Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Zagrożenie od morza
2018-08-10
Paweł Kost

Rosja wywiera coraz większą presję militarną i gospodarczą na Ukrainę na Morzu Azowskim. To kolejny teatr toczącej się wojny. Nie można wykluczyć, że napięcia przeniosą się na Morze Czarne.

Aneksja Krymu znacząco osłabiła pozycję Kijowa nad Morzem Azowskim – akwen jest otoczony terytorium Rosji i Ukrainy, a po 2014 roku Cieśnina Kerczeńska prowadzącą do niego z Morza Czarnego jest kontrolowana przez Moskwę. Do drugiej połowy 2017 roku Moskwa nie wykorzystywała tej przewagi w swych naciskach.

Sytuacja zmieniła się jesienią ubiegłego roku, gdy budowa mostu przez Cieśninę Kerczeńską, który połączył Federację Rosyjską z Krymem, weszła w decydującą fazę. Rosjanie zaczęli wówczas ograniczać żeglugę statków przemysłowych na Morzu Azowskim. Stało się jasne, że Kreml zaczyna wywierać coraz większą presję na Kijów.

 

Blokada morska

Rosyjska straż przybrzeżna 27 kwietnia zaczęła masowo zatrzymywać do kontroli statki zmierzające do i z azowskich portów Ukrainy – Mariupola i Berdiańska. W lipcu ich czas oczekiwania na odbycie kontroli niekiedy przekraczał nawet sto godzin (rekordzista musiał przeczekać 132 godziny), a liczba zatrzymań wciąż rośnie. Wszystko to generuje spore straty finansowe po ukraińskiej stronie i odstrasza przewoźników. Kontrole odbywają się nie tylko w pobliżu Cieśniny Kerczeńskiej, ale na całej trasie przez morski akwen do ukraińskich portów. O zuchwałości FSB świadczy fakt, że jedno z zatrzymań nastąpiło zaledwie 6 kilometrów od ukraińskiego wybrzeża.

Moskwa zwiększa jednocześnie obecność militarną w akwenie, przerzucając dodatkowe siły – od kwietnia tego roku dyslokowała tam blisko dwadzieścia okrętów. Przypieczętowało to i tak znaczącą przewagę wojskową Rosji nad Ukrainą. Doszło też do kilku zatrzymań ukraińskich rybaków, którzy po dziś są uwięzieni.

Sytuację w akwenie nadal reguluje podpisana w grudniu 2003 roku „Umowa między Ukrainą i Federacją Rosyjską o Współpracy w Wykorzystywaniu Morza Azowskiego i Cieśniny Kerczeńskiej”. W dokumencie morze zostało uznane za „historyczne wody wewnętrzne Ukrainy i FR”, a granice miały zostać określone osobną umową (nigdy to nie nastąpiło). Formalnie zatem rosyjskie (i ukraińskie też) okręty wojskowe mają prawo przebywać w każdym punkcie morza. Dlaczego mimo dokonanej przez Rosję aneksji Krymu Kijów przez ponad cztery lata nie wypowiedział tej umowy – pozostaje zagadką.

W rozmowie ze stacją telewizyjną EspresoTV, brytyjski ekspert wojskowy Glenn Grant twierdzi, że jeśli Ukraina nie podejmie skutecznych kroków, to akwen całkowicie przejdzie pod kontrolę Rosji, a perspektywy gospodarcze miast ukraińskiego wybrzeża ulegną znacznemu pogorszeniu.

 

O co chodzi Kremlowi?

W działaniach Kremla widocznych jest kilka motywacji, z których żadna nie jest dominująca: są to działania kombinowane i należy je traktować kompleksowo.

Pierwszy motyw jest ściśle związany z czynnikami militarno-politycznymi. Zakłada on sondowanie reakcji ukraińskich władz (oraz Zachodu) na eskalację napięć na Morzu Azowskim. Moskwa sprawdza model reagowania Ukrainy, co może mieć znaczenie w przyszłości – nie można bowiem wykluczyć, że w akwenie dojdzie do działań militarnych. Jest to też forma ćwiczeń i weryfikowanie własnych możliwości.

Drugim elementem jest presja wywierana na ukraińską gospodarkę poprzez ciosy zadawane portom w Mariupolu i Berdiańsku. Dokładnych szacunków strat nie przedstawiono, ale są one bez wątpienia znaczące. Tak czy inaczej jest to klasyczna próba osłabienia potencjału gospodarczego Ukrainy. Pod względem przeładunków porty w Mariupolu i Berdiańsku zajmują dopiero odpowiednio piąte i siódme miejsce wśród ukraińskich portów. Kluczową w tym kontekście jest jednak ich orientacja na eksport produkcji pobliskich zakładów metalurgicznych. Zarówno porty, jak i kombinaty metalurgiczne są domeną Rinata Achmetowa. Można więc uznać to za presję wywieraną na wpływowego biznesmena.

Ten ostatni element pokazuje zresztą związek rosyjskich zabiegów w akwenie z sytuacją polityczną nad Dnieprem – polityka jest trzecią motywacją Kremla. Według portalu „Ukraińska Prawda”, Moskwa kuluarowo zabiega, aby siły prorosyjskie wystawiły jednego kandydata na wyborach prezydenckich wiosną 2019 roku. Kreml chce także, aby środowiska te jesienią 2019 roku, podczas wyborów do Rady Najwyższej, również zwarły szeregi. Główną przeszkodą w tych zabiegach jest stanowisko Achmetowa – jednego z kluczowych „udziałowców” Bloku Opozycyjnego, który to wspiera kilku kandydatów jednocześnie. Wywarcie presji ekonomicznej na obiekty Achmetowa wygląda zatem na próbę „przekonania” go do zmiany stanowiska.

Czwarta składowa to próba wykazania militarnej, polityczno-dyplomatycznej i ekonomicznej nieudolności decydentów w Kijowie. Obraz „nieskutecznych” władz ma pogłębiać rozczarowanie nad Dnieprem. Demonstrowanie wszechwładzy Moskwy w akwenie ma pokazać bezradność rządzących w Kijowie. Innymi słowy, to strategia ich dyskredytacji oraz wywołania „efektu bezsilności”.

Po piąte wreszcie, Moskwa może dążyć do wymuszenia zgody Kijowa na wznowienie dostaw wody na półwysep krymski z Ukrainy kontynentalnej, które to zablokowała po aneksji. W bieżącym roku informowano, że brak wody na okupowanym Krymie jest coraz bardziej uciążliwy dla sektora rolnego i generuje niezadowolenie społeczne. Ma to dotyczyć zwłaszcza północnej i centralnej części półwyspu, czyli najbardziej proukraińskich. Czynnik ten ma jednak drugorzędne znaczenie.

Wyjść z letargu

Jak dotąd Kijów nie zdobył się na adekwatną reakcję na posunięcia Moskwy. 17 lipca prezydent Petro Poroszenko oświadczył, że Ukraina nie będzie tolerować podobnych działań Kremla, wydał także odpowiednie rozkazy wojskowym, które mają powstrzymać prowokacje Rosjan. Nie wiadomo, czego dokładnie dotyczą, ale w obliczu asymetrii sił trudno sobie wyobrazić, by były skuteczne. Ponadto w czerwcu zapoczątkowano ćwiczenia w strefie przybrzeżnej z udziałem wojsk artyleryjskich i rakietowych. „Argumenty” te nie robią niemal żadnego wrażenia na Moskwie. Widać wyraźnie, że oficjalny Kijów bardziej imituje sprzeciw i naiwnie liczy, że sprawa sama „rozejdzie się po kościach”.

Jedynym, co daje odrobinę nadziei, jest początek odbudowy Sił Morskich Ukrainy (SMU), które po aneksji znalazły się w opłakanym stanie. W zeszłym roku w Oczakowie w obwodzie mikołajowskim rozpoczęto budowę Centrum Dowodzenia Operacyjnego dla SMU, a budową zajmują się wojska inżynieryjne USA. W końcowej fazie znajdują się prace nad nowym pociskiem manewrującym Neptun, który już w przyszłym roku ma trafić do SMU. Ponadto na początku kwietnia 2018 roku dowództwo SMU ogłosiło, że USA przekażą Ukrainie dwa kutry patrolowe typu Island do końca 2019 roku. Ukraina dostanie je bezpłatnie, ale będzie musiała zapłacić za ich transfer. Ma to być projekt pilotażowy, który pokaże, na ile Kijów będzie gotowy do pogłębienia współpracy o takim charakterze, co może z kolei otworzyć drogę do pozyskania poważniejszych okrętów. Głównym ryzykiem i czynnikiem powstrzymującym są tu wybory 2019 roku, które mogą przecież odmienić lub skorygować wektor geopolityczny Kijowa. Ogólnie rzecz biorąc, Ukraina obrała kurs na budowę lekkich sił nawodnych, co jest rozwiązaniem ze wszech miar słusznym.

W obliczu różnicy potencjałów Kijowa i Moskwy zabiegi te mogą co najwyżej ograniczyć zuchwałość Kremla – w najbliższym czasie Ukraina nie zdoła zrealizować swoich planów odbudowy SMU. W perspektywie krótkoterminowej skuteczniejsze mogą być kroki dyplomatyczne. Wbrew pozorom paleta instrumentów Kijowa nie jest mała.

Oprócz wspomnianego wypowiedzenia umowy z 2003 roku i wszczęcia postępowań sądowych przed międzynarodowymi instancjami, Ukraina może sprawę poruszyć na forum ONZ. Podstawą przeciwdziałania musi być aktywność dyplomatyczna i informacyjna. Kijów powinien domagać się nasilenia antyrosyjskich sankcji – zachodnie restrykcje mogłyby na przykład objąć czarnomorskie porty FR.

Wreszcie, Ukraina może zwrócić się do USA o pomoc militarną w postaci stałej obecności amerykańskich okrętów w ukraińskich portach. Obowiązująca po dziś dzień Konwencja Montreux z 1936 roku ogranicza możliwość stałego ich przebywania na Morzu Czarnym, ale jest inne wyjście: przekazanie przez USA Ukrainie lub Rumunii swoich okrętów, które mogłyby być dyslokowane na Morzu Czarnym pod banderą ukraińską, rumuńską lub wspólną rumuńsko-ukraińską. To byłby prawdziwy i czytelny sygnał do Moskwy, mogący powstrzymać ją przed eskalacją na morzu. Ale rozwiązanie to może być zrealizowane jedynie w dłuższej perspektywie czasowej.

Byle do wyborów

Dziś istnieją tylko dwa scenariusze rozwoju sytuacji: militarny i hybrydowy. Pierwszy jest na Morzu Azowskim mało prawdopodobny. Oczywiście, siły FR z łatwością rozbiłaby SMU, ale nie przyniosłoby to praktycznie żadnych zysków na lądzie. Aby uzyskać minimalne profity na lądzie w postaci korytarza na Krym, rosyjskie wojska musiałyby uciec się do szeroko zakrojonych działań militarnych, które z przyczyn wojskowych (ryzyka dużych strat z mało przewidywalnym rezultatem) i polityczno-dyplomatycznych (nasilenie sankcji zachodnich) są mało prawdopodobne.

Ponadto scenariusz ten musiałby obejmować znakomicie przygotowany i przekonujący casus belli. I widać jednocześnie wyraźnie, że Kreml pozostawia sobie furtkę i nie wyklucza takiego wariantu. Świadczą o tym choćby groteskowe aresztowania ukraińskich „szpiegów” i „dywersantów”, którzy rzekomo planowali ataki na obiekty infrastruktury w Rosji i na Krymie. Ponadto Komitet Antyterrorystyczny FR informował o zagrożeniu dla mostu kerczeńskiego w związku z „aktywnością wywiadu ukraińskiego”. Takie komunikaty mocno sugerują przygotowanie przez Rosjan prowokacji, w które Zachód na pewno nie uwierzy. Wydaje się też wątpliwe, by Moskwie udało się sprowokować SMU do operacji siłowej. Nie ma jednak wątpliwości, że permanentne zagrożenie atakiem jest elementem presji psychologicznej na Kijów.

Z uwagi na powyższe okoliczności znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz hybrydowy: utrzymanie napięcia i presji na Ukrainę jako instrumentów wpływania na wybory prezydenckie i parlamentarne. Jednym z elementów taktyki rosyjskiej jest też inspirowanie działań sił prorosyjskich na terenach przyległych do okupowanych Donbasu i Krymu: obwodów donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego.

Pochodną tego scenariusza może być przeniesienie modelu azowskiego na północno-zachodni akwen Morza Czarnego. Wówczas bezpośrednim obiektem presji stałyby się kluczowe ukraińskie porty w Jużnym, Odessie, Mikołajowie i Czarnomorsku. Stanowią one „okno na świat” dla ukierunkowanego na eksport sektora rolnego – jednego z trzonów ukraińskiej gospodarki. Ich blokada byłaby silnym wstrząsem dla stanu ekonomicznego kraju. W dłuższej perspektywie o kursie Moskwy na południowym „podbrzuszu” Ukrainy zdecyduje rezultat wyborów prezydenckich i parlamentarnych.

 

Paweł Kost jest członkiem Rady Ekspertów Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem w Kijowie. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej” i serwisu Defence24.pl.

Fot. AlixSaz (cc by-sa 4.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Paweł Kost
Powrót
Najnowsze

Donbaskie roszady

16.11.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Koniec rewolucji – wybory w Armenii

15.11.2018
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Zdezawuowane idee Giedroycia

14.11.2018
Igor Ksenicz Wołodymyr Pawliw
Czytaj dalej

Do przerwy 1:1

13.11.2018
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Brudna perła Finlandii. Sprawa Airiston Helmi a relacje fińsko-rosyjskie

12.11.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Spotkanie z Wojciechem Góreckim

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu