Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski są małżeńsko-pisarskim duetem. Interesują się kulturą i historią krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz Rosji. Publikowali m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Nowej Europie Wschodniej”, „National Geographic”, „Polityce”, regularnie współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy Naukowców spod czerwonej gwiazdy (PWN, Warszawa 2016) oraz Grażdanina N. N. (PWN, Warszawa 2017).  

Р (R) jak rewolucja
2017-11-05
Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

Nasz gość i przyjaciel, moskiewski profesor historii medycyny, lekarz, Siergiej Glancew, opisał koniec państwa radzieckiego, będący, w jego mniemaniu, rewolucją. W stulecie rewolucji bolszewickiej zamieszczamy ten oryginalny, niepublikowany wcześniej tekst na blogu i ściskamy w ręku „krzyżyk papieski”, bowiem przeszedł w nasze – Marty Panas-Goworskiej i Andrzeja Goworskiego – ręce. 

 

Siergiej Glancew

Krzyżyk papieża

Ta historia bardziej przypomina legendę. A jednak...

Latem 1991 roku pracowałem jako adiunkt w Instytucie Chirurgii imienia Wiszniewskiego w Moskwie i przygotowywałem habilitację[1] poświęconą leczeniu ropiejących ran za pomocą opatrunków. Doskonale pamiętam ranek 19 sierpnia, kiedy podczas śniadania włączyłem telewizor i zamiast wiadomości na ekranie zapląsały malutkie łabędzie z baletu Piotra Czajkowskiego Jezioro łabędzie[2].

W pracy coś się zaczęło wyjaśniać. Tam też usłyszałem akronim GKCzP[3], który na razie nic mi nie mówił. Wieczorem wraz z przyjacielem pojechaliśmy pod Radę Najwyższą ZSRR. Biały dom, bo tak wszyscy nazywali to miejsce, miał być otoczony przez wojsko, a dookoła niego, w celu jego obrony, zebrali się jakoby moskwiczanie. I rzeczywiście, dookoła wielkiego budynku na Nabrzeżu Krasnopriesienskim dostrzegliśmy tłumy. Niektórzy ot tak, podchodzili z ciekowości, jacyś ludzie krzyczeli i wymachiwali trójkolorową rosyjską flagą, inni wznosili z czego się dało barykadę. W tym momencie przez tłum próbował przejechać transporter opancerzony. Później dowiedzieliśmy się, że była to maszyna generała Lebiedia.

Nocą z 19 na 20 wróciłem do siebie, do hotelu asystenta, ale następnego dnia wieczorem znów udałem się na stację metra Barikadnaja[4], zawczasu napisawszy w pracy notatkę, że jutro, a możliwe też, że i pojutrze do instytutu nie przyjdę. Na miejscu odnalazłem ulokowany na tyłach Białego Domu spontanicznie powołany punkt medyczny i zgłosiłem się do jego szeregów.

Minął dzień i nastała noc, kiedy to z lękiem oczekiwaliśmy szturmu. Wolno płynęły godziny i w końcu nastał ranek. Bóg przeniósł nasz kielich mimo[5] i mogliśmy nieco odpocząć. Słońce już mocno świeciło, gdy w wejściu naszego zaimprowizowanego punktu medycznego, poprzedzielanego prześcieradłami, oddzielającymi jedną salkę opatrunkową od drugiej, pojawiła się wysoka, by tak rzec ładna kobieca postać w wojskowym mundurze z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Od razu wywołała powszechne zainteresowanie. I nie tyle kolorem swego odzienia, bowiem to jednoznacznie kojarzyło się z czasami sprzed pół wieku, ale liczbą bojowych orderów i medali błyszczących na jej piersi. Kobieta przedstawiła się prosto: „Jestem wojennym felczerem! Nazywam się Polina Pietrowna, ale można zwyczajnie – Poldi. Będę razem z wami dyżurować”. I tak oto poznałem Apolinarię Pietrowną Chrapacz, ale nazywaliśmy ją zgodnie z jej życzeniem Poldi.

Cały kolejny dzień my, młodzi mężczyźni i kobiety z opaskami z czerwonym krzyżem na ramieniu, wsłuchiwaliśmy się w opowieści Poldi o jej młodości i latach spędzonych na froncie. Podczas wojny była felczerem i walczyła w polskiej dywizji imienia Kościuszki, z której stworzono potem wojsko polskie. Jej mąż zginął na froncie i już więcej z nikim się nie związała. Dowiedzieliśmy się też, że po wojnie zajmowała się sprawami społecznym i działała w jakiejś organizacji kombatanckiej, na czele której stał generał pułkownik Dragunski. Oświadczyła nam, że jest przeciwniczką wszystkich rewolucji, ale dowiedziawszy się, że pod Białym Domem zebrały się dziesiątki tysięcy ludzi, możliwy jest szturm, którego efektem byłaby duża liczba ofiar, przywdziała mundur z orderami i udała się do nas.

Zajęci rozmowami nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy nastał wieczór. Chwała Bogu, wszystko się udało. Zwyciężyliśmy i 22 sierpnia o piątej rano pierwszy Prezydent[6] nowej Rosji, Boris Nikołajewicz Jelcyn podpisał odezwę do stojących wokół Parlamentu wiele dni i nocy ludzi, winszował im zwycięstwa i gratulował męstwa.

Później my obrońcy budynku od strony ulicy Roczdiel’skoj, wielokrotnie spotykaliśmy się pod różnymi moskiewskimi adresami. Gościliśmy także w małym, jednopokojowym mieszkanku Poldi na Strogino[7]

Minęło trochę czasu i Polina Pietrowna zaprosiła mnie w gości. Była Wielkanoc. Otwierając drzwi, pozdrowiła słowami „Christos woskresie!”[8] i poprowadziła do kuchni, gdzie stał nakryty stół. Wchodząc do mieszkania, na mgnienie oka coś skupiło moje spojrzenie, ale w półmroku korytarza nie mogłem się zorientować, co. Dopiero w oświetlonej kuchni dostrzegłem na piersi gospodyni... mały drewniany krzyżyk z metalową figurka Chrystusa! W odpowiedzi na moje pełne zdziwienia pytanie, Poldi roztoczyła niesamowita historię, którą – jeśli się w nią nie uwierzy – należałoby uznać za bajkę.

– Pamiętacie Siergieju Pawłowiczu, jak pod Białym Domem opowiedziałam wam, jak razem z Polakami walczyłam przeciw faszystom? – rozpoczęła Apolinaria Chrapacz. – Tak więc już po latach dostałam z Polski zaproszenie na spotkanie kombatantów naszej dywizji. Przysłał je generał... – podała mi jego nazwisko, ale niestety je zapomniałem – który podczas wojny był młodym pułkownikiem, i którego kiedyś leczyłam z ran. W latach siedemdziesiątych zajmował ważne stanowisko w wojskowej akademii medycznej w Warszawie[9]. Wdzięczna przyjęłam to zaproszenie. Pamiętam dużą salę i tłum gości. Ten generał podszedł, podziękował, że przyjechałam i rzekł „Pani Polino, w pokoju przyjęć czeka na panią ktoś, to mój...” – i tu nazwała jego powinowactwo względem generała, nie pamiętam już, czy był to jego znajomy, czy też członek rodziny. – „I on chce się z panią spotkać. Nie czekajcie, idźcie”. Wówczas zapytałam „Dlaczego?”. Wojskowy odparł „Rzecz w tym, że jest on duchownym, kardynałem, a wy – komunistką! I nie wie, jak na niego zareagujecie”. Odrzekłam, że też chciałabym się z nim spotkać i go poznać. Wówczas generał podprowadził mnie do niewysokiego człowieka w szkarłatnej sutannie i birecie tejże barwy. Nieznajomy uśmiechał się bardzo sympatycznie, a na jego piersi dostrzegłam krzyż. Przedstawił się i rozmawialiśmy godzinę czy półtorej. Dobrze mówił po rosyjsku, ja trochę rozumiałam po polsku. Kiedy czas już było się żegnać, mój rozmówca pobłogosławił mnie i podarował na pamiątkę niewielki drewniany krzyżyk[10], który od tamtych czasów zawsze zakładam podczas Wielkanocy.” – słuchałem nieprzerywając, ale najciekawsze było jeszcze przede mną. – I tu wyobraźcie sobie –kontynuowała Poldi, częstując mnie przy tym domowymi smakołykami – Pewnego razu oglądam telewizor, a tam mój znajomy! Ten sam duchowny. Okazało się, że wybrali go... papieżem! Byłam porażona. Wszystko się zgadzało. Pamiętałam, że kardynała nazywali Karolem, a nazwisko – to Wojtyła! Jego podarunek od tego czasu przechowuję ostrożnie i nazywam krzyżykiem papieża.

Ta prosta opowieść tak mnie poraziła, że już potem nie jeden raz opowiadałem ją swym przyjaciołom i znajomym, zawsze spotykając się z taką samą, pełną zdziwienia i zachwytu, reakcją.

A koniec całej tej historii jest smutny i świetlisty jednocześnie.

Pewnego razu Poldi zadzwoniła do mnie do pracy: „Siergieju Pawłowiczu, jestem w szpitalu. Mam krwawienie z przewodu pokarmowego i moi lekarze proszą, żebyś przyjechał!”.

Wziąłem taksówkę i pojechałem do lecznicy na obrzeżach Moskwy. Rozmówiłem się z chirurgami i dowiedziałem, że u Poldi postawiono diagnozę raka tej części żołądka, która graniczy z przełykiem, oraz że takich operacji nie wykonują. Miejscowi medycyn poprosili mnie, żebym spróbował przenieść pacjentkę do mojego ośrodka. Zadzwoniłem do naszego głównego lekarza, Borisa Nikołajewicza Warawe, ustaliłem z nim przenosiny Poldi i karetką zawiozłem ją do Instytutu Wiszniewskiego. Po drodze chora dostała krwotoku i straciła przytomność, więc od razu z izby przyjęć zawieźliśmy ją na blok operacyjny.

Poldi operował najlepszy chirurg jamy brzusznej w instytucie, profesor Wiktor Siergiejewicz Pomiełow, a ja mu asystowałem. Ku naszemu zdziwieniu chora nie miała raka, a marskość wątroby. Krwawiły zaś wielkie na palec żylaki przełyku, które szpitalni lekarze przyjęli za bulwiaste guzy nowotworowe. I w czasie, gdy podwiązywaliśmy naczynia i tamowaliśmy krwotok, zwięźle opowiedziałem profesorowi historię pacjentki, z zaznaczeniem jej wojennej przeszłości, wspomniałem o znajomości z Janem Pawłem II, oraz dodałem, że mimo siwych włosów na głowie, pozostała wierna frontowym zwyczajom, przedkładając nad wino mocniejsze trunki.

Operację zakończyliśmy, ale wyleczyć Poldi nam się nie udało. Po kilku dobach nieodzyskawszy świadomości zmarła z powodu niewydolności wątroby. Ciężko to przeżyłem, tym bardziej, że mój pośpiech z przenosinami do instytutu mógł przyspieszyć tragiczny finał. Tłumaczyłem sobie tylko, że przy tak zaawansowanej marskości, uratować moją znajomą mogła tylko transplantacja wątroby, a tej w owych czasach jeszcze nie umieliśmy robić.

Ale i to, jak mawiał niezapomniany baron Münchhausen, jeszcze nie koniec.

Kiedy przyszedłem na czterdziesty dzień po śmierci[11], w mieszkaniu Poldi zebrali się jej bliscy, a siostra zapytała mnie, czy nie zechciałbym wziąć sobie czegoś na pamiątkę po zmarłej. Obejrzałem skromny, wysprzątany pokój i dostrzegłem na komodzie wazon, na który był nałożony ten samym krzyżyk papieża, którego historia tak mnie poraziła.

– A mogę wziąć... o to? – wskazałem na wazę.

– Oczywiście! – potwierdziła siostra Poldi, nie rozumiejąc, dlaczego właśnie drewniany krzyżyk z Chrystusem przypadł mi do gustu.

Od tej poru to ja go przechowuję jako drogie mi relikwia mojej rewolucyjnej młodości, ale też na pamięć o niesamowitej Poldi i jej niecodziennym znajomym, polskim kardynale Karolu Józefie Wojtyle, dwieście sześćdziesiątym czwartym papieżu Janie Pawle II, jednym z najmłodszych w historii Watykanu, pierwszym po 455 latach niewłoskim papieżu i pierwszym – ze słowiańskiej ziemi.

Siergiej Glancew

doktor medycyny, profesor

Moskwa-Warszawa, 5 października 2017 r.

 

Przekład z rosyjskiego i komentarze

Andrzej Goworski

 

[1] W oryg. „doktorskuju dissertaciju” – w Rosji oraz krajach poradzieckich stopień kandydata nauk odpowiada naszemu doktorowi nauk, a stopień doktora – doktorowi habilitowanemu (historia tej nomenklatury sięga korzeniami czasów carskich).

[2] Potwierdzają to również inni obserwatorzy, vide Anna Dolgov, Ukrainian ballerinas performed the Swan Lake ballet in protest of President Vladimir Putin, The Moscow Times, 2014, 1 maja, https://themoscowtimes.com/articles/ukrainian-ballerinas-turn-swan-lake-into-subversive-anti-putin-performance-34907 (dostęp: 2017.02.06).

[3] Gosudarstwiennyj Komitiet po Czeriezwyczajnomu Położeniju w SSSR (GKCzP) – powołany 18 sierpnia 1991 roku w celu zachowania sowieckiego status quo.

[4] Stacja na linii Tagańsko-Krasnopriesnieńskiej. W czasie rewolucji 1905 roku znajdowały się w okolicy barykady. Znajduje się w odległości ok. 1 km od Białego Domu.

[5] W oryg. „Gospod’ pronies naszu czaszu mimo” – najprawdopodobniej aluzja do dwóch pierwszych wersów wiersza Anatolija Bołytenko (ur. 1936 r. białoruski poety chrześcijański), pod tytułem Wielkość śmierci i zmartwychwstania:

Bóg nie przeniósł kielicha cierpienia mimo /

I Jezus zgodził się ze swym losem, [...].

[6] Zachowano pisownię wielką literą oryginału.

[7] Obrzeżna dzielnica Moskwy przy tzw. drugim kol’cu, czyli Moskiewskiej Obwodnicy Samochodowej, graniczy z Krasnogorskiem.

[8] „Chrystus zmartwychwstał!” – pozdrowienie wypowiadane przez prawosławnych w czasie Wielkanocy, odpowiada się nań Woistinu woskresie! (Prawdziwie zmartwychwstał!).

[9] Wojskowa Akademia Medyczna miała swoją siedzibę w Łodzi. Najprawdopodobniej chodzi tu o warszawski Wojskowy Instytut Medyczny z Centralnym Szpitalem Klinicznym Ministerstwa Obrony Narodowej, który był kliniczna bazą łódzkiej uczelni.

[10] W oryginale „raspjatije”– krucyfiks.

[11] W org. „sorokowiny” – czterdziesty dzień lub „szestiny” czyli sześć tygodni od śmierci; u prawosławnych ponowne uroczyste pożegnanie, wspominanie, zmarłego na pamiątkę czterdziestu dni, które Jezus spędził po śmierci między apostołami.

W poprzedniej odsłonie Sowieckiego alfabetu – П (P) jak prezerwatywy


Polecamy inne artykuły autora: Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu