Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Dwadzieścia lewów albo śmierć
2018-08-16
Karl-Markus Gauss

Karl-Markus Gauss – podróżnik, reporter, znawca zapomnianej literatury austro-węgierskiej w najnowszej książce Dwadzieścia lewów albo śmierć udaje się w podróż po Mołdawii, Serbii, Chorwacji i Bułgarii. Prezentujemy fragment książki – dziś premiera w Wydawnictwie Czarne!

 

 

 

Martwe dziewczęta z Futogu (fragment rozdziału, przekład całości: Sława Lisiecka).

 

1.

23 lipca 2009 roku stałem o godzinie osiemnastej w katolickim kościele w Futogu i widziałem, jak moja matka wchodzi do kościoła w szeregu dzieci mających przystąpić do pierwszej komunii świętej. Tak jak wszystkie dziewczynki mama była w białej sukience z koronkową górą, a czarne włosy miała związane w gęsty koński ogon. Owego późnego popołudnia przez duży witraż znajdujący się po prawej stronie ołtarza wpadało słońce do środkowej nawy, przez którą dziewczynki pobożnie, w jednej linii, a za nimi jeden za drugim wszyscy zmarli chłopcy dreptali w stronę ołtarza, starając się nie zgubić kroku. Mama była drobna, pozostała taka do końca swoich dni, w prawej ręce trzymała świecę komunijną, a jej twarz spowijała nabożna powaga, którą, gdy ujrzała mnie w cieniu nawy kościelnej, zmącił szelmowski uśmiech: no widzisz, jednak tu przyjechałeś!

Był to już trzeci dzień z kolei, o którym miejscowa ludność mówiła, że to najgorętszy dzień roku. Przedwczoraj przejeżdżaliśmy obok milionów uschniętych słoneczników rosnących na równinie nazywanej przez Serbów Srem, przez Węgrów Szerémség, a przez naddunajskich Szwabów, wypędzonych stąd zimną jesienią 1944 roku, Syrmien. Podróż wiodła przez długie wsie, gdzie niekiedy wyrywaliśmy z letniej drzemki kilka psów, przez pewien czas biegnących za naszym samochodem, a potem zawracających z bezsilną wściekłością, i obok klasztorów ukrytych w lasach, gdzie serbskość przetrwała niegdyś długi sen braku historii. Co parę kilometrów oferowano na skraju drogi olbrzymie arbuzy, trzy lub cztery były przekrojone na pół i leżały na zwykłych ladach, inne natomiast były ułożone w olbrzymie ciemnozielone piramidy.

Kiedy się zatrzymaliśmy, chłop odpoczywał w cieniu pod swoim traktorem. Wstał jednak i od razu podciągnął podkoszulek bez rękawów, odsłaniając brzuch, jakby to potężne sadło, kołyszące się przy każdym ruchu sprzedawcy, było jego największą dumą. To wgryzając się w arbuzy, to znów siorbiąc, spożyliśmy ku jego wyraźnej satysfakcji podane nam kawałki i dopiero gdy się z tym uporaliśmy, zapytał nas, skąd przybywamy i dokąd się udajemy. Usłyszawszy, że jedziemy z Belgradu do Nowego Sadu, aby zwiedzić miasto i okolicę, gdzie się urodzili i dorastali moi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie, pochwalił nasz zamiar, a zwłaszcza to, że nie ulękliśmy się podróży w najgorętszy dzień roku.

Moją matkę w ostatnich latach życia bardzo bolało, że odbywając tak wiele podróży i pisząc o różnych, prawie nikomu nieznanych grupach etnicznych w Kalabrii, na Litwie lub w Macedonii, nigdy dotąd nie odwiedziłem krainy przodków, Baczki. Powstrzymywała mnie przed tym zagadkowa bojaźń, choć przecież już w dzieciństwie opowiadano mi historię tego regionu i potrafiłem niczym zaklęcie wypowiadać nazwy wiosek i miasteczek: Kikinda i Palanka, Vršac i Odžaci, Kubin i Filipowa. Może ten daleki świat, który rodzice zabrali ze sobą do Austrii, był nazbyt obecny w czasach mojego dzieciństwa i nie chciałem narazić się na rozczarowanie, którego z pewnością bym doznał na widok czegoś, o czym słyszałem tyle legend. Tego, co od najwcześniejszych lat nosiłem w sobie jako obraz, nie chciałem odnaleźć w rzeczywistości jako inne. Teraz jednak, cztery lata po śmierci matki, stałem w kościele w Futogu i wszystko było dokładnie takie, jak mi o tym opowiadała i jak odmalowywałem to sobie przez pięćdziesiąt lat.

 

2.

Wczoraj było jeszcze goręcej niż przedwczoraj, kiedy więc wyruszyliśmy na przechadzkę po Nowym Sadzie, mieście, które węgierscy mieszkańcy nazywają Újvidék, a Szwabowie naddunajscy – Neusatz, na ulicach i placach w starej dzielnicy prawie nie było żywego ducha. Gdy weszliśmy na Trg Slobode, plac Wolności, w samym sercu starówki, stojący na jego środku monument zdawał się drżeć i migotać w powietrzu. Kto teraz był w ruchu, szedł tuż przy murach budynków, aby zaznać nieco cienia, Svetozar Miletić panował więc całkiem sam w swym niewyczerpanym gniewie nad placem przed ratuszem. Rzadko które miasto wystawia jednemu ze swoich mieszkańców taki pomnik. Już cokół, na którym on spoczywa, ma ponad dwa metry wysokości, a na nim stoi monumentalna postać z zielonawego, poczerniałego brązu, mężczyzna z potężną brodą, rozwianymi włosami, z ręką zaciśniętą na wysokości głowy w pięść, trybun ludowy, który właśnie doszedł do najbardziej płomiennego fragmentu swojej mowy i zdaje się składać z furii zamienionej w metal. Svetozar Miletić, serbski publicysta i polityk żyjący w XIX wieku, miał nadzieję, że akurat w Wojwodinie, od zamierzchłych czasów zamieszkanej przez wiele ludów, narodowe powstanie jedynej z jej grup etnicznych, Serbów, przyniesie wszystkim wolność i demokrację. Miletić wygląda na pomniku nieomal karykaturalnie, jakby to było wystąpienie zaciekłego okrutnika, którego gniew nie potrzebuje innej okazji, jak tylko samego siebie.

Plac z przynależącymi do niego dwiema ulicami, w które przechodzi on na północy i południu, przemierzałem już jako dziecko, gdy jeszcze ani razu nie wyjechałem z Salzburga, tak przekonująco mi o nim opowiadano: jasna serbskoprawosławna cerkiew pod wezwaniem Świętego Jerzego na jego jednym końcu, barokowy pałac biskupi, wąski, wysoki i długi kościół katolicki pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, wzniesiony dopiero około 1900 roku, a naprzeciw niego, na drugim końcu placu, proporcjonalny neogotycki ratusz, otoczony ładnie odnowionymi domami starego miasta o dumnej mieszczańskiej tradycji. To tutaj moja matka chodziła do gimnazjum, a Nowy Sad pozostał dla niej pierwszym doświadczeniem miasta, pierwszym spotkaniem z miejskimi formami bycia i obycia, miejscem, w którym ukształtowała się w niej istota wszystkich miast. Zobaczyłem, że od głównego placu prowadzi na południowy zachód Futoška, ulica biegnąca obok synagogi i cmentarza żydowskiego poza miasto, do Futogu, dawnej wsi położonej około trzynastu kilometrów za Nowym Sadem, stanowiącej dzisiaj jego przedmieście nazywane przez mieszkańców Futakiem. Matka pochodziła z Futogu, musiała jednak wymusić na ojcu, aby w Nowym Sadzie mogła uczęszczać nie do niemieckiego, lecz do serbskiego gimnazjum, które nazywało się Državna Ženska Realna Gimnazija. W końcu ojciec, który nie wyobrażał sobie, żeby Szwabi naddunajscy nie mogli na wieki pozostać na obszarach między Dunajem a Cisą, uległ nieustępliwym błaganiom córki, gdyż przekonała go, że szwabski kupiec może tylko skorzystać na tym, że jego latorośl będzie chodzić do szkoły średniej utworzonej w 1918 roku właśnie przez Serbów.

Wczoraj wieczorem spotkaliśmy Lászla Végela, węgierskiego pisarza, który przed prawie czterdziestu laty odnowił literaturę węgierską dzięki swojemu śmiałemu, eksperymentalnemu językowi, jaki akurat mógł stworzyć na obrzeżach węgierskiego obszaru językowego jako obywatel innego państwa, otoczony wieloma używanymi tam mowami i dialektami. László jest serdecznym starszym panem o siwych włosach i siwej brodzie, na pierwszy rzut oka sprawiającym wrażenie ociężałego, ale mimo krępej postaci i siedemdziesiątki na karku ma w sobie coś dziecięco niespokojnego, niecierpliwego. Niemczyzną oczarowującą kuriozalnymi zwrotami opowiedział nam o bardzo niewygodnych sprawach, jak choćby o tym, że Slobodan Milošević pozbawił Kosowo i Wojwodinę praw autonomicznego regionu, zagwarantowanych im dawniej, w nietarganych narodowymi sporami czasach rządów Tita. W przetłumaczonej również na język niemiecki książce Exterritórium [Eksterytorium] opowiada o tym, że przed dwudziestu, trzydziestu laty nacjonalizm zaczął z wolna ogarniać jego miasto i okolicę, dobrzy sąsiedzi obserwowali się nieufnie i porównywali, kto lepiej trafił, jeśli chodzi o ziemię, władze, dzieci, życie, a wreszcie – o narodowość. Dziewięćdziesięcioletniej matce Lászla, która bardzo rzadko opuszczała swoją wioskę i tylko czasami jeździła do miasta, do Újvidka, ludzie, z którymi przez wiele dziesiątków lat żyła dom w dom, ogród w ogród, poradzili pewnego dnia, żeby wróciła do swojej ojczyzny, dopóki jest to jeszcze dozwolone. Jako że wiele osób zaczęło identyfikować się pod względem etnicznym i odwoływać się do swojej etni jako do wyimaginowanego państwa narodowego, za prawdziwą ojczyznę matki Lászla uznały one naraz Węgry – kraj, w którym nigdy nie mieszkała, a nawet przez całe swoje życie nie widziała go na oczy.

Wyszliśmy z Lászlem ze starówki i udaliśmy się nad Dunaj, do restauracji nad rzeką. O dziewiątej wieczorem było jeszcze tak duszno, że wyczerpane komary zdawały się wpadać do dzbanów z winem, aby znaleźć szybką śmierć w alkoholu. László zamówił dla wszystkich paprykarz rybny, znany mi z dzieciństwa ze sporadycznych świąt Szwabów naddunajskich, przy którego spożywaniu należy podwinąć rękawy, gdyż trzeba zanurzać ręce w ostrym od papryki bulionie, żeby wyłowić kawałki ryby, a ości po kilku sekundach należy wyciągać z ust. Opowiadał, że jadł tutaj z Danilem Kišem i z Aleksandarem Tišmą, dwoma wielkimi pisarzami, których żydowskie rodziny zostały prawie całkowicie unicestwione, gdy narodowi socjaliści zdobyli Bałkany, włączyli Wojwodinę do państwa węgierskiego i w Nowym Sadzie zaczęli szaleć strzałokrzyżowcy. Jedynie nieliczni Żydzi przeżyli masakrę w samym regionie albo w obozach koncentracyjnych, gdzie ich zapędzono.

Od 1944 roku brakowało jednak w Baczce również Szwabów naddunajskich, którzy mieszkali tutaj dwieście lat, a potem zbiegli przed partyzantami albo zostali przez nich wsadzeni do obozów, oskarżeni o to, że trzymają z okupantami, a nawet o to, że ci wezwali ich do kraju. W Nowym Sadzie i na całym obszarze spotkaliśmy zaledwie nielicznych, przeważnie bardzo starych ludzi jeszcze mówiących po niemiecku; będący w związkach małżeńskich z Rumunami, Węgrami, Czarnogórcami, Serbami w minionych dziesięcioleciach nie mieli właściwie okazji, żeby mówić w swoim języku ojczystym. László nie wierzy, że Wojwodina odzyska wieloetniczny charakter albo choćby zachowa tylko to, co z niego zostało, ciągle jednak nie traci nadziei. Ale jego dzieci wyjechały z miasta, regionu, państwa i mieszkają za granicą – syn w Budapeszcie, córka w Paryżu, ich dzieci wrócą zaś tutaj jedynie po to, aby podobnie jak ja zobaczyć, gdzie dorastali ich rodzice.

 

Przekład Sława Lisiecka

Seria Sulina, Wydawnictwo Czarne

Premiera 16 sierpnia

Więcej

 


Powrót
Najnowsze

Do przerwy 1:1

13.11.2018
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Brudna perła Finlandii. Sprawa Airiston Helmi a relacje fińsko-rosyjskie

12.11.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Spotkanie z Wojciechem Góreckim

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

Konkurs dla prenumeratorów na 10-lecie NEWu

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

Do Polaków. Cały wiek polsko-ukraiński: nie pierwszy i nie ostatni

07.11.2018
Ukraińcy – obywatele Rzeczypospolitej Polskiej
Czytaj dalej

10-lecie NEW

31.10.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu