Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Tysiąc sportowych anegdot
2018-05-28
Ziemowit Szczerek

Autor Królów strzelców postawił przed sobą trudne zadanie: opowiedzieć najnowszą (i tę nie do końca nową) historię regionu przez sport. Przepraszam, ale nie jestem w stanie wypowiadać się na temat tej książki inaczej niż z zachwytem.


Rokita ma talent i dar opowiadania, szczególnie gdy temat go fascynuje. Znam go, więc wiem, że gdy opowiada coś, co go kręci – macha rękami, wrzuca pełno anegdot i – co chyba najbardziej u niego lubię – kunsztownych, nieoczywistych odniesień. Ta książka jest właśnie taka: Rokita macha tu rękami, wrzuca anegdoty i nieoczywiste, za to naprawdę pieczołowicie wybrane – odniesienia.

Autor Królów strzelców postawił przed sobą trudne zadanie: opowiedzieć najnowszą (i tę nie do końca nową) historię regionu przez sport. Początki piłki nożnej w Rosji łączą się tutaj ze schyłkiem carskiej epoki, słynny mecz piłki wodnej Rosja – Węgry – z tłumieniem węgierskiej rewolucji 1956 roku, mundial krajów nieuznawanych – z rosyjską polityką oskubywania poradzieckich państw z wyłamujących się regionów, etnicznym ociosywaniem dawnych republik i wspieraniem quasi-państewek.

I okazuje się, że się da: co więcej – to idealny pryzmat, przez który można patrzeć na historię regionu. Sportowa konkurencja jako miniwojna rewelacyjnie pokazuje regionalne tarcia, wprowadza emocje walki tam, gdzie nie może się ona odbyć, bo sytuacja geopolityczna czy rachunek sił na to nie pozwalają. Sport to wentyl, przez który uchodzi nagromadzona frustracja, papierek lakmusowy relacji międzynarodowych. Przywódcy krajów mogą się wymuszenie do siebie uśmiechać, ale prawda jest taka, że jeśli dwie drużyny rzucają się na siebie z większym zaangażowaniem niż zazwyczaj, to oznacza, że mamy do czynienia z głębszym, niż się wydaje, problemem. Jeśli Węgrzy biją Rosjan w piłkę wodną, jeśli Azerowie i Ormianie z radzieckiego jeszcze Górskiego Karabachu kopią się w piłkę tak, jakby chcieli sobie żyły powyrywać wzajemnie – wiedzmy, że coś się dzieje, choćby na oficjalnych plakatach kwitła miłość między narodami.

W zasadzie nie interesuję się sportem, ale nie przeszkadza to zupełnie w czytaniu tej książki. Bo sport jest tutaj idealnym nośnikiem dla opowieści. Historia, na przykład, drużyny koszykarskiej Žalgiris (bo na Litwie to koszykówka jest sportem numer jeden) i jej zmaganie z radzieckim wojskowym klubem CSKA to odbicie litewskiej walki o zachowanie kulturowej i etnicznej tożsamości w tyglu radzieckiej urawniłowki („Sabonis wychodzi na parkiet i dziwi się, że wszyscy skandują po litewsku”). A wszystko to w klimacie czasów przejściowych, w czasie „historii dziejącej się”, kiedy jedna rzeczywistość jeszcze się nie skończyła, a druga – nie do końca zaczęła. W przypadku opisywanej litewskiej historii to czas pomiędzy Radziecją a niepodległością (Rokita szuka genialnych przykładów: „Na razie Litwini (…) zaczynają przemalowywać samoloty, piszą na nich »Lietuvos avialinijos «. Ale w tym samym czasie miejscowe KGB ma w Wilnie przygotowanych dziesiątki więziennych cel, w których może umieścić wywrotowców, czeka tylko na zielone światło z Moskwy”), w historii o mistrzostwach nieuznawanych krajów – zawieszona historia nieuznawanej Abchazji, kraju z mocną historią, tożsamością, kulturą, tylko z wielkim historycznym pechem.

Czas i rzeczywistość pomiędzy – pomiędzy niepodległością a zależnością. W historii węgierskiej mamy zawieszenie pomiędzy chwilowo wolnym, rewolucyjnym Budapesztem, który nie zdążył nabrać jeszcze konkretnego kształtu, a powrotem w radziecką zgrzebność i represyjność. I tak dalej. Historia poradzieckiej, rosyjskiej piłki nożnej jest idealną opowieścią o Rosji pomiędzy jej rolą jako wielkiego, budzącego grozę imperium, poszturchiwanego uczniaka zachodniego kapitalizmu i – w końcu – klasowego łobuza, rozrabiaki, ale inteligentnego, który nielubianych bohaterów pokonuje własną bronią.

A do tego cały koloryt świetnych przykładów ilustrujących wywody, anegdot, dygresji (zaczyna się od powieszonej słonicy na południu USA, a później, jak u Hitchcocka, napięcie wzrasta). Nieoczywiste perspektywy, w których Rokita jest świetny (pierwsza z brzegu: „z Gliwic do Aleppo drogą lądową są 3 tysiące kilometrów, do mongolskiego Ułan Bator – 7,5 tysiąca kilometrów. Tymczasem droga z Petersburga do Chabarowska – aż 8,7 tysiąca kilometrów. To więc dystans większy niż ten, który na przykład Piast Gliwice musiałby pokonywać, grając w jednej lidze z drużynami z Pakistanu, Indii czy Nepalu”), doskonałe zestawienia faktów i inteligentne komentarze. Przepraszam, ale nie jestem w stanie wypowiadać się na temat tej książki inaczej niż z zachwytem.


Zbigniew Rokita, Królowie strzelców, Czarne, Wołowiec 2018

Recenzja ukazała się w najnowszym numerze NEW (3-4/2018).


Powrót
Najnowsze

Szczyt potrzebny jego uczestnikom

10.12.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Armenia: Serż Sarkisjan trafi do aresztu?

09.12.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Koń trojański? Zwrócenie ukraińskich okrętów

09.12.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu