Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem
2017-11-10
Marek Radziwon, Siergiej Kowalow

Pod patronatem NEW w Wydawnictwie Czarne ukazała się książka Marka Radziwona Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem. Prezentujemy fragment rozmowy z legendarnym rosyjskim dysydentem.

 

Żyliśmy zgodnie z zasadą: rób, co uważasz, a będzie, co będzie

Marek Radziwon: Co o gęstniejącej atmosferze politycznej w Związku Radzieckim w połowie lat sześćdziesiątych myśleli pańscy znajomi ze środowiska naukowego?

Siergiej Kowalow: Odbyłem wtedy bardzo interesującą rozmowę z Nikołajem Nikołajewiczem Siemionowem, naszym wielkim chemikiem, noblistą. Poznaliśmy się dzięki Tatianie Julijewnie Chariton, córce Julija Borisowicza, jednego z najwybitniejszych radzieckich fizyków jądrowych. Tatiana była z wykształcenia historykiem, ale została laborantką. Możemy więc powiedzieć, że przy wyborze studiów i zawodu byłem trochę od niej mądrzejszy. Mówiłem już panu, że jako uczeń starszych klas myślałem o prawie i historii, ale podjąłem słuszną w moim pojęciu decyzję, że będę się zajmować naukami ścisłymi, bo jeśli zajmę się prawem albo historią, to przez całe życie będę musiał uprawiać intelektualną prostytucję. Wprawdzie w 1948 roku, kiedy kończyłem szkołę, nauki ścisłe sprawiły mi niemiłą niespodziankę: akurat wtedy odbyła się sesja w Akademii Nauk Rolniczych i szybko zrozumiałem, że genetyka to też polityka. Potem przyszedł kolejny cios – sesja pawłowowska w 1950 roku. Straszny jest kraj, w którym mogą się dziać takie rzeczy. Z drugiej strony, proszę mi pozwolić na ogólniejsze spostrzeżenie, mam wrażenie, że tutaj rosną ludzie myślący niekiedy głębiej niż ci, którzy od pokoleń mieszkają w bezpiecznych demokracjach.

Ale do rzeczy: Tania Chariton miała w rzeczywistości na imię Wiktoria, ale stwierdziła, że rodzice dali jej złe imię, i uparła się, żeby ją nazywać Tania. Pracowała w naszym laboratorium, stworzonym przez wybitnego matematyka Izraela Gelfanda. Zaprzyjaźniliśmy się. Tania Chariton była żoną Jury Siemionowa, syna właśnie Nikołaja Nikołajewicza Siemionowa. Tak się poznaliśmy. Nikołaj Nikołajewicz cenił mnie i moich przyjaciół jako młodych uczonych i chyba w ogóle darzył nas pewną sympatią.

 

To w ogóle największe nazwiska nauki światowej tamtej epoki!

Pierwszy bliższy kontakt z Nikołajem Nikołajewiczem, wówczas już laureatem Nobla od ładnych paru lat, nawiązaliśmy, kiedy pisaliśmy dla niego artykuł. Pisaliśmy my, zaraz powiem kto, ale pod artykułem widniały nie nasze nazwiska, tylko jego. Wie pan, jak swego czasu Lew Landau mawiał o pracy z Jewgienijem Lifszycem nad ich wspólnym podręcznikiem fizyki teoretycznej? Dwóch wielkich guru fizyki kwantowej! Landau żartował, przyznajmy, że niesprawiedliwie: „Nie napisałem tam ani jednego słowa, ale nie ma tam ani jednej myśli, która nie należałaby do mnie”.

Nasza współpraca z Siemionowem wyglądała nieco inaczej. Było nas trzech: znany już panu Lewon Czajłachian, Misza Birkenblit i ja. I we trzech strasznie długo ślęczeliśmy nad tym tekstem atakującym Łysenkę, pytaliśmy o wskazówki Nikołaja Nikołajewicza, omawialiśmy z nim każdy napisany fragment. Grał rolę srogiego kontrolera dbającego o wysoką jakość produktu. Okropnie był czepialski, zadawał ostre, drobiazgowe pytania, trzeba było na nie odpowiadać, a przecież nie specjalizowaliśmy się w genetyce, choć byliśmy jednak dość rozgarniętymi biologami i mieliśmy już epizod z wystąpieniami przeciwko Łysence. Myślę, że Siemionow nawet chciał, żeby jego asystenci nie byli genetykami. Potrzebował po prostu rozsądnych młodych ludzi. Zorientowanych w swojej dziedzinie, umiejących myśleć, poważnie traktujących standardy naukowe. Słowem, współautorów spełniających wymagania, jakie stawia przed nami nauka, panujących nad materią, o której piszą, i jednocześnie takich, którzy nie utoną w analizowaniu zbyt wąskich, specjalistycznych kwestii. Miał to być przecież artykuł bardzo poważnego uczonego, ale trzymającego się trochę z boku, obiektywnego, niezaangażowanego w dawne burzliwe dyskusje, człowieka, którego nie dotknęły represje wobec nauki z 1948 roku. W końcu napisaliśmy ten tekst, zawodowi genetycy, na przykład Josif Rapoport i bodaj Walentin Kirpicznikow, nie byli nawet naszymi konsultantami, ale surowymi recenzentami, i muszę się pochwalić, nie mieli żadnych uwag.

Rownież Siemionow nie zmienił w tekście ani słowa, a jednocześnie był jego pełnowartościowym autorem, człowiekiem nadającym ton całości. Zresztą wszystko to robiliśmy dla jednego i jakby pod jednego autora – dla noblisty, członka prezydium Akademii Nauk ZSRR, kandydata na członka KC KPZR. Współautorstwo młodych badaczy znacznie obniżyłoby rangę publikacji i wyglądałoby tak, że staruszek podrzucił robotkę asystentom i potem wystawił młodziaków, bo sam nie chciał się tym zajmować. Później oczywiście tekst został trochę popsuty cytatami z filozofii marksistowsko‑leninowskiej, więc to, że nasze autorstwo pozostało anonimowe, było mi nawet na rękę. Tę niewielką korektę filozoficzną, która moim zdaniem pasowała tu jak pięść do nosa, nanosiła grupka filozofów z Jurą Siemionowem na czele. „Subiektywnie uczciwi”, mówiło się o takich, zresztą wtedy to byli ludzie mi nieznani. Jura, nawiasem mówiąc, ciężko znosił to swoje filozofowanie lekkomyślnie wybrane w młodości.

A potem zaczęła się prawdziwa epopeja, zupełnie tragikomiczna historia, z publikacją tego artykułu, z takimi postaciami jak przewodniczący KGB Siemiczastny. Zaraz to wszystko opowiem, będzie pan miał charakterystykę tamtego czasu.

W taki oto sposób narodziła się moja bliska znajomość z Nikołajem Nikołajewiczem Siemionowem. Właściwie nawet prawdziwa przyjaźń, mimo że Siemionow był ode mnie dwukrotnie starszy. Potem wciągnął mnie w pewną awanturę przeciwko komitetowi obwodowemu. Chodziło o to, że leningradzki komitet obwodowy poparł atak na wartościowego uczonego i dobrego człowieka, dyrektora Instytutu Fizjologii Władimira Czernigorskiego, który ściągnął do siebie sporo utalentowanej młodzieży. Cała ta sfora pawłowowska po prostu się na niego rzuciła. A miała, co trzeba wiedzieć, silną pozycję w leningradzkim komitecie obwodowym. Siemionow jako członek prezydium Akademii Nauk został wyznaczony na przewodniczącego komisji, której zadaniem było zorientowanie się w całej tej aferze wokół Czernigorskiego. I na niego też rzuciło się najgorsze towarzystwo nie spośród genetyków akurat, ale fizjologów. Siemionow niemal siłą zmusił mnie, żebym został sekretarzem naukowym tej komisji. Młody chłopak, zaledwie z doktoratem, co by to miało znaczyć? Ale skoro Nikołaj Nikołajewicz tego sobie życzył, a to przecież noblista, pozostali członkowie komisji nie odważyli się sprzeciwiać. Kiedy już zrobili mnie tym sekretarzem, to rozejrzałem się po znajomych i kilkoro z nich zarekomendowałem Siemionowowi – jeśli tylko mieli habilitacje, mogli wejść do komisji. Było wśród nich paru akademików, dość młodych uczonych, znających się na dziedzinie, nad którą mieli obradować.

 

A jaki finał miała sprawa z tym artykułem?

Kiedy zaczęła się epoka regularnego podpisywania protestów, Siemionow niespodziewanie zaprosił nas trzech – Czajłachiana, Birkenblita i mnie, czyli autorów tego artykułu, który szykował dla „Prawdy”, ale w końcu wydrukował w „Nauce i Życiu” – na spacer po Moskwie. Nie wypadało odmówić, poszliśmy z nim na miasto. Zwraca się do mnie i mówi: „Sierioża, wiem, że podpisuje pan wiele listów protestacyjnych przeciwko niesprawiedliwym procesom sądowym, także inne teksty polityczne pan podpisuje. Po co pan to robi?”. „Nikołaju Nikołajewiczu, podpisuję to, co jest zgodne z moimi poglądami” – odpowiadam. „Nie, nie, to rozumiem, ale proszę jednak powiedzieć: po co? O co na przykład chodzi w pańskim proteście przeciwko procesowi Siniawskiego i Daniela?” Ciekawe, skąd się o tym dowiedział, bo ja z nim o tym nie rozmawiałem. W ogóle widywaliśmy się nie tak znowu często. Wydaje mi się, że musieli mu powiedzieć w prezydium Akademii Nauk, może rozmawiali z nim ludzie z tak zwanego działu specjalnego. Mówię więc: „Tak, podpisałem”. „Ale po co pan to zrobił?” – docieka. „Poczucie przyzwoitości kazało mi tak postąpić, ponieważ to jest niesprawiedliwy proces”. „A może pan to wyjaśnić nieco szczegółowiej?” „Co tu jest do wyjaśniania? Wszystko widać jak na dłoni. Nie ma takiego prawa, które zabraniałoby pisarzowi publikować swoje teksty, gdzie tylko ma ochotę. I nie ma przepisu, który zabraniałby publikowania pod pseudonimem. Za co więc próbuje się ich sądzić? Jak można sądzić pisarzy za ich twórczość literacką opublikowaną pod pseudonimem gdzieś za granicą? Publikują tam, gdzie ktoś chce ich drukować. Nie złamali żadnego prawa”.

Akademik pomyślał i powiedział rzecz następującą, niezwykłą zupełnie, która mną wstrząsnęła: „Właściwie to ma pan rację, nie ma takiego przepisu i ten proces był bezprawny. Ale wie pan przecież, że u nas w kraju nowe przepisy przegłosowuje się bardzo szybko, jeśli tylko są potrzebne władzy. Więc może lepiej, żeby Siniawski i Daniel siedzieli w więzieniu bezprawnie, niż żeby władze przyjęły prawo, o jakim pan mówi?”. Powiedział to akademik. Świetny, naprawdę wybitny fizyk, laureat Nagrody Nobla, uczony z wielkimi zasługami. To była logika charakterystyczna dla tamtego czasu. Oto ówczesne rozumienie odpowiedzialności obywatelskiej w elicie intelektualnej.

***

Rozmowa biograficzna z Siergiejem Kowalowem, jedną z najważniejszych postaci ruchu obrońców praw człowieka w Związku Radzieckim, legendarnym dysydentem, przyjacielem Andrieja Sacharowa, w latach dziewięćdziesiątych przewodniczącym Komisji do spraw Praw Człowieka przy prezydencie Borysie Jelcynie. Kowalow wspomina dzieciństwo i młodość w czasach stalinizmu, chruszczowowską odwilż, okres świadomego sprzeciwu wobec dyktatury w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oraz czas łagru i zesłania.

Gdzie kończy się milczące niezadowolenie, a zaczyna aktywny sprzeciw? Jaka jest cena wewnętrznej wolności i dlaczego tak wielu decyduje się ją zapłacić, chociaż wiedzą, że ich wysiłki nie zmienią wszechmocnego systemu? Oto pytania, na które Kowalow odpowiadał w życiu i na które odpowiada w tej rozmowie.

Za szacunek dla samego siebie byłem gotów zapłacić wyrokiem więzienia. To mój indywidualny, etyczny wybór, całkowicie świadomy […]. Kiedy mnie zwalniano z uniwersytetu, świetnie rozumiałem, że z czasem skończę w więzieniu. Wcześnie zrozumiałem, że z drogi, na którą wszedłem, nie będzie odwrotu” – mówi.

Wspomnienia Siergieja Kowalowa to panorama długiej radzieckiej epoki i prywatna historia wolności jednego z największych współczesnych Rosjan.

Siergiej Kowalow (ur. 1930) – legendarny rosyjski dysydent i obrońca praw człowieka, współzałożyciel powstałej w 1969 roku Grupy Inicjatywnej, redaktor „Kroniki Wydarzeń Bieżących” – najważniejszego czasopisma wydawanego w Związku Radzieckim poza cenzurą, jeden z najbliższych przyjaciół i współpracowników Andrieja Sacharowa. Z wykształcenia biofizyk, badacz impulsów elektrycznych kory mózgowej, jego karierę naukową przerwał w 1975 roku wyrok siedmiu lat łagru i trzech lat zesłania, który odsiedział pod Permem i na Magadanie. W latach dziewięćdziesiątych był pełnomocnikiem prezydenta Jelcyna i przewodniczącym Komisji do spraw Praw Człowieka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej. W 1996 roku podał się do dymisji w proteście przeciwko wojnie w Czeczenii. Mieszka w Moskwie.


Seria: Bez pośpiechu

Premiera: 25 października 2017

Więcej

 


Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu