.

Wątek kazachstański przewijał się również później: w październiku prezydent Atambajew oskarżył północnego sąsiada o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Kirgistanu i popieranie Babanowa; skrytykował także Nursułtana Nazarbajewa za „kurczowe trzymanie się władzy przez dziesięciolecia”. Sytuacja eskalowała do tego stopnia, że Kazachstan zamknął właściwie granicę między oboma państwami (nie były to działania oficjalne, ale celnicy kazachstańscy tak spowalniani pracę, że powstały ogromne kolejki, w których stały między innymi transporty żywności z Kirgistanu; Biszkek w odpowiedzi złożył skargi do WTO i EUG).

Gospodarcza cena konfliktu jest dla obu stron wysoka, choć temperatura dyplomatycznego sporu zapewne szybko opadnie po wyborach.

W Kirgistanie oskarżenie o powiązania z Astaną nie są najgorszą obelgą – gorsze są zarzuty o związki z obalonym w wyniku rewolucji 2010 roku Kurmanbekiem Bakijewem (od czasu utraty władzy przebywa na emigracji). W czasie debaty wyborczej dwaj główni oponenci zarzucali sobie bliskie kontakty z jego synem, Maksimem, który zamieszany jest w największe skandale korupcyjne przypadających na lata 2005-2010 rządów ojca.

W niektórych kręgach zaczęto ponadto podkreślać „niekirgiskie” pochodzenie miliardera: jego mama, jak sam mówi, pochodzi z „narodu tureckiego”, choć wychowała się w Kirgistanie; niektórzy twierdzą, że jest Kurdyjką.

Kolejny cios wymierzony w Babanowa padł pod koniec września. To wówczas prokuratura generalna aresztowała jednego z jego zwolenników: Kanatbeka Isajewa, deputowanego do kirgistańskiego parlamentu. Oskarżono go przede wszystkim o „przygotowania do organizacji masowych zamieszek i siłowego przejęcia władzy”, co tak naprawdę było insynuacją, jakoby przewrót planował Babanow. Mając w pamięci dwie rewolucje, które na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat przetoczyły się przez Kirgistan, obalając dwa reżimy, te zarzuty brzmiały poważnie. Nawet sam prezydent Atambajew podsycał strach przed ewentualnym zamachem stanu: zrezygnował z udziału w szczycie głów państw WNP w Soczi ze względu na „fakt przygotowań do masowych zamieszek w dniu wyborów ze strony niektórych polityków z udziałem środowisk kryminalnych” (choć niektórzy żartowali, że powód absencji Atambajewa był inny: nie chciał on spotkać się z Nazarbajewem).

Babanowa oskarżano też o podsycanie nastrojów separatystycznych wśród mieszkających na południu kraju Uzbeków: ponoć chcąc się wkupić w łaski tamtejszej ludności, wspierał on finansowo uzbeckie organizacje młodzieżowe. Trzeba pamiętać, że po konflikcie etnicznym z 2010 roku sytuacja w kirgistańskiej części Doliny Fergańskiej wciąż jest napięta.

Na liście zarzutów były jeszcze te dotyczące korupcji (co przy skali jego interesów i powiązań biznesowych może być prawdą) oraz kupowania głosów (co również w Kirgistanie nie należy do rzadkości).


Wielki przegrany

Temir Sarijew jeszcze półtora roku temu był premierem i to on miał być mianowany przez rządzącą partię SDPK na kandydata w tych wyborach. Twarzą ugrupowania jest Atambajew, po którym spodziewano się namaszczenia szefa rządu na swojego następcę. Sarijew otrzymał jednak zaledwie niewiele ponad 3 procent głosów i zajął czwarte miejsce. Dlaczego?

Jakiś czas temu Sarijew poczuł się tak pewnie, że zrobił rzecz niewybaczalną: zaczął krytykować Atambajewa. Taka nielojalność spotkała się z szybką reakcją. W kwietniu 2016 roku na światło dzienne wypłynęły informacje o skandalu korupcyjnym, w który miał być zamieszany – chodziło o przyjęcie łapówki od chińskiej firmy w zamian za kontrakt na budowę drogi. Sarijew złożył dymisję, ale nie porzucił nadziei na prezydenturę.

W Biszkeku mówi się, że świadomy zbliżającej się porażki miał zabiegać o spotkanie z prezydentem Atambajewem: chciał zaoferować swoje poparcie Dżeenbekowi w zamian za stanowisko mera stolicy lub szefa Rosyjsko-Kirgistańskiego Funduszu Rozwoju. Wobec słabej pozycji Sarijewa do żadnego układu (a nawet spotkania) jednak najpewniej nie doszło. To jego drugie podejście do wyborów prezydenckich: w 2009 roku zdobył niewiele ponad 6 procent głosów. Teraz, gdy jego poparcie było jeszcze mniejsze, a światło dzienne ujrzały taśmy z rozmowy, w której prosił zagranicznych biznesmenów o pomoc, stracił coś ważniejszego – szacunek Kirgistańczyków, którzy z lubością szydzą z niego na łamach prasy i portali internetowych.

 

Kraj na dobrej drodze

Niezależna dziennikarka Bermet Beksultan stwierdziła, że były to pierwsze wybory prezydenckie w Kirgistanie po 1991 roku, w przypadku których trudno było przewidzieć, kto zostanie prezydentem. Nawet państwowa telewizja KTRK (de facto wspierająca Dżeenbekowa) w ostatnim tygodniu przed wyborami zaprezentowała sondaż, który zapowiadał drugą turę.

Ostatecznie Dżeenbekow uzyskał jednak ponad 54 procent głosów (przy niecałych 34 procent dla Babanowa) i rozstrzygnięcie przyniosła już pierwsza tura – to on zostanie prezydentem.

Gdzieniegdzie pojawiały się informacje, że przegrany będzie próbował podważać wyniki, że zaczyna organizować ludzi, aby wychodzili na mitingi (kojarzące się bardzo negatywnie, bo notorycznie organizowane za prezydentury Bakijewa), albo że chce uciec z kraju. Babanow odcinał się jednak od tych informacji i zaakceptował rezultat: dzień po elekcji podziękował swoim zwolennikom i podkreślił, że tym wyborom towarzyszyła prawdziwa konkurencja.

Te wybory na pewno przejdą do historii. Fakt, nie były zorganizowane idealnie: OBWE w swoim wstępnym raporcie z obserwacji zwróciła uwagę na pewne niedociągnięcia, na przykład na wykorzystywanie zasobów administracyjnych czy proceder kupowanie głosów; w ogólnej konkluzji stwierdzono jednak, że elekcja była „dobrze zorganizowanym przekazaniem władzy przez jednego wybranego w wyborach prezydenta drugiemu”.

Wybory potwierdziły stabilizację systemu. Z jednej strony były zacięte, towarzyszyło im wyciąganie brudów i czarny pijar; z drugiej jednak strony odzwierciedliły preferencje wyborców, będąc kolejnym etapem w rozwoju kirgistańskiej demokracji – jakby na przekór zachodnim wyobrażeniom, w których dominuje nacechowany orientalizmem obraz Kirgistanu jako pełnego zagrożeń dzikiego kraju. Zdaje się, że pomimo licznych problemów państwo to jest na dobrej drodze.

 


Oliwia Piskowska jest doktorantką na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW oraz kierownikiem finansowanego przez Narodowe Centrum Nauki projektu badawczego dotyczącego postrzegania mocarstw i ich rywalizacji w kirgistańskim dyskursie publicznym.

 


Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu