Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wąskie gardło Unii Europejskiej
2018-02-28
Andrzej Poczobut

Przez Białoruś prowadzi najbardziej popularny szlak, którym zmierzają na Zachód ekonomiczni i polityczni uchodźcy z terenów byłego Związku Radzieckiego. Przyjrzyjmy się tej granicy.

Z 1250 kilometrów białorusko-unijnej linii granicznej na granicę z Polską przypada ponad 398 kilometrów, reszta to granica z Litwą i Łotwą. Białorusko-polska granica różni się od rubieży z tymi dwoma państwami bałtyckimi. Przyczyny tego należy szukać w historii. Białoruś, Litwa i Łotwa do 1991 roku były częścią Związku Radzieckiego i granice pomiędzy nimi istniały jedynie na mapach. Polsko-sowiecka granica była zewnętrzną granicą Sojuza i bez względu na to, że Polska Rzeczpospolita Ludowa była bratnim socjalistycznym państwem, jej ochronę traktowano niezwykle poważnie. Dlatego po rozpadzie Związku Radzieckiego Białoruś otrzymała w spadku dobrze ufortyfikowany i zabezpieczony nowoczesnymi środkami fragment linii granicznej. Granicę z Litwą i Łotwą musiała zaś budować od zera. Do dziś różnice pomiędzy tymi fragmentami granicy państwowej nie zostały całkowicie zniwelowane. W niektórych miejscach granica z Litwą i Łotwą po stronie Białorusi nadal jest prowizoryczna…

Na białorusko-polskiej rubieży jest trzynaście przejść, z czego siedem drogowych, pięć kolejowych i jedno rzeczne. Mimo to dostanie się do Polski kojarzy się Białorusinom przede wszystkim z kolejkami. Zazwyczaj przekroczenie granicy przez najbardziej popularne przejścia drogowe w Brześciu i Bruzgach zajmuje około dwóch – trzech godzin, a może potrwać nawet do sześciu – siedmiu godzin. Dlaczego tak jest? Białorusini od wielu lat są w światowej czołówce, jeżeli chodzi o liczbę otrzymywanych wiz Schengen. Tylko Polska w 2016 roku przyznała obywatelom tego kraju 394 tysiące wiz. Posiadanie wizy oraz tańsze ceny towarów w Polsce powodują, że Białorusini, nie zważając na kryzys i spadek dochodów, nadal wolą wyjeżdżać do Polski na zakupy. Do tego dochodzą osoby, które podjęły pracę w Polsce, studenci i tak dalej. W rezultacie zdarzają się nawet dni, gdy kolejka na przejściach granicznych mierzy kilka kilometrów.


Granica jako element szantażu

Władze Białorusi uważają, że za rozwiązanie tego problemu musi zapłacić Unia Europejska. W końcu to w zachodnich sklepach wydawane są wywożone z Białorusi dolary i euro. Swoje oczekiwania oficjalny Mińsk formułuje czytelnie: „Znacząca część naszej granicy przypada na państwa Unii Europejskiej. Razem z nimi realizujemy szereg programów dotyczących rozwoju infrastruktury na granicy, zagwarantowania bezpieczeństwa oraz normalnego przemieszczania się towarów. Mówiąc szczerze, chciałoby się większego udziału Unii Europejskiej w tych sprawach. Przecież i Rosji, i Unii Europejskiej zależy na tym, by towary idące tranzytem przechodziły przez granicę i by to zajmowało jak najmniej czasu” – jak powiedział we wrześniu prezydent Aleksander Łukaszenka na naradzie z udziałem przedstawicieli służb celnych państw WNP.

Przez Białoruś prowadzi najbardziej popularny szlak, którym zmierzają na Zachód ekonomiczni i polityczni uchodźcy z terenów byłego Związku Radzieckiego. Największą popularnością wśród tych, którzy próbują się dostać do Unii Europejskiej legalnie, cieszy się przejście kolejowe przez Brześć. Nielegalni migranci wolą zmierzać do Unii przez zieloną granicę z Łotwą i Litwą. Aleksander Łukaszenka kilkakrotnie wykorzystywał kwestię uchodźców, strasząc Zachód wycofaniem się Białorusi z kontrolowania linii granicznej. W 2012 roku zażądał od Zachodu wprost: płaćcie, jeżeli chcecie, byśmy wyłapywali nielegalnych emigrantów, którzy zmierzają do Unii Europejskiej: „Wszystko, co idzie z Afganistanu, my na własny rachunek łapiemy, zatrzymujemy i zawracamy do Rosji. Dziesiątki tysięcy ludzi w ciągu roku. Poinformowano mnie, że były zatrzymane także materiały promieniotwórcze, wybuchowe oraz narkotyki. Wszystko to zatrzymujemy. Po co to robimy? Skoro oni nie do nas idą (…). Teraz w Polsce obozy przepełnione są mieszkańcami Kaukazu i Afganistanu. Płaćcie pieniądze, wtedy będziemy was chronić” – deklarował prezydent Białorusi.

Podobne wypowiedzi były z jednej strony reakcją na krytykę ze strony Unii Europejskiej naruszeń praw człowieka na Białorusi, z drugiej – kontynuacją strategii wyciskania z Zachodu pieniędzy na rozbudowywanie infrastruktury granicznej. W każdym razie Łukaszenka wyraźnie zademonstrował, że jest zdolny do politycznejgry z użyciem kwestii granicy.


Kolejki same nie znikną

W 2010 roku Polska i Białoruś podpisały umowę o małym ruchu granicznym. Mimo upływu ponad siedmiu lat umowa ta nie weszła w życie z powodu oporu strony białoruskiej. Oficjalny Mińsk nie jest zainteresowany intensyfikacją wyjazdów swoich obywateli z kraju. Przyczyny takiego stanu rzeczy nie leżą w płaszczyźnie politycznej, ale są związane z kwestiami gospodarczymi. Nadzieje wyrażane latami przez przedstawicieli białoruskiej opozycji, że zmasowane wyjazdy za granicę mogą przyczynić się do wzrostu prozachodnich nastrojów Białorusinów, na razies ię nie ziściły.

Im częściej Białorusini wyjeżdżają za granicę, tym więcej oszczędności wydają na zagraniczne towary i usługi. Tymczasem białoruski rząd staje na głowie, by zmusić obywateli do kupowania białoruskich telewizorów, pralek czy lodówek, które są gorszej jakości niż sprzęty zachodnie, a na dodatek są od nich droższe. W tym celu Mińsk kilkakrotnie zaostrzał przepisy celne, wprowadzając ograniczenie na wwóz podobnych towarów na Białoruś. W takiej sytuacji nie należy się spodziewać, by Aleksander Łukaszenka zmienił podejście do małego ruchu granicznego. Ciekawe, że jako jedną z przyczyn, dla których Białoruś nie wprowadza małego ruchu granicznego podawano brak należycie rozbudowanej infrastruktury granicznej. Jednak w przypadku wprowadzenia ruchu bezwizowego dla obcokrajowców chcących odwiedzić Grodno i okolice ta sama infrastruktura nie była przeszkodą. Dlaczego? Bo tym razem to zagraniczne pieniądze miały być wydawane na Białorusi. Ten przykład dobitnie pokazuje sposób postrzegania tej kwestii przez białoruskie władze.

Obserwowany w ostatnim czasie wzrost zainteresowania Białorusinów pracą w Polsce, a także niesłabnąca popularność zakupów w polskich sklepach powodują, że nadzieje na „rozładowanie” się granicznych kolejek są płonne. Samo się to nie ureguluje. Z drugiej strony w porównaniu z ukraińsko-polską granicą sytuacja nie jest tragiczna. Te dwa elementy pokazują, że pomimo wyraźnego ocieplenia relacji między Mińskiem i Warszawą problem „wąskiego gardła” na granicy nie jest pierwszorzędny.

Ani dla Warszawy, która ma większy problem z Ukrainą, ani dla Mińska, który generalnie nie jest zainteresowany inwestowaniem własnych środków w graniczną infrastrukturę. A bez poważnych inwestycji, jakie musiałyby pociągnąć zasobą otwarcie nowych przejść granicznych, tego problemu nie uda się rozwiązać. Dlatego wybierając się z Polski na Białoruś bądź z Białorusi do Polski, należy uzbroić się w cierpliwość.

 

Andrzej Poczobut jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”. Mieszkaw Grodnie.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2018 „Nowej Europy Wschodniej”.

Fot. Krzysztof Kundzicz (CC BY-SA 3.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Brudna perła Finlandii. Sprawa Airiston Helmi a relacje fińsko-rosyjskie

12.11.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Spotkanie z Wojciechem Góreckim

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

Konkurs dla prenumeratorów na 10-lecie NEWu

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

Do Polaków. Cały wiek polsko-ukraiński: nie pierwszy i nie ostatni

07.11.2018
Ukraińcy – obywatele Rzeczypospolitej Polskiej
Czytaj dalej

10-lecie NEW

31.10.2018
NEW
Czytaj dalej

Warszawskie spotkanie z Marceliną Szumer-Brysz

29.10.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu