Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Pełzająca agresja Rosji na morzach
2018-11-28
Paweł Kost

Atak sił rosyjskich na ukraińskie kutry to kolejne stadium agresji Federacji Rosyjskiej wobec Ukrainy. Jego niezwykle ważnym aspektem jest badanie reakcji międzynarodowej. Nie warto zaś dramatyzować z powodu wprowadzenia stanu wojennego na części terytorium Ukrainy. 

 

Dobrze znany, ale zapominany background

Tytułem wstępu do jakichkolwiek rozważań na temat eskalacji napięcia na Morzach Czarnym i Azowskim jest kilka składowych kontekstu. Absolutnie kluczową kwestią jest fakt, że z jakiejkolwiek perspektywy nie spojrzymy na problem, fundamentalną przyczyną zaognienia sytuacji w akwenie jest aneksja Krymu. Nawet, gdyby jednak założyć, że Krym jest częścią FR, ukraińskie kutry miały prawo do przepłynięcia przez cieśninę.

Kolejne dwa elementy tła to zaplanowane na przyszły rok wybory prezydenckie (31 marca) i parlamentarne (jesień) na Ukrainie oraz obserwowany od wielu miesięcy kurs Rosji na wywarcie presji ekonomicznej na ukraińskie porty akwenu azowskiego (z interesami najbogatszego Ukraińca – Rinata Achmetowa – w tle). Wreszcie, w ostatnich miesiącach dokonał się pewien przełom (niewielki) w rozwoju Sił Morskich Ukrainy. Choć potencjały militarne obu państw na Morzu Azowskim, a tym bardziej na Morzu Czarnym, jeszcze długo pozostaną asymetryczne na niekorzyść Ukrainy, to teoretycznie proces ten stwarza szansę na zwiększenie skuteczności powstrzymywania Rosji przez siły ukraińskie.

 

Incydent czy „pełzająca agresja”?

W samym wydarzeniu, a także w dyskusjach wokół tego tematu w Polsce, warto wyodrębnić kilka ważnych nieścisłości. Zacznę od opinii wygłoszonej przez dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich Adama Eberhardta w rozmowie w RMF24, że mamy do czynienia z „nieprzyjemnym incydentem”. Formalnie jest to prawda. Jednak spojrzenie na to wydarzenie z perspektywy czasowej i wmontowanie go w sekwencję zdarzeń na Morzu Czarnym i Azowskim zmusza do konstatacji, że podobne opinie niosą w sobie pewne niebezpieczeństwo.

Rzecz w tym, że licząc od samej aneksji i nawet wyłączając z tego sytuację na Donbasie, która przecież też jest częścią całego obrazka, mamy do czynienia z regularnym, choć bardzo powolnym procesem polegającym na blokowaniu Ukrainy od morza. Najważniejsze tego przejawy to: budowa mostu nad Cieśniną Kerczeńską i ograniczenie „na czas budowy” żeglugi przez nią; przejęcie platform wiertniczych Czornomornaftohazu na Morzu Czarnym (część z nich byłaby po ukraińskiej stronie granicy nawet w przypadku uznania przez Kijów aneksji Krymu); początek blokady Cieśniny Kerczeńskiej i regularne kontrole statków; nasilenie kontroli i blokady cieśniny; nie przepuszczenie ukraińskich kutrów przez cieśninę i wreszcie niedzielny incydent.

Każde z tych „zaostrzeń” z osobna samo w sobie nie jest może wydarzeniem na ogromną skalę, ale łącznie tworzą logiczny i bardzo niebezpieczny ciąg zdarzeń, które oznaczają regularnie narastającą i de facto otwartą agresję Rosji od morza. Tyle, że rozciągniętą w czasie, by osłabić reakcję Ukrainy i przede wszystkim Zachodu. Za każdym razem chodzi też o test ich reakcji, na podstawie którego potem jest czyniony kolejny krok.

Co to może oznaczać w dłuższej perspektywie? Od dawna w ukraińskich kręgach eksperckich rozważane jest zagrożenie operacji desantowej FR na południowe wybrzeże Ukrainy. Rozpatrywane są dwa kierunki uderzenia w okolicach Mariupola i Berdiańska na Morzu Azowskim oraz na Morzu Czarnym. Do takiego wariantu rozwoju wydarzeń Rosja na razie nie jest gotowa – Kreml musiałby w tym celu „wyczyścić” sytuację na morzu do tego stopnia, by stworzyć stosowne warunki dla podobnej operacji. Jednym z nich jest blokada morska Ukrainy. Wydarzenia na obydwu morzach z ostatnich kilku lat, zwłaszcza od 2016 roku, pokazują, że Moskwa konsekwentnie, krok po kroku, podejmuje takie działania przygotowawcze.

Przypomnę w tym kontekście, że w związku z przejęciem ukraińskich platform wiertniczych na Morzu Czarnym przez siły rosyjskie i wzmocnienie ich wsparciem Floty Czarnomorskiej, FR de facto pozostawia dla żeglugi niewielki korytarz między zaanektowanymi platformami oraz Wyspą Wężową. Sekwencja wydarzeń i działań rosyjskich jasno wskazuje, że jedną z kolejnych prób będzie rozszerzenie aktywności na wspomniany korytarz celem ostatecznej blokady ukraińskich portów na Morzu Czarnym (Jużnyj, Odessa, Mikołajów, Czornomorsk). A to byłby prawdziwy wstrząs dla ukraińskiej gospodarki.

Zupełnie osobną kwestią jest, czy Moskwa, kończąc przygotowanie do operacji desantowej, zdecydowałaby się na jej przeprowadzenie. Wydaje się, że z uwagi na wysokie koszty polityczne i nieprzewidywalne rezultaty raczej nie. Ale taki instrument (blokada morska Ukrainy) byłby doskonałym elementem nacisku na Kijów. I wiele wskazuje na to, że to jest linia konsekwentnie realizowana przez Kreml.

 

Polityka czy potrzeba czasu?

Na pierwszy rzut oka ogłoszenie przez władze ukraińskie stanu wojennego na części terytorium jest reakcją zbyt gwałtowną i znacznie wykraczającą poza poziom zagrożenia wynikający z wydarzeń na morzach. Takie podejście jest jednak spłycaniem zagadnienia, które ma co najmniej trzy aspekty.

Pierwszym jest szeroko nagłośniona kwestia polityczno-przedwyborcza. Oczywistym jest, że ten krok jest próbą konsolidacji społecznej wokół zagrożenia zewnętrznego przez obóz prezydenta Poroszenki. Urzędujący prezydent jednoznacznie wybrał dla siebie podczas kampanii wyborczej rolę „głównego adwersarza Rosji” i zamierza grać tą kartą do końca. Z tego punktu widzenia wydarzenia w pobliżu Cieśniny Kerczeńskiej były wygodnym pretekstem do wprowadzenia stanu wojennego. Choć ta motywacja wydaje się być zdecydowanie dominującą, to jest niepełna.

Kolejne motywy mają obiektywne oblicze militarno-administracyjne. Nie jest żadną tajemnicą, że FR sformowała kilka ugrupowań, które w krótkim czasie mogą być gotowe do ataku na pełną skalę wobec Ukrainy. Chodzi o 8. Armię (ze sztabem w Nowoczerkasku), 20. Armię (Woroneż) i w mniejszym stopniu 1. Armię (obwód moskiewski). Oczywiście, ryzyko rozpoczęcia otwartej wojny nie jest obecnie wysokie, ale samo zagrożenie istnieje. Czy zatem Kijów miał czekać ze wprowadzeniem stanu wojennego aż się rozpocznie? Mychajło Samuś, wicedyrektor Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem w Kijowie, podkreśla, że celem stanu wojennego w obecnych warunkach jest przede wszystkim sprawdzenie możliwości i sprawności współdziałania czynników wojskowych z cywilnymi administracjami w obliczu ewentualnej gorącej fazy agresji. Innymi słowy, to dobra okazja do szlifowania mechanizmów i algorytmów współpracy na wypadek rosyjskiej interwencji militarnej, które obecnie (delikatnie ujmując) raczej nie wyglądają na dopracowane. A przecież jest jeszcze zagrożenie związane z próbami destabilizowania sytuacji (wybuchy składów broni, ochrona infrastruktury krytycznej itd.), które w kontekście wyborów będą się tylko nasilać. Zatem, grzechem obecnych władz jest zbyt długie zwlekanie z wprowadzeniem stanu wojennego i sposób, w jaki tego dokonano, a nie samo wprowadzenie.

Po trzecie, wydaje się, że jest to nieco desperacka próba przykucia uwagi do Ukrainy ze strony wspólnoty międzynarodowej. W obliczu dysproporcji sił (ekonomicznych, militarnych) FR i Ukrainy, Kijów nie może w dłuższej perspektywie odpierać agresji silniejszego przeciwnika bez wsparcia Zachodu. Dotychczasowe kroki państw zachodnich (sankcje, „zaniepokojenie”, środki dyplomatyczne, ograniczona pomoc wojskowa dla Ukrainy) są mało skuteczne w powstrzymywaniu agresywnych zapędów Kremla. Dlatego w pewnym sensie wprowadzenie stanu wojennego przez władze Ukrainy należy oceniać jako nieco rozpaczliwy sygnał do państw zachodnich, mający na celu zwrócenie ich uwagi na problem i pobudzający USA i UE do zaostrzenia sankcji wobec FR za „pełzającą” agresję na Morzach Azowskim i Czarnym.

 

Czy Zachód się obudzi?

Właśnie od reakcji świata zachodniego zależy w ogromnym stopniu dalszy rozwój sytuacji. Z jakichś powodów Zachód nie zauważa, że Kreml jest gotów posunąć się tak daleko, jak pozwoli mu społeczność międzynarodowa. Brak reagowania lub zaledwie symboliczne posunięcia (wyrazy zaniepokojenia, środki dyplomatyczne bądź niezbyt dotkliwe restrykcje) są odbierane w Rosji jednoznacznie – „Zachód jest słaby, powolny w działaniu i niegotowy do starcia z nami. Możemy więc kontynuować”. Regularne zaostrzanie sytuacji przez stronę rosyjską i stopniowe przekraczanie nowych granic będzie gwarantowane. M.in. dlatego oceny wydarzeń na morzach nie powinny być nader spokojne, bo mogą doprowadzić do kolejnego „zagłaskania” problemu. Aż do następnego razu.

Tymczasem Zachód ma instrumenty mające potencjał bardzo szybko i dosadnie wytłumaczyć Kremlowi, że eskalacja sytuacji nie jest dobrym rozwiązaniem. Uderzenie w projekty Nord Stream 2 i drugą nitkę Turk Stream, odcięcie Rosji od SWIFT, egzekucja informacji zawartych w raporcie lutowym do Kongresu USA, pomoc militarna dla Ukrainy – to najważniejsze z nich. Szczególne miejsce w tym zestawieniu pełni NS 2, który urósł nie tylko do projektu ważnego pod względem każdego z rodzajów bezpieczeństwa (militarnego, energetycznego czy też informacyjnego), ale też stał się swoistym papierkiem lakmusowym dalszego rozwoju relacji Zachodu z FR z Ukrainą (i Polską też) w tle. Uderzenie w ten projekt mocno zaboli Kreml, a także niektóre środowiska (tzw. „wieże” Kremla), co jest dodatkowo istotne w kontekście zaostrzającej się rywalizacji rosyjskich grup wpływu. Niemal na pewno ostudzi też zapał do dalszych działań agresywnych na Ukrainie i pozostałych kierunkach.

Jeśli kolejne sankcje po agresji na morzu będą polegały na umieszczeniu na liście sankcyjnej nowych nazwisk rosyjskich wojskowych, to będzie to równoznaczne z brakiem restrykcji. Dalsze wyrażanie poparcia na forach międzynarodowych bez wzmocnienia tego konkretnymi działaniami doprowadzi do kolejnych aktów agresji. W tym kontekście dokumentowanie ataku i chwalenie się nim w sieci przez stronę rosyjską, co jest de facto podzieleniem się z publicznością dowodami łamania prawa, świadczy o coraz większym poczuciu bezkarności Kremla.

 

Paweł Kost – członek Rady Ekspertów Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem w Kijowie; stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej” i serwisu „Defence24.pl”.

 

Fot. VMorozoff (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Paweł Kost
Powrót
Najnowsze

Sport postawiony pod ścianą

15.12.2018
Krzysztof Popek Piotr Rowicki
Czytaj dalej

Obserwatorzy w Działaniu

14.12.2018
NEW
Czytaj dalej

Jak de-rumunizowała się Rumunia?

13.12.2018
Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Medal Stulecia Niepodległości dla KEW

11.12.2018
NEW
Czytaj dalej

Rewolucja mentalna w Armenii

11.12.2018
Jan Brodowski Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Plebiscyt na najlepszą historyczną książkę 2018 roku

11.12.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu