Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Jesteśmy silni (cz. 2)
2011-06-14
Z Elkhanem Nurijewem rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki
Z Elkhanem Nurijewem rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki Jesteśmy silni (cz. 1)

Właściwie dlaczego przez tak długi okres nie udało się rozwiązać problemu Górskiego Karabachu?


Rozwiązanie powinno być proste i oparte na prawie międzynarodowym. Okupowane terytoria w świetle prawa należą do Azerbejdżanu i powinny zostać nam zwrócone. Opinia międzynarodowa temu nie zaprzecza, oczywiście, z wyjątkiem Armenii. Jeśli jakieś państwo łamie prawo międzynarodowe, to powinno zostać obłożone sankcjami. Tak się niestety nie dzieje. Organizacje takie jak OBWE i ONZ podejmują rezolucje, ale nikt się nimi nie przejmuje.
 
Na przykładach Kosowa, Osetii Południowej i Abchazji widać, że maleńkie terytoria mogą oderwać się od krajów i opinia międzynarodowa to de facto akceptuje. Ormianie liczą, że tak się stanie z Karabachem.

Nie zgadzam się z takim porównaniem. Takie podejście do Karabachu byłoby naruszeniem międzynarodowego prawa. To groziłoby destabilizacją na całym terytorium Europy. Należy ostrożnie myśleć, gdy porównuje się Kosowo do Karabachu. Zresztą, wszystkie przywołane przykłady dotyczą konfliktów wewnątrzpaństwowych. A nasz konflikt jest konfliktem międzypaństwowym, w który zaangażowane są dwa państwa: Azerbejdżan i Armenia. Armenia, choć twierdzi, że nie uznała tego terytorium, jest de facto uczestnikiem konfliktu.

Dlaczego Baku nie zdecydowało się na rozwiązanie siłowe? Budżet wojskowy Azerbejdżanu jest porównywalny z budżetem całej Armenii.

Oczywiście, jest taka alternatywa. I pan prezydent mówi, że cierpliwość azerbejdżańskiego narodu ma swoją granicę.

A gdzie ona przebiega?

Powiem tylko, że rozpatrujemy wariant siłowy. Póki co, chcemy zmusić Armenię do rozwiązania konfliktu na drodze pokojowej. OBWE powinno zwrócić się do ONZ, aby użyto specjalnych środków w celu zmuszenia agresora do wycofania się. Jeśli wszyscy są zgodni, że należy oswobodzić to terytorium, to należy tak zrobić. Następnie odblokować szlaki komunikacyjne, żeby uchodźcy mogli powrócić do domów. Ormianie i Azerowie powinni mieć możliwość życia razem. Wszyscy przecież twierdzą, że tak powinno być. Najważniejsze: siedem okupowanych rejonów powinno być oswobodzonych.

A może obecna sytuacja jest dla wszystkich wygodna? Ormianie mają terytoria, a Azerbejdżan usprawiedliwia swój ustrój wojną.

Nie, to nie jest dla nas wygodne. Chcemy zmiany sytuacji. Mamy plany rozwojowe dla Karabachu, Armenia nie ma takiego planu. Karabach po rozwiązaniu konfliktu może być wolną strefą gospodarczą. I dla Armenii obecna sytuacja jest niewygodna, bo przez to są w izolacji – mają zamknięte granice z nami i z Turcją. My zaś możemy zaangażować Armenię w międzynarodowe projekty. Jednak oczywiście po uregulowaniu konfliktu.

Czy wyobraża Pan sobie pojednanie z Armenią?

Dwa narody żyją obok siebie, zawsze tak żyliśmy. Jestem przekonany, że konflikt ten można rozwiązać. Istnieją jednak destruktywne siły, którym zależy na jego utrzymaniu.

Jak Pan ocenia rolę Rosji w tym konflikcie? Czy dąży do jego rozwiązania, czy chce wykorzystać konflikt do wprowadzenia wojsk do Azerbejdżanu? Rosja już faktycznie oderwała część Gruzji i wprowadziła tam swoje wojska, wzmocniła bazę wojskową w Armenii. Może teraz przyszła kolej właśnie na Azerbejdżan?

Rosja jest potężnym państwem, ale wypracowaliśmy sobie z nią zadowalające nas stosunki. W regionie istnieje rywalizacja Rosji i Zachodu o Gruzję i Armenię, ale wobec Azerbejdżanu nikt nie prowadzi takiej polityki. Nikt w Rosji nie artykułuje zamiarów podporządkowania sobie Azerbejdżanu.

Jeśli Dmitrij Miedwiediew mówi o strefie wpływu, to każdy rozumie ją jako byłe kraje radzieckie, w tym Azerbejdżan.

W Rosji wielu polityków świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że współczesny Azerbejdżan jest niepodległym państwem. Nie popełniliśmy takich błędów jak Armenia i Gruzja. Cała praktycznie gospodarka Armenii w tej chwili zależna jest od Rosjan. Także Gruzja nie była w stanie prowadzić polityki zbalansowanej i wybrała jedną opcję: nawet nie Europę, ale tylko Amerykę. Azerbejdżan nie dopuszczał się takich błędów. Mówiłem już, że nasza wielosektorowa polityka zagraniczna pozwala nam rozwijać partnerskie stosunki z USA, Unią, Rosją, Turcją, Iranem. Każde z tych państw ma w naszym kraju określone interesy. Jednak gdy Waszyngton chciał na terytorium naszego kraju otworzyć bazy wojskowe, odparliśmy, że nie damy się wykorzystywać jako baza do ataku na Iran. I z drugiej strony: gdy zwróciła się do nas Rosja, aby odciąć gaz Gruzji, też odmówiliśmy, bo Gruzja jest naszym partnerem strategicznym, mamy z nią podpisany kontrakt i dlatego będziemy jej przesyłać gaz. Ani Rosja, ani Stany Zjednoczone nie mogą wpływać na nas tak, jak wpływają na Armenię i Gruzję.

Czy model rozwojowy Unii Europejskiej jest dla Azerbejdżanu atrakcyjny? Bierzecie udział w Partnerstwie Wschodnim.

Azerbejdżan bierze udział w Europejskiej Polityce Sąsiedztwa. Podpisaliśmy plan działań na 2006 rok. Przez ostatnie lata, jak podkreślają eksperci Komisji Europejskiej, nasz kraj osiągnął sukcesy w realizacji planu, w szczególności w kwestiach związanych z gospodarką i zarządzaniem zasobami ludzkimi. Nie bacząc na światowy kryzys finansowy, nasz rząd zwiększył wydatki związane z potrzebami socjalnymi, zwiększyły się także inwestycje. Co do Partnerstwa Wschodniego – oczywiście otwiera ono nową drogę do integracji z Europą. Program ten wytycza szlak dla długoterminowych stosunków i współpracy z Unią. Jednak pojawia się pytanie, czy program ten jest strategiczną polityką Unii Europejskiej? 

Nie przekonuje Pana idea Partnerstwa Wschodniego?

Jesteśmy pozytywnie nastawieni do idei Partnerstwa Wschodniego. Jednak panuje opinia, że Europa jest w ogóle sceptyczna w stosunku do Kaukazu Południowego. Europa nie ma jednej strategii wobec tego regionu.  Co zrobiła Europa dla Gruzji w 2008 roku, poza tym, że posłali do Moskwy Nicolasa Sarkozy’ego?

On zatrzymał rosyjskie czołgi.

I dlatego Osetia Południowa i Abchazja znajdują się obecnie pod okupacją… Mówcie o faktach.

Co więc Unia może uczynić w regionie?

Trudno powiedzieć, my sami, krok po kroku, rozwijamy integrację z Europą. A dokładniej: jesteśmy częścią Europy i integrujemy się z nią na podstawie swojego modelu rozwoju. Wcale nie spieszymy się do członkostwa. Jesteśmy realistami, wiemy, że nie można od razu wejść w skład Unii. Na pewno chcielibyśmy, aby Unia – jeśli jest zainteresowana współpracą z naszym regionem – wypracowała jakiś realny program strategiczny. Unia nie ma strategicznego planu i to stwarza problemy w planie geopolitycznym. Inne regionalne mocarstwa przyglądają się temu i wyciągają strategiczne wnioski. Przy braku odpowiedniej strategicznej polityki ze strony Waszyngtonu i Brukseli, Moskwa będzie podejmować poważniejsze kroki.

O braku jakiej polityki Pan mówi?

Jednej, wspólnej, zintegrowanej, pragmatycznej. Obecność Unii w sensie geopolitycznym jest tu żadna. Weźmy rurociąg Nabucco. Cóż, wspieraliśmy ten projekt, jednak nie możemy go finansować. Unia Europejska powinna się przebudzić i zrozumieć, co jest dla niej ważne w regionie Kaukazu Południowego i Morza Kaspijskiego. Czy chce być cały czas zależna od Rosji, czy też chce doprowadzić do dywersyfikacji źródeł energetycznych w rejonie Morza Kaspijskiego.

Nie ma aktywnego udziału Unii w uregulowaniu konfliktów i sporów. Co robi Peter Semneby, specjalny przedstawiciel Unii do spraw Kaukazu Południowego? Za co mu się płaci? Komu jest potrzebne jego stanowisko? Co on takiego zrobił? Nic. To rodzi pesymizm. I to, co teraz robią Stany Zjednoczone, czyli ignorowanie regionu, wpływa na decyzje krajów tego regionu i wzmacnia pozycję Rosji. Ile razy spotykali się prezydenci USA i Azerbejdżanu, a ile razy Rosji i Azerbejdżanu?

A co w Europie was najbardziej pociąga?

Wiele rzeczy: rozwój gospodarczy, a także europejskie wartości. Uczymy się doświadczenia europejskiej demokracji. Obserwujemy procesy zachodzące w Europie i zastanawiamy się, co realnie można wykorzystać w naszym kraju.

Ma Pan dość wybiórczy sposób patrzenia na Europę: to bierzemy, a tego nie.

Obserwujemy wszystkie kraje i wykorzystujemy to, co w tych krajach jest pozytywne. I to jest nasz model rozwoju. Nasza azerbejdżańska droga.

Elkhan Nurijew jest doktorem nauk politycznych, w latach 2008-2011 był dyrektorem Centrum Studiów Strategicznych przy prezydencie Azerbejdżanu. Specjalizuje się w tematyce bezpieczeństwa na Kaukazie Południowym i w polityce energetycznej. W latach 1991-1994 pracował w Ministerstwie Spraw zagranicznych Azerbejdżanu oraz wykładał politologię i stosunki międzynarodowe na azerbejdżańskich uczelniach.

Z Elkhanem Nurijewem rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki Jesteśmy silni (cz. 1)

Polecamy inne artykuły autora: Z Elkhanem Nurijewem rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki
Powrót
Najnowsze

Książka Pawła Kowala nominowana do Nagrody Moczarskiego 2019

21.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Protesty na Ukrainie – tymczasowy kryzys czy nowy Majdan?

21.10.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Kaukaz a turecka inwazja w Syrii

17.10.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

16.10.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Warszawa: Tango śmierci. Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem i Bohdanem Zadurą

15.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Donikąd. Podróże na skraj Rosji

14.10.2019
Michał Milczarek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu