Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rewolucja październikowa a sprawa polska
2017-11-06
Kaja Puto, Mariusz Wołos

Dziś mija 100 lat od przewrotu bolszewickiego. O roli, jaką w rewolucji odegrali Polacy, opowiada prof. Mariusz Wołos: „Polacy stanowili jedną z najaktywniejszych grup narodowościowych biorących udział w tych wydarzeniach. Łatwo to zrozumieć”.

Rozmowa ukazała się w numerze 5/2017 „Nowej Europy Wschodniej”.

 

KAJA PUTO: O stuleciu rewolucji październikowej w Polsce mówi się niewiele – pamiętamy oczywiście, że wydarzenie to wpłynęło na naszą historię, ale traktujemy je raczej jako bunt, który miał miejsce w kraju sąsiada. A przecież w 1917 roku to właśnie w granicach Imperium Rosyjskiego leżała większa część późniejszej niepodległej Polski. Czy powinniśmy traktować rewolucję jako część swojej historii?

MARIUSZ WOŁOS: Zdecydowanie tak, i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że czynnie lub biernie – czy jak kto woli: chcąc lub nie chcąc – uczestniczyły w niej masy Polaków mieszkających na terenie imperium. Po drugie, czy komuś się to podoba, czy nie – wydarzenia rewolucyjne, a następnie zaistnienie Związku Sowieckiego, odcisnęły wyraźne piętno na naszej historii. Większość ludzi skojarzy to z PRL, państwem satelickim ZSRS, ale należy pamiętać, że Związek Sowiecki był obecny w polskiej polityce permanentnie już od 1918 roku, to jest od powstania II RP. Nie zgodzę się natomiast z tezą, że stulecie rewolucji październikowej przejdzie u nas bez echa: sam uczestniczę w dwóch inicjatywach związanych z tym tematem. Jest to duża konferencja naukowa organizowana przez Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie wraz z Instytutem Pamięci Narodowej oraz poświęcenie rewolucji jesiennego numeru „Dziejów Najnowszych”. Dla historyków to krok w kierunku powrotu do badań nad polskim ruchem komunistycznym, które to badania w ostatnich dziesięcioleciach były mocno zaniedbane: po upadku PRL podjęto inne tematy, historią komunizmu wszyscy byli znudzeni.

 

Wspomina Pan, że w rewolucji uczestniczyły masy Polaków. O jakich liczbach mówimy?

Z badań profesora Aleksandra Kochańskiego wynika, że aktywnie angażowało się w rewolucję od 20 tysięcy do 30 tysięcy Polaków. Trudno ocenić, czy to dużo, czy mało. Z jednej strony mało, bo w 1917 roku na terenie Imperium Rosyjskiego mieszkało około dwóch, trzech milionów Polaków. Z pewnością jednak Polacy – poza Rosjanami, Ukraińcami, Białorusinami i Żydami – stanowili jedną z najaktywniejszych grup narodowościowych biorących udział w tych wydarzeniach. Łatwo to zrozumieć, kiedy postawimy się na miejscu polskiego chłopa wziętego do armii rosyjskiej na przykład z terenów dzisiejszej Ukrainy czy Litwy, który napotyka na swojej drodze bolszewików i słyszy, że otrzyma od nich ziemię należącą do pana i nie będzie już musiał gospodarzyć na jakimś marnym spłachetku. Chłopi stanowili około 75-80 procent mieszkańców Imperium Rosyjskiego i zdecydowana większość z nich nie była zadowolona z ustroju i z warunków, w jakich przyszło im żyć, a które kontrastowały z poziomem życia nielicznych przedstawicieli ziemiaństwa czy arystokracji. Chłopską złość było widać już podczas rewolucji lat 1905-1907, kiedy dochodziło do mordowania ziemian czy podpalania pałaców. Bolszewicy obiecywali tymczasem chłopom, że położą kres ich zniewoleniu. Niestety ich zapewnienia okazały się później tylko sloganami.

Entuzjaści propagandy bolszewickiej nie musieli być więc wcześniej związani z ruchem rewolucyjnym. To samo dotyczy zresztą polskich oficerów. Profesor Jakub Wojtkowiak w swoich badaniach nad Polakami w szeregach Armii Czerwonej słusznie zwrócił uwagę, że wielu polskim oficerom czy podoficerom z armii rosyjskiej bolszewicy wydawali się jedyną siłą, która mogłaby skutecznie powstrzymać postępującą anarchizację państwa rosyjskiego. To kolejny dowód na to, że historia nigdy nie jest czarno-biała.

 

Liczba 20-30 tysięcy polskich rewolucjonistów to i tak mało, zważywszy na intensywność propagandy bolszewickiej.

Tak, ta propaganda była bardzo skuteczna od samego początku. Sączono ją rozmaitymi kanałami: wykorzystywano prasę, ale i grupy agitatorów, którzy byli wysyłani w najodleglejsze zakątki Imperium Rosyjskiego. W najmniejszych wioskach organizowali wiece, na których głosili swoje hasła i odezwy przygotowane przez rewolucyjne władze. Dla części polskich chłopów propaganda ta nie była jednak atrakcyjna ze względu na swój antyreligijny, antykościelny charakter. Nie była też wystarczająco atrakcyjna dla Polaków mieszkających w innych zaborach. Chłopów uwłaszczono tam wiele dziesięcioleci wcześniej, w połowie XIX wieku; stąd niekiedy ich majątek – jak w zaborze pruskim – był całkiem niemały. Obawiali się, że bolszewicy im tę własność odbiorą, choć na samym początku nie było o tym mowy. Inny był wszak stosunek komunistów do chłopów bogatych, inny do biednych.

 

A jak odbierali rewolucję polscy działacze polityczni? Rewolucję popierano wyłącznie z pobudek ideologicznych czy postrzegano ją również na przykład jako walkę z carem?

Oczywiście, wielu ludzi dalekich od komunizmu popierało te zmiany, widziało w nich drogę do lepszej rzeczywistości. Nie chodziło nawet o walkę z carem, bo ten abdykował już w pierwszych dniach rewolucji lutowej, a o postrzeganie w rewolucyjnych zmianach szansy na oderwanie się od całego zła carskiej Rosji. Bolszewików traktowano również jako mniejsze zło: weźmy chociażby Józefa Piłsudskiego, który w kluczowym okresie rosyjskiej wojny domowej wstrzymał ofensywę przeciwko Armii Czerwonej. Było to jesienią 1919 roku, kiedy białe armie były bliskie zajęcia Piotrogrodu i Moskwy. Powrót dawnej Rosji mógłby, zdaniem Piłsudskiego, oznaczać dla sprawy polskiej poważną klęskę. W rewolucyjnej anarchii upatrywano szansy na umocnienie państwa polskiego.

 

Białej Rosji obawiali się piłsudczycy, ale endecy patrzyli na to zapewne inaczej.

Tak, Rosja kojarzyła im się zupełnie odmiennie. Endecy uważali, że państwo polskie może istnieć w oparciu o Rosję. Nie byli stronnikami bolszewików, na przejmowanie władzy przez komunistów patrzyli jednak z pewną ciekawością. Niektórzy z nich swoje prorosyjskie sympatie przenieśli później na państwo rządzone przez Lenina i jego następców. W pierwszych latach po rewolucji, kiedy nawiązano już stosunki dyplomatyczne z Moskwą, niektórzy endecy i ich stronnicy próbowali na prorosyjską nutę ugrać coś dla siebie. Pisałem o tym w książce O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym: dyplomacja sowiecka wobec Polski w okresie kryzysu politycznego 1925-1926 (Kraków 2013).

 

Również na polskiej lewicy nie było zgody co do oceny rewolucji. Niektórzy polscy komuniści byli w nią mocno zaangażowani, by wspomnieć chociażby utworzenie Rewolucyjnego Czerwonego Pułku Warszawskiego; inni – jak Julian Marchlewski czy Róża Luksemburg – spoglądali raczej w stronę niemieckich komunistów, nie wierzyli w sukces rewolucji w zacofanej Rosji. Skąd te podziały?

Sięgały one jeszcze XIX wieku. Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, a później Komunistyczna Partia Polski miały wyraźny kłopot z ustosunkowaniem się do swojej partyjnej poprzedniczki, czyli Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy. SDKPiL oskarżana była właśnie o „luksemburgizm”, przez ten pryzmat zresztą na polskich komunistów z rosnącą podejrzliwością patrzył na przykład Stalin. Później, w 1926 roku, wściekł się na postawę polskich towarzyszy, którą nazywa się czasami „błędem majowym”. Ich poparcie dla przewrotu majowego przesądziło o negatywnym podejściu Stalina do nich, co znalazło później straszny wyraz między innymi w wymordowaniu większości polskich komunistów w okresie wielkiego terroru. W łonie PPS-Lewicy nie było natomiast zgody co do tego, jak ustosunkować się do niepodległości Polski. Te podziały sprawiły, że w efekcie nie powstało coś, co moglibyśmy nazwać „polską drogą do komunizmu”. To, co ostatecznie poznaliśmy pod hasłem komunizm, było wizją bolszewicką.

 

Czyli można powiedzieć, że największą osią konfliktu na polskiej lewicy był wówczas spór między internacjonalizmem a niepodległością.

Tak. Polski socjalizm głównego nurtu – który kojarzymy dziś z nazwiskami Piłsudskiego czy Leona Wasilewskiego – był jednak socjalizmem niepodległościowym. Jego zwolennicy sądzili, że najpierw należy odzyskać niezależność, a dopiero później będziemy myśleć o tym, jak wprowadzić ustrój socjalistyczny.

 

Czy stosunki polskiej i rosyjskiej lewicy byłyby lepsze, gdyby to mienszewicy lub eserowcy przejęli w Rosji pałeczkę?

Trudno na ten temat spekulować, nie ulega jednak wątpliwości, że mienszewicy byli podobni do naszych socjalistów głównego nurtu, a ich współpraca była bardzo wyraźna, by wspomnieć chociażby relacje polskich i gruzińskich socjalistów [mowa tu o mienszewickim rządzie Noego Żordanii, wygnanym z Gruzji przez bolszewików w 1921 roku – przyp. K.P.]. Z drugiej strony można byłoby postawić kontrfaktyczną tezę, że i w tym przypadku nacjonalizm – tak jak w ZSRS za rządów Stalina – wziąłby górę.

 

Skupiliśmy się w naszej rozmowie na obywatelach Imperium Rosyjskiego. Ciekawi mnie również, jak rewolucję postrzegał ruch komunistyczny w innych zaborach.

Z dużą wstrzemięźliwością. Jeśli chodzi o zabór pruski, tam komórek komunistycznych niemal w ogóle nie było, powstały na tym terenie dopiero w okresie międzywojennym, ale i wówczas były bardzo słabe. Z kolei w Galicji dominującą siłą po lewej stronie sceny politycznej była Polska Partia Socjalno-Demokratyczna Galicji i Śląska Cieszyńskiego z działaczami takimi jak Ignacy Daszyński czy Herman Lieberman, która należała do nurtu socjalizmu niepodległościowego.

 

Czy Polscy historycy spierają się dziś co do roli, jaką rewolucja październikowa odegrała w historii Polski?

Jeśli chodzi o jej ostateczną ocenę, sporów raczej nie ma: panuje zgoda co do tego, że przejęcie władzy przez bolszewików wpłynęło na dalsze losy Polski i był to wpływ z wielu względów bardzo negatywny – przede wszystkim dlatego, iż ZSRS miał wobec Polski agresywne zamiary i je zrealizował. Nie ma też wątpliwości, że dojście do władzy Lenina i jego kompanionów, początkowo źle przyjęte przez państwa zwycięskiej i decydującej o budowie nowego porządku światowego ententy, było jedną z przyczyn odzyskania przez Polskę niepodległości. Inna rzecz, że w tym kontekście akcentujemy raczej znaczenie rewolucji lutowej, bo to wtedy zapadły decyzje, które odblokowały sprawę polską na arenie międzynarodowej. Spieramy się natomiast o nazewnictwo. Myślę tu nie tylko o historykach polskich, ale i o naszych rosyjskich kolegach i koleżankach. Na początku sami bolszewicy nazywali październikowe wydarzenia „przewrotem bolszewickim”, potem głównie ze względów propagandowych ukuto nazwę „wielka rewolucja październikowa”. Z kolei dziś w Rosji pojawiło się określenie łączące wydarzenia z lutego i października 1917 roku, a nawet ich następstwa z wyraźnym zamiarem sprowadzenia do wspólnego mianownika – „wielka rosyjska rewolucja”. Dodajmy, że użyto w nim przymiotnika russka, a nie rossijska. Mamy tu więc do czynienia z podkreślaniem etnicznego, narodowego, a może nawet nacjonalistycznego wymiaru rewolucji. To ciekawe zmiany i warto się przyglądać, co Rosja z tym stuleciem rewolucji uczyni.

 

Tym bardziej że Rosja Władimira Putina ma z rewolucją problem: z jednej strony historia ZSRS wprzęgnięta jest w opowieść o wielkiej, imperialnej Rosji, z drugiej – był to jednak bunt przeciwko władzy, a to już nie jest aż tak godne pochwał.

To prawda. Jeden z bliskich współpracowników Putina, Wiaczesław Nikonow (wnuk Mołotowa) napisał nawet książkę Kruszenie Rossii. 1917, której wymowa jest jednoznaczna: to ostrzeżenie przed buntem przeciwko władzy, skutkującym osłabieniem, a nawet rozpadem państwa, zawsze godzącym w „rosyjską państwowość”. Można to wszystko, o czym w tej chwili rozmawiamy, ująć żartobliwie: rosyjski orzeł ma dwie głowy, a każda z nich odwrócona jest w inną stronę.

 

Polski orzeł ma co prawda tylko jedną głowę, ale wydaje mi się, że Polacy również mają z rewolucją problem. Z jednej strony potępiamy konsekwencje, do których doprowadziła rewolucja, z drugiej – uwielbiamy zrywy przeciwko zaborcom, więc w polskiej martyrologii powstań narodowych powinno znaleźć się miejsce również dla rewolucji.

Jako historycy właściwie je znajdujemy, przy czym – jak wspomniałem – podkreślamy raczej dobrodziejstwo rewolucji lutowej niż przewrotu październikowego. To właśnie wtedy zaistniały w Rosji znacznie lepsze warunki dla rozwoju polskiego ruchu niepodległościowego, na Wschodzie zaczęły się formować szeregi polskiego wojska, jakże przydatne w obronie i umacnianiu niepodległości. Myśląc o rewolucji w kontekście kwestii polskiej, winniśmy o tym pamiętać i nie oddzielać rewolucji od naszej historii.


Rozmowa ukazała się w numerze 5/2017 „Nowej Europy Wschodniej”.


Mariusz Wołos jest historykiem i eseistą, profesorem Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie i Instytutu Historii PAN w Warszawie. Autor między innymi książki O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym (Kraków 2013).

Fot. Yakov Vladimirovich Steinberg


Polecamy inne artykuły autora: Kaja Puto
Polecamy inne artykuły autora: Mariusz Wołos
Powrót
Najnowsze

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Między sojuszem a rywalizacją

28.11.2017
Jakub G. Gajda
Czytaj dalej

Walka z Ukrainą i czasem

24.11.2017
Tadeusz Iwański
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu