Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Czas na doktrynę postgiedroyciowską wobec Ukrainy
2018-01-04
Wojciech Konończuk

Odwoływanie się do idei Jerzego Giedroycia nie rozwiąże obecnych polsko-ukraińskich sporów. Choć bowiem szerzej jest to niezauważane, przesłanie programu ukraińskiego „Kultury” już się wypełniło.

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”.

Na Ukrainie po 2014 roku doszło do fundamentalnych zmian, które w większości są bardzo korzystne dla Polski. Jednocześnie dla stosunków polsko-ukraińskich przeobrażenia te przyniosły nowe wyzwania, doprowadzając do najważniejszego w ostatnim ćwierćwieczu przewartościowania relacji dwustronnych.

Polsko-ukraiński spór o historię sprawił, że po obu stronach granicy znowu słychać wezwania do powrotu do idei Giedroycia, które jakoby miałyby stać się panaceum na obecny kryzys. Wypracowany przez „Kulturę” program wschodni był niezwykle ważnym drogowskazem dla niepodległej Polski. Jednak każda, najlepsza nawet koncepcja, wymaga weryfikacji i rewizji, gdy zmienia się rzeczywistość. W ostatnich latach doktryna utożsamiana z Jerzym Giedroyciem (w uproszczeniu, gdyż pierwszoplanową rolę w jej stworzeniu odegrał Juliusz Mieroszewski) była wielokrotnie instrumentalizowana, mitologizowana lub rozumiana opacznie. Czasem wykorzystywano ją do działań, które z przesłaniem „Kultury” nie miały nic wspólnego. Jej „romantyczne” rozumienie stało się symbolem dobrych stosunków polsko-ukraińskich. Tymczasem idei Giedroycia-Mieroszewskiego nie należy „kanonizować” i na siłę dostosowywać do każdej sytuacji. Program „Kultury” odegrał historyczną rolę i niewątpliwie jest nie tylko jednym z największych fenomenów w historii polskiej myśli politycznej, ale jego znaczenie wykracza poza Polskę.

Kwestia ukraińska była i pozostanie kluczowym zagadnieniem polskiej polityki wschodniej; wciąż będzie także jednym z priorytetowych kierunków – obok niemieckiego/ unijnego, amerykańskiego i rosyjskiego – w polskiej polityce zagranicznej. Relacje polsko-ukraińskie ważne są również w kontekście sytuacji w całym regionie. Dlatego też w Polsce potrzebna jest dyskusja na temat nowej wizji stosunków z Ukrainą, dostosowanej do zmian, jakie w ostatnich latach zaszły nad Dnieprem, i odpowiadającej na nowe wyzwania w stosunkach dwustronnych.

 

Ukraiński program „Kultury”

Fundamenty polityki wschodniej Polski po 1991 roku zostały położone w wyniku konsekwentnej, trwającej kilka dziesięcioleci pracy redakcji miesięcznika „Kultura”, która w polskich dziejach była inicjatywą bez precedensu. W oczekiwaniu na koniunkturę międzynarodową w podparyskim Maisons-Laffitte wykuwany był program dla przyszłej Polski, której odrodzenie – w głębokim przekonaniu Redaktora i jego współpracowników – było jedynie kwestią czasu. Niewątpliwie trzeba było wiele fantazji i odwagi, aby jeszcze w czasach stalinizmu snuć rozważania na temat przyszłego ułożenia spraw polskich.

Wśród tematów uznanych przez „Kulturę” za kluczowe znajdowały się stosunki demokratycznej Polski z sąsiadami na Wschodzie. Najważniejszym założeniem programu wschodniego pisma było uznanie prawa ujarzmionych narodów do samostanowienia oraz zrzeczenie się polskich roszczeń do dawnych ziem wschodnich. Redakcja wyszła z wizjonerskiego i ogromnie wówczas kontrowersyjnego założenia, że uznanie przez Polaków pojałtańskiej granicy wschodniej jest warunkiem niezbędnym dla przyszłej współpracy z niepodległymi Ukrainą, Litwą i Białorusią. „Niech Litwini (…) cieszą się swym Wilnem, a we Lwowie niech powiewa sino-żółty sztandar” – napisał w 1952 roku na łamach „Kultury” ksiądz Józef Majewski, co można uznać za formalny początek trudnego, ale skutecznego propagowania tej idei. Bez współpracy Polaków z Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami oraz bez normalizacji relacji między narodami tworzącymi niegdyś Rzeczpospolitą niemożliwe było bowiem rozbrojenie i pokonanie rosyjskiego imperializmu. Jak to ujął Juliusz Mieroszewski: „Rosja dominująca nad narodami w Europie Wschodniej jest rywalem nie do pokonania”.

W polityce wschodniej „Kultura” przyznawała szczególne miejsce Ukrainie, uznanej za kluczowy element bezpieczeństwa w regionie i swoisty klucz do deimperializacji Rosji. Zgodnie z tym myśleniem, wolność Polski zależała od wolności Ukrainy. Stąd brały się systematyczne działania Giedroycia i jego współpracowników na rzecz ukraińskiej niepodległości, przypominanie o sprawie ukraińskiej na arenie międzynarodowej, zabiegi na rzecz porozumienia polsko-ukraińskiego oraz budowanie i rozwijanie kontaktów z emigracyjnymi środowiskami ukraińskimi.

W rezultacie podparyski miesięcznik stworzył nową wizję stosunków polsko-ukraińskich. Jej czołowe założenia zostały przejęte przez opozycję demokratyczną w kraju, a następnie legły u podstaw polityki wolnej Polski. Nawet jeśli nieco wyolbrzymiamy i idealizujemy dziś rolę „Kultury” w kwestii akceptacji przez Polaków utraty ziem wschodnich i zarazem nie doceniamy roli, jaką w przemianie myślenia Polaków o utraconych Kresach odegrał okres PRL, to faktem jest, że po latach 1989–1991 w polskim Sejmie nigdy nie zasiadła partia polityczna, która wysunęłaby program rewizjonistyczny. Kwestia granicy na Wschodzie na zawsze została zamknięta.

Kultura” walnie przyczyniła się zatem do przełomu w polskim postrzeganiu wschodnich sąsiadów. Elity polityczne niepodległej Polski zaczęły – co kluczowe – zgodnie wdrażać w życie jej program wschodni. W gruncie rzeczy był to wybór logiczny i jedyny racjonalny wśród opcji, jakie stanęły przed Polakami po 1989 roku. Sięgnięcie po inny scenariusz byłoby zwyczajnie działaniem samobójczym.

Kwestia ukraińska stała się jedną z najważniejszych, z jakimi suwerenne państwo polskie musiało się zmierzyć. Polska, która jako pierwsza na świecie uznała niepodległość Ukrainy, zdała ten egzamin. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku „Kultura”, uzupełniając wcześniejsze idee Mieroszewskiego, nie ustawała w wysiłkach na rzecz przekonania polskich elit rządzących do wsparcia Kijowa, ale kolejne polskie rządy same to rozumiały. Stąd konsekwentne wspieranie młodego państwa ukraińskiego, jego podmiotowości, wysiłki na rzecz demokratyzacji, europeizacji i integracji euroatlantyckiej Ukrainy, przypominanie o sprawie ukraińskiej na arenie międzynarodowej pod nieformalnym hasłem „Ukraina to nie Rosja” (później stało się ono tytułem książki Leonida Kuczmy). Polska była i pozostaje także jednym z niewielu państw europejskich, które w swojej polityce wobec Europy Wschodniej konsekwentnie trzymają się linii „Najpierw Ukraina, potem Rosja”. Jednocześnie sprawy trudne w relacjach dwustronnych, w tym przede wszystkim kwestia zbrodni wołyńskiej, były wprawdzie podnoszone, ale w sposób delikatny, w oczekiwaniu na to, aż pewne procesy dojrzeją na samej Ukrainie.

Najważniejszym celem tej polityki było wspieranie budowy suwerennego państwa ukraińskiego, tak aby już nigdy nie mogło zostać zwasalizowane przez Rosję. Od samego początku opierano się na ideach „Kultury”, które – jak trafnie ujął to Zdzisław Najder – stały się „kanonicznym składnikiem ideowym polskiej polityki zagranicznej”.

 

Powstawanie nowej Ukrainy

Ukraińskie przesłanie „Kultury” pozostawało aktualne przez ponad dwie dekady po rozpadzie Związku Sowieckiego i pojawieniu się na politycznej mapie Europy Wschodniej niepodległej Ukrainy. Przez cały ten okres kwestia stabilności oraz trwałości państwa ukraińskiego pozostawała otwarta. Można było mieć wątpliwości (a przynajmniej wielu je miało) co do utrzymania przez nie suwerenności przy formalnym zachowaniu atrybutów państwowych. Dla Kijowa głównym zagrożeniem była rewizjonistyczna polityka Rosji, która nigdy nie pogodziła się z istnieniem niezależnej Ukrainy. Przejęcie kontroli nad państwem ukraińskim było i pozostaje jednym z czołowych zadań polityki rosyjskiej. W okresie rządów Wiktora Janukowycza, gdy Kijów coraz silniej osuwał się w orbitę wpływów rosyjskich, Moskwa zdawała się blisko realizacji tego celu.

Rewolucja godności i wybuch konfliktu rosyjsko-ukraińskiego stały się punktem zwrotnym w najnowszej historii Ukrainy. W efekcie doszło do przyspieszenia procesu budowy i wzmacniania ukraińskiej tożsamości państwowej oraz jej ekspansji na regiony wschodnie i południowe. Kijów wyszedł z rosyjskiej sfery wpływów i jednoznacznie wybrał (co ważne, wyboru tego dokonały nie tylko elity, ale także – po raz pierwszy na taką skalę – ogromna większość społeczeństwa) kierunek zachodni jako strategiczny. To być może najbardziej doniosła zmiana na kontynencie europejskim w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Następstwem jest de facto powstawanie nowej Ukrainy, co całkowicie przemeblowuje sytuację w regionie. Wydaje się, że w Polsce i na Zachodzie wciąż nie uświadomiono sobie w pełni znaczenia tej zmiany. Trwająca wojna z Rosją nie prowadzi oczywiście do natychmiastowej europeizacji Ukrainy, ale wyraźny wybór wektora zachodniego przez Kijów pozostanie opcją niemającą alternatywy. Nie może już być powrotu do dawnego modelu relacji ukraińsko-rosyjskich, gdyż Kijów nieodwracalnie uzyskał podmiotowość. Naprawa stosunków z imperialnym sąsiadem zajmie zapewne długie lata i można ostrożnie liczyć, że Ukraina mniej lub bardziej efektywnie, ale jednak wykorzysta ten czas. Obserwowany od 2014 roku proces szybkiej budowy tożsamości narodowej, której ostateczny kształt nie jest jeszcze przesądzony, to również ucieczka od russkogo mira. Wszystko wskazuje na to, że zakończy się ona sukcesem.

Przed Ukrainą wciąż stoją jednak najróżniejsze wyzwania. Zagrożenia większe od Rosji leżą bowiem w ukraińskiej polityce wewnętrznej. Mimo upływu czterech lat od rewolucji godności widoczna jest niezdolność do stworzenia masy krytycznej, niezbędnej do transformacji antyrozwojowego systemu politycznego i gospodarczego. Proces reform jest w dużej mierze rozczarowujący. Aby zakończył się powodzeniem, konieczna jest zmiana reguł gry w ukraińskiej polityce, znacząca wymiana elit politycznych i przełom w walce z korupcją. Niezbędne jest także stworzenie warunków do wyjścia z długotrwałej zapaści gospodarczej, która sprawiła, że Ukraina jest dzisiaj najbiedniejszym – obok Mołdawii – państwem europejskim. Mimo regularnych kryzysów wewnętrznych i niezliczonych bolączek, których pokonanie zajmie jeszcze wiele lat, doświadczenia ostatnich miesięcy dobitnie pokazują, że słabe i skorumpowane państwo ukraińskie w relacjach z sąsiadami potrafi walczyć o swoje interesy. Chodzi tu przede wszystkim o Rosję, która jeszcze nie zrozumiała, że nie wygra wojny z Ukrainą. Moskwa bowiem – co zauważył już Mieroszewski pół wieku temu – Ukraińców z reguły nie docenia. Jednak nowa asertywność Kijowa ujawniła się również w relacjach z innymi sąsiadami: Węgrami, Polską, Rumunią, Białorusią, a nawet Unią Europejską. Celem tego tekstu nie jest ocena, kto ma rację w trwających sporach, ale podkreślenie, że w sprawach uznawanych przez Ukrainę za prestiżowe i dotyczące dumy narodowej Kijów jest trudnym i niezwykle upartym negocjatorem.

 

Triumf Giedroycia i nowe wyzwania

Opisane wyżej przemiany wewnętrzne na Ukrainie – niezakończone, ale i nieodwracalne – oznaczają realizację fundamentalnego celu polskiej polityki wschodniej. Oto powstało podmiotowe, niezależne od Rosji państwo ukraińskie, będące trwałym elementem układu międzynarodowego i jednoznacznie opowiadające się za integracją ze strukturami euroatlantyckimi. Z punktu widzenia interesów Polski (w tym naszego bezpieczeństwa, nad którym zawsze cieniem kładzie się Rosja) jest to niezwykle korzystne. W ten sposób kluczowe założenia ukraińskiej części doktryny Giedroycia zostały zrealizowane, a ta wizjonerska wizja przeniesiona do podręczników historii.

Paradoksalnie, ten pomyślny dla Polski rozwój sytuacji nad Dnieprem, w połączeniu z bardziej asertywną polską polityką wobec Ukrainy po 2015 roku i zmianami w polskiej polityce historycznej, doprowadził do największego po 1991 roku kryzysu w stosunkach dwustronnych. Jego katalizatorem stała się historia. Nowa Ukraina, która pozostaje jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej, stawia przed Warszawą nowe wyzwania. Ważne jest przede wszystkim dostrzeżenie i zrozumienie zmian, jakie zaszły na Ukrainie (i które będą się pogłębiać), aby w odpowiedni sposób na nie reagować. Oczywiście nie oznacza to, że rewizji wymaga całokształt polskiej polityki ukraińskiej. Nasze podstawowe cele pozostają niezmienne. Należy do nich dalsze popieranie Ukrainy na arenie międzynarodowej, wspomaganie procesu jej demokratyzacji, transformacji i integracji europejskiej. Można powtórzyć za Włodzimierzem Bączkowskim, że „nie jesteśmy ukrainofilami”, ale stabilna, rozwijająca się i europejska Ukraina leży w najlepiej pojętym interesie RP.

Program wschodni „Kultury” był przede wszystkim do głębi realistyczny. Również dzisiaj powinniśmy patrzeć na Ukrainę realistycznie, bez naiwnego i szkodliwego romantyzmu. Towarzyszyć temu musi wyzbycie się zarówno polskiego paternalizmu podszytego nieumiejętnie maskowanym poczuciem wyższości, jak i bezkrytycznego podejścia ukrainofilskiego, pobłażliwie i w każdej sytuacji próbującego tłumaczyć stronę ukraińską.

W Polsce i na Ukrainie częste jest przekonanie, że „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”. Należy pamiętać, że myśl ta pojawiła się (w różnych zresztą formach) w emigracyjnym środowisku części polskiej opozycji, choć największą popularność zyskała w ciągu ostatnich dwóch dekad jako uzasadnienie dla rozwoju strategicznych stosunków polsko-ukraińskich. Przestała być aktualna po akcesji Polski do NATO w 1999 roku. Polskie bezpieczeństwo zależy dzisiaj nie od Ukrainy, ale od przyszłości i stabilności Paktu Północnoatlantyckiego oraz Unii Europejskiej. Mieroszewski był zresztą przekonany, że Polska może być wolna jedynie jako część systemu bezpieczeństwa międzynarodowego. Zniknięcie – czysto teoretyczne – niepodległej Ukrainy skutkowałoby znaczącym obniżeniem poziomu polskiego bezpieczeństwa, ale przecież nie byłoby równoznaczne z utratą polskiej niepodległości. Ciekawe i wiele mówiące jest natomiast to, że nad Dnieprem nie istnieje przeświadczenie, że to wolność Polski przyczyniła się do zdobycia i utrzymania niepodległości przez Ukrainę.

Drugą utartą i przyjmowaną bezkrytycznie tezą jest ukute pół wieku temu i powtarzane za „Kulturą” stanowisko, że pozycja Polski na Wschodzie determinuje polską pozycję na Zachodzie. Bez wątpienia skuteczna polityka wschodnia państwa polskiego wpływa i wzmacnia nasze możliwości na Zachodzie. Znaczenie międzynarodowe Polski zależy jednak nie od tego, jakie będą relacje Polski z Ukrainą, ale od siły i rozwoju polskiej gospodarki, skuteczności polskiej polityki w Unii i utrzymania strategicznej obecności Stanów Zjednoczonych w Europie. To są realne wskaźniki, którymi można mierzyć pozycję Polski. Istnienie niepodległej Ukrainy i – oby także – Białorusi to „potęgowanie sił naszych” (za Bączkowskim), gdyż podmiotowość obu tych państw koryguje niekorzystną przez większość ponad trzystu ostatnich lat sytuację międzynarodową w regionie. Rozwój wydarzeń za naszą zachodnią granicą jest jednak znacznie ważniejszy.

 

Przewartościowania paradygmatu

We wznowionych w ostatnich miesiącach z nową mocą polskich dyskusjach o Ukrainie i naszej polityce wobec tego państwa poruszamy się najczęściej wokół tego samego paradygmatu, nie dostrzegając jego wyczerpania. Wielu uczestników tych debat zamiast chłodnego, racjonalnego myślenia poddaje się emocjom, a te zawsze są złym doradcą. Nakłada się to na stosunek danego komentatora do rządu Prawa i Sprawiedliwości, co tylko zniekształca diagnozę sytuacji. W rezultacie z pola widzenia znikają zmiany, jakie zachodzą na samej Ukrainie, wokół Polski, ale również w samej Polsce. W dodatku na konflikt polsko-ukraiński nakłada się silny spór polsko-polski. Tymczasem, aby stać się skuteczną, polska polityka wobec Kijowa (jak i każda inna na kierunkach strategicznych) powinna opierać się na ponadpartyjnym konsensusie. Można się spierać o taktykę, ale nie o strategię. Myśl „Kultury” głosząca, że Polska nie może sobie pozwolić na więcej niż jeden program wschodni, pozostaje aktualna. Nie chodzi tu tylko o obecny rząd, ale o każdy kolejny, który w przyszłości obejmie władzę.

Za pewnik można przyjąć, że w dającej się przewidzieć przyszłości Ukraina pozostanie dla Polski trudnym partnerem. Przede wszystkim ze względu na – chcemy tego czy nie – spór o interpretację historii. Jak działać w tej sytuacji? W 1976 roku Jerzy Giedroyc pisał do Iwana Kedryna-Rudnyckiego, znanego ukraińskiego historyka i działacza emigracyjnego: „Dużo jest spraw między Polakami i Ukraińcami – spraw przykrych czy bardzo ciężkich (…). W interesie chyba naszych narodów leży znormalizowanie stosunków, co wymaga powiedzenia sobie w oczy całej prawdy – ale tylko prawdy”. Ta recepta z pewnością jest aktualna.

Nie należy mieć złudzeń: krytyczne spojrzenie na własne dzieje zajmie Ukraińcom jeszcze wiele, może bardzo wiele lat. Nie ma narodu, któremu przyszłoby to łatwo. W dłuższej perspektywie można mieć co najwyżej nadzieję na pewne zbliżenie pozycji i ocen. To jednak wymaga gestu ze strony władz ukraińskich, który sprowadzałby się do jasnej i niepozostawiającej żadnych wątpliwości oceny wydarzeń na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Pojednanie leży w interesie obu stron, bo doprowadziłoby do „odtrucia” atmosfery. Polacy sami jednak tego nie załatwią – tym bardziej że przez wiele lat cierpliwie, może nazbyt cierpliwie próbowaliśmy Ukraińcom wytłumaczyć, o co nam chodzi. Ci jednak, albo nie chcieli zrozumieć, albo potraktowali to jako wyraz naszej słabości, bo przecież „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”. Zgodnie zaś z tym hasłem to Warszawie zależy bardziej na Ukrainie niż odwrotnie, co zwalnia Kijów ze starań o dobre relacje. Ukraińscy decydenci polityczni powinni więc skończyć z nic nieznaczącym wezwaniem „do zostawienia historii historykom” i zrozumieć, że bez ich odważnych decyzji przeszłość w dalszym ciągu będzie kładła się cieniem na stosunkach między naszymi państwami i społeczeństwami.

Czołowym postulatem polskiej polityki wobec Ukrainy powinna być neutralizacja destrukcyjnego wpływu historii na relacje dwustronne przy jednoczesnym podkreślaniu wspólnych interesów w tych – licznych przecież – obszarach, w których one występują. Partnerstwo polsko-ukraińskie ma wszelkie podstawy, aby funkcjonować, ale wymaga to odbudowy zaufania i zmiany sposobu komunikacji oraz niebagatelizowania przez stronę ukraińską problemów historycznych. Poparcie Polski dla Ukrainy w sprawach strategicznych zawsze było i pozostaje jednoznaczne i bezwarunkowe. Co więcej, w ciągu ostatnich dwóch lat w wielu sferach (między innymi wojskowej) współpraca stała się aktywniejsza niż kiedykolwiek wcześniej – często pozostaje to szerzej niedostrzegane. Polska jest również jednym z państw, które realnie wspierają Ukrainę na arenie międzynarodowej i tłumaczą jej znaczenie. Kijów najczęściej tę polską rolę ignoruje, myląc się w ocenie liczby swoich przyjaciół na Zachodzie. Dlatego w tym kontekście warto pamiętać, że za państwo europejskie Ukrainę uznaje 87 procent Polaków i jedynie 54 procent Niemców, 48 procent Francuzów i 43 procent Holendrów (badanie Kantar Public z września 2017 roku). Wyniki te pokazują, jak ważne pozostaje zapewnienie – nadal nieoczywistej – nieodwracalności otwarcia Zachodu na Ukrainę. Polska w dalszym ciągu może tu odegrać istotną rolę.

Niezwykle ważnym nowym kontekstem stosunków bilateralnych jest też około miliona Ukraińców pracujących w Polsce, których nasza gospodarka potrzebuje, a wysyłane przez nich transfery finansowe znacznie poprawiają sytuację wielu ukraińskich gospodarstw domowych (transfery to około 3,5 procent PKB Ukrainy). Obecność ukraińskich pracowników niesie również dla społeczeństwa polskiego wiele wyzwań związanych z możliwością wzrostu napięć i ksenofobii. Duże polskie miasta po raz pierwszy od czasów II wojny światowej stają się wieloetniczne, a język ukraiński ponownie jest drugim najczęściej używanym w naszym kraju. Czy zdamy ten egzamin dojrzałości? Zależy to od samych Polaków oraz od mądrej polityki państwa. Alternatywą jest pojawienie się problemu tak dużego, że może on przyćmić spory o historię.

 

Strategiczne sąsiedztwo?

Jeśli polsko-ukraińskie partnerstwo ma pozostać w przyszłości czymś więcej niż propagandowym sloganem, niezbędne jest wzięcie przez Ukrainę współodpowiedzialności za wzajemne stosunki – od ćwierćwiecza ich siłą napędową jest bowiem Warszawa. W latach dziewięćdziesiątych nad Dnieprem pojawiło się hasło „strategicznego partnerstwa”, którego nigdy nie napełniono realną treścią. O ile kwestia ukraińska zawsze pozostawała jedną z ważniejszych w polskiej polityce zagranicznej, o tyle kwestia polska w ukraińskiej polityce zagranicznej odgrywała rolę niewielką. W Kijowie nie ma i nigdy nie było żadnej koncepcji politycznej, która proponowałaby, jak ułożyć sobie relacje z Polską. Ukraińska doktryna Giedroycia nigdy nie powstała. Mało tego – trudno nawet znaleźć jakikolwiek tekst koncepcyjny ważnego ukraińskiego polityka, który próbowałby ująć to, czego chce Ukraina od Polski, jakie jest miejsce naszego kraju w ukraińskiej polityce zachodniej i jak te cele osiągnąć. Jest to zadziwiający wyraz politycznej krótkowzroczności. Co więcej, stosunek sporej części ukraińskich elit wobec Polski podszyty jest dozą tradycyjnej ukraińskiej nieufności. Udało się ją wprawdzie znacząco złagodzić w ciągu ostatnich dwóch dekad, ale z nową siłą powróciła ona najpierw w 2016 roku w związku z uchwałą Sejmu o ludobójstwie wołyńskim, a następnie – w spotęgowanej formie – jesienią 2017 roku, po kilku niedyplomatycznych wypowiedziach strony polskiej i popełnionych przez nas błędach (na przykład niedoszły wizerunek Cmentarza Orląt Lwowskich w polskich paszportach).

Dziś oczywiste i często artykułowane po obu stronach granicy jest zagrożenie rosyjskie. Postulat walki z nim jest słuszny, ale na samym podkreślaniu niebezpieczeństwa związanego z neoimperialną polityką Rosji trudno zbudować trwały fundament współpracy – szczególnie jeśli samemu tworzy się warunki sprzyjające takim działaniom Moskwy. Dlatego tak ważny jest postulat Mieroszewskiego „oczyszczenia pola z upiornych błędów”, które napędzają politykę Rosji w regionie. Także dzisiaj wielu Ukraińców gotowych jest manifestować nie tyle przyjaźń polsko-ukraińską, ile wspólną nienawiść do Rosjan. Na fali ostatnich, mocno ożywionych po obu stronach emocji Rosja zaczęła wręcz znikać z pola widzenia jako przysłowiowy „trzeci, który korzysta na kłótni”. Tymczasem należy pamiętać o przestrodze Bohdana Osadczuka, że „Kreml ma koncepcję poróżnienia Polski z Ukrainą. Jest to bodaj kluczowe zadanie rosyjskiej dyplomacji w naszym regionie”. Dzisiaj słowa te są aktualne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Porozumienie Ukrainy z Rosją jeszcze przez wiele lat będzie niemożliwe. Otwarte jest jednak pytanie, czy nastąpi porozumienie polsko-ukraińskie. Jego osiągnięcie wymaga spełnienia pewnych wyjściowych warunków po obu stronach oraz pragmatyzacji podejścia. Ułatwi je również zmiana żywego po 1991 roku romantycznego i dość naiwnego postrzegania Ukrainy przez Polaków. Powtórzmy: państwo ukraińskie się zmieniło i niemożliwy jest powrót do przeszłości. Obecne przewartościowanie jest więc naturalnym skutkiem zachodzących procesów.

Aby prowadzić skuteczną politykę, potrzebna jest przede wszystkim realistyczna ocena. Zapewne relacje polsko-ukraińskie czeka jeszcze niejeden mniejszy lub większy kryzys. Nie należy mieć złudzeń – przy obecnych emocjach oraz dynamice politycznej porozumienie długo jeszcze będzie niemożliwe. Nawet Giedroyc nie docenił potencjału sporów symboliczno-historycznych między Polakami a Ukraińcami. A te są najtrudniejsze do rozwiązania i niestety prowadzą do sytuacji, w której symbole i źle rozumiany prestiż stają się ważniejsze niż realne interesy, wpływające na sprawy fundamentalne dla obu krajów.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku Vytautas Landsbergis, jeden z ojców założycieli współczesnej Litwy, oponował przeciwko nazywaniu relacji polsko-litewskich braterskimi, stwierdzając: „My nie bracia, my sąsiedzi”. Choć podobne słowa w kontekście relacji Polski i Ukrainy nie padły, to wydaje się, że oba państwa znalazły się w podobnym momencie jak Warszawa i Wilno przed ćwierćwieczem: nasze kontakty nabierają nowego i paradoksalnie dojrzalszego wymiaru. Nawet jeśli to dopiero początek drogi. Nie musimy się przyjaźnić, ale – uwzględniając wiele wspólnych interesów – nie wolno zapominać, że utrzymywanie dobrych stosunków z całą pewnością jest zarówno polską, jak i ukraińską racją stanu.


Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”.


Wojciech Konończuk jest kierownikiem Zespołu Białorusi, Ukrainy i Mołdawii w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Fot. Guillaume Speurt (cc by-sa 2.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Dokąd uda się Nieśmiertelny Pułk?

17.05.2018
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

Z domu do domu?

15.05.2018
Damian Markowski
Czytaj dalej

Pisanie w ciężkich czasach…

14.05.2018
Oya Baydar
Czytaj dalej

Wokół książki „Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera”

14.05.2018
NEW
Czytaj dalej

Ballada o zwykłych żołnierzach

11.05.2018
Piotr Pogorzelski
Czytaj dalej

Rozgrywka więźniami

01.05.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu