Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszy
2019-01-23
Stephan Orth

Stephan Orth – były redaktor działu „Podróże” w „Spiegel Online”, od 2004 roku zdeklarowany miłośnik couchsurfingu. W najnowszej książce Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszy wyjaśnia, co naleśniki mają wspólnego z emocjonalnym życiem Rosjan, w jaki sposób na Krymie wylądowały „uprzejme zielone ludziki” i gdzie kryje się legendarna rosyjska dusza. Od Moskwy po Władywostok i z materaca na materac, poznajemy kraj, w którym za melancholijną maską kryje się wielkie serce. Prezentujemy fragment książki!

 

Religia: Remiks

W Tybecie pielgrzymi sto osiem razy okrążają Kajlas, w Japonii odwiedzają osiemdziesiąt osiem świątyń na wyspie Sikoku, w Europie z muszlą przyczepioną do plecaka podążają do Santiago de Compostela.

Na Syberii wsiadam do pociągu 097C do Krasnojarska (jedenaście godzin czterdzieści dwie minuty), potem do 124Ы do Kuragina (dziewięć godzin czternaście minut), wreszcie do autobusu numer 210 do Czeriemszanki (dwie godziny). Stąd mam jeszcze dwadzieścia kilometrów samochodem do Żarowska, gdzie mieszka mój kolejny gospodarz. Od niego brakujące jeszcze dziewiętnaście kilometrów do Miasta Słońca zamierzam pokonać na piechotę. Nikt przecież nie obiecywał, że droga do oświecenia będzie łatwa. W podróży przynajmniej miałem czas poznać Najnowszy Testament[1], zbiór mądrości i rad człowieka, którego chcę spotkać w głuszy tajgi.

„Kiedyś, czternastego stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku, miały miejsce przewidziane z góry narodziny” – tak zaczyna się opowieść o byłym funkcjonariuszu drogówki Siergieju Toropie, który dziś nosi imię Wissarion. Czasem Najnowszy Testament nazywa go po prostu „Słowem” lub „Prawdą”. W pięciu odległych od cywilizacji wioskach Syberii, w tym w Żarowsku, człowiek ten skupił wokół siebie pięć tysięcy wyznawców, którzy uznają go za nowe wcielenie Jezusa.

W tekstach Wissariona odnajduję fragment, który budzi moją sympatię, bo pasuje do mojej długiej podróży w te strony: „Przeszkody na swojej ścieżce są po to, by zwiększyć twoje zdolności, gdy chcą cię one zwieść z wybranej drogi”.

Na przebycie śmiesznych dwustu pięćdziesięciu kilometrów pociąg do Kuragina potrzebuje ponad dziewięciu godzin. Nie zwodzi mnie to z wybranej drogi. Docieram do celu o czwartej nad ranem i muszę przez pięć godzin czekać na kolejne połączenie. Nie zwodzi mnie to z wybranej drogi. Kasjerka traktuje mnie tak, jak gdybym nie zapytał o zakup biletu, a jej sześcioletniej córki. Nie zwodzi mnie to z wybranej drogi. W malutkiej kafejce dworca autobusowego z telefonu właścicielki dobiegają dźwięki najgorszej piosenki świata, I’m a gummy bear, a jej kawa smakuje jak pasta Vegemite z cukrem. Nie zwodzi mnie to z wybranej drogi. Mój gospodarz Aleks, wyznawca Wissariona, wyznaczył wprawdzie miejsce spotkania i zna godzinę mojego przyjazdu, ale już od kilku dni nie daje znaku życia. Nie zwodzi mnie to z wybranej drogi.

Nauka Wissariona jest niejako remiksem wielkich religii świata. Z chrześcijaństwa weź miłość bliźniego i lęk przed końcem świata, z hinduizmu ideę reinkarnacji, z buddyzmu szacunek dla wszystkiego, co żyje, z islamu jednoznaczne odpowiedzi na pytania dotyczące codziennego życia, z ezoteryki czary-mary, z ufologii – wiarę w istnienie cywilizacji pozaziemskich i gotowe: tysiące ludzi zostawiają dawne życie, sprzedają dom i samochód, przeprowadzają się na Syberię i przyłączają się do guru.

Bardziej niż doktryny religijne do mas przemawia filozofia prostego życia na łonie przyrody i przezwyciężania egoizmu na rzecz dobra wspólnego, na której opiera się życie wspólnoty. Wissarionowcy przestrzegają surowych zasad, stosują dietę zasadniczo wegańską, nie palą i nie piją oraz starają się jeść tylko to, co sami wyhodują. Na ile to możliwe, wyrzekają się również nowoczesnych technologii i pieniędzy.

Samowystarczalna komuna na wsi, urzeczywistniająca marzenie zestresowanych mieszczuchów o powrocie do prostego życia, a do tego oryginalna, wewnętrznie spójna wersja prawdy. Czy można lepiej odpowiedzieć na ducha współczesnej epoki?

 

OKROSZKA * ОКРОШКА

Podawana na zimno zupa na bazie kefiru lub kwasu chlebowego. Wrzuca się do niej zwykle ogórki, ziemniaki, jajka, mięso i zioła. Francuski dziewiętnastowieczny dyplomata Eugene-Melchior de Vogüé, który (niesłusznie) nie był zbyt wielkim jej fanem, porównał do rosyjskiej zupy rosyjską duszę, pisząc, że i jedno, i drugie, stanowi mieszankę smakowitych i odrażających produktów, i „nigdy nie wiecie, co z niej wyłowicie”.

 

Tuż przed moim przyjazdem do Czeriemszanki przychodzi wreszcie esemes od Aleksa, bez pozdrowienia, o treści: „Biały van”.

Autobus skręca w prawo obok rzeźby z symbolami słońca i wjeżdża do wioski zabudowanej zadbanymi drewnianymi domami. Na sztachetach jednego z płotów kolorowymi bulwiastymi literami wypisano There is no way to happiness. Moja sąsiadka, widząc, że robię zdjęcie, mówi:

 – Kiedyś była druga część tej myśli, brzmiała Happiness is the way. Teraz zbudowali sklep i część płotu rozebrano. To źle wróży, prawda?

Na przystanku rzeczywiście stoi biały van marki Nissan z napędem na cztery koła. Wysiada z niego szczupły facet z długimi włosami, wita mnie i przedstawia mi się jako Aleks. Pomijając skórzane sandały, jest ubrany cały na biało aż po wciśniętą na głowę bejsbolówkę. Siedzenie obok kierowcy zajmuje kobieta tuż po trzydziestce – jak się dowiaduję, nazywa się Minna i pochodzi z Finlandii.

Wsiadamy, Aleks włącza zapłon i oznajmia:

 – Obowiązuje tutaj kilka zasad. – Z warkotem mijamy napis There is no way to happiness, a potem wjeżdżamy na nieutwardzoną drogę w kierunku lasu. – Po pierwsze: nigdy sam nie chodź do tajgi. To nie jest normalny las. Zginęło w nim już wielu ludzi. – Wskazuje na gęsto rosnące wokół nas brzozy i modrzewie. – Po drugie: na razie możesz u mnie mieszkać dwa–trzy dni i odpoczywać. Potem musisz pomagać. Po trzecie: żadnego alkoholu, papierosów i mięsa. Masz latarkę? – Mam. – W tej chwili nie mam prądu, tylko lampę w kuchni na energię słoneczną. A telefon łapie zasięg bardzo rzadko i tylko w niektórych miejscach we wsi.

Wkrótce między porastającymi pobocze kępami trawy ukazuje się na wpół czytelna tablica z nazwą „Żarowsk”. Aleks parkuje przy głównej drodze przed jakimś warsztatem. Przez imponujący ogród warzywny dochodzimy do jego żółtego drewnianego domu, który świetnie nadawałby się do szwedzkiego katalogu domków letniskowych. Jest niemal idealnie kwadratowy, ma cztery okna i czerwony komin na dachu.

Na parterze jest kuchnia i pokój z kominkiem, w którym rozłożono materac dla Minny. Palenisko zbudował sam gospodarz, który jest wykwalifikowanym murarzem, ale dorabia jako nauczyciel angielskiego. Na piętro wchodzi się po drabinie – mieszka tam Aleks, a materac dla mnie znajduje się w innym kącie pomieszczenia.

Kontrola biblioteczki: Dziwne losy Jane Eyre Charlotte Brontë, Baśnie braci Grimm, encyklopedia w dwudziestu ośmiu tomach. Obok kilka klasycznych pozycji angielskojęzycznych w wydaniu do nauki języka: 451 stopni Fahrenheita Bradbury‘ego, List Williama S. Maughama, Folwark zwierzęcy Orwella. Oprawione w twardą czerwoną oprawę, zdobione złoceniami tomy Najnowszego Testamentu leżą osobno na małym stoliku obok świecy, wisiorka ze złotym krzyżykiem wpisanym w koło przypominające różaniec oraz obrazka z podobizną Wissariona. Jego podobieństwo do typowych przedstawień Jezusa jest wprost zadziwiające. Bujna broda, długie ciemne włosy z przedziałkiem pośrodku, pełne dobroci rysy twarzy. Jasnoniebieskie oczy „Nauczyciela”, jak go tu wszyscy nazywają, promienieją jakimś nadprzyrodzonym blaskiem.

 – Minna ci wszystko pokaże, ja muszę na dwie godziny wyjść – oznajmia Aleks i zostawia nas samych.

Dziewczyna też tu tylko gości, jednak przyjechała już trzeci raz na kilka miesięcy.

 – Piszę doktorat z antropologii socjologicznej na temat roli religii w odizolowanej społeczności – tłumaczy, zabierając się do roztrzepywania jajek z mąką i mlekiem na naleśniki. – To bardzo intensywna praca, bo człowiek wciąż zadaje sobie ważne pytania. I ciągle z kimś dyskutuje o tym, co jest słuszne, a co nie. Ludzie mówią, że rok tutaj jest jak dziesięć lat w świecie. – „Świat” to wszystko, co znajduje się na zewnątrz pięciu wiosek wissarionowców.

Minna ma długie brązowe włosy, pełne melancholii oczy i ambicje sięgające nieba – chce opisać rzeczywistość irracjonalną za pomocą narzędzi nauki, wciąż jednak czuje się rozdarta, bo nie wie, po której tak naprawdę jest stronie – stronie ducha czy stronie empirii. Przez kilka lat studiowała w Moskwie, dlatego dobrze mówi po rosyjsku. W 2009 roku po raz pierwszy ujrzała Wissariona na okładce jakiegoś czasopisma. Zafascynował ją, bo „wyglądał jak Jezus z filmu dla dzieci”.

Teraz moja rozmówczyni łączy naukowe zainteresowania z pracą.

 – Tutaj możesz zapomnieć o upływie czasu, w pewnej chwili przestajesz liczyć dni. Jednak więcej niż trzy miesiące naraz nie mogę tu wytrzymać. Kiedy mowa o takich rzeczach, jak kosmici, apokalipsa czy negatywna energia, zaczynam się bać.

Minna opowiada mi o początkach wspólnoty. Wissarion po raz pierwszy wystąpił publicznie 18 sierpnia 1991 roku, dzień przed moskiewskim puczem, który przypieczętował upadek Związku Radzieckiego. W tych niespokojnych czasach zaoferował swoim „uczniom” możliwość życia na Syberii, w ustroju, który można by nazwać religijnym minikomunizmem. – W roku 1993 przepowiedział rychły koniec świata – za dziesięć, najwyżej za piętnaście lat – ostrzegając, że ludzie przeżyją tylko tutaj, w syberyjskiej tajdze – opowiada moja rozmówczyni. – Istnieje film wideo z tą przepowiednią, ale dziś nie zaleca się jego oglądania.

Pytam, jak mistrz uzasadnił fakt niepojawienia się jeźdźców Apokalipsy.

 – Nauczyciel mówi: „Wolno kłamać, jeżeli służy to osiągnięciu dobrego celu” – wyjaśnia dziewczyna. – Celem było przyprowadzenie do wspólnoty jak największej liczby ludzi. Dzięki przepowiedni udało mu się tego dokonać.

 

Prawda nr 14:

Wielu polityków mogłoby się czegoś nauczyć od Wissariona.

 

Wissarionowi udało się jednak również przywołać pamięć sekt takich jak Świątynia Ludu, której członkowie w liczbie ponad dziewięciuset popełnili zbiorowe samobójstwo. Od końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku w relacjach prasy i telewizji rosyjskiej zaczęły się mnożyć krytyczne głosy na temat „Jezusa Syberii”. Wśród członków Kościoła prawosławnego cieszy się on mniej więcej taką samą estymą, jaką papież okazuje założycielowi Kościoła Scjentologicznego L. Ronowi Hubbardowi.

Zwolennicy Mesjasza tajgi nadal przygotują się do sądu ostatecznego.

 – W Pietropawłowce spotkałam człowieka – opowiada Minna – który przekonywał mnie, że muszę się pospieszyć z pisaniem doktoratu. Jak mówił, w 2016 roku rozpoczną się wydarzenia poprzedzające koniec świata, a prezydent Obama będzie ostatnim przywódcą Stanów Zjednoczonych. Zapewniał mnie, że dojdzie do trzęsienia ziemi w parku Yellowstone, które wywoła reakcję łańcuchową.

Moja rozmówczyni przyznaje, że sama jest zdezorientowana. Wieczorami przy świetle świecy czyta czasem Objawienie Świętego Jana w poszukiwaniu paraleli z tym, co dzieje się na Syberii. Wiele wersetów podkreśliła w swojej Biblii liliowym flamastrem.

Minna proponuje mi, bym nazajutrz rano wybrał się z nią na dwa dni do Miasta Słońca. W tej najświętszej strefie wspólnoty Wissarion mieszka na wzgórzu.

 – W niedzielę zawsze jest liturgia. Kiedy Nauczyciel czuje, że ludzie go potrzebują, po jej zakończeniu odpowiada na pytania. Może też chcesz się czegoś od niego dowiedzieć?

Cóż... O co zapytać Jezusa? O sens życia? Które akcje niedługo wystrzelą w górę? Co jest fajniejsze – niebo czy piekło? Czy coś było wtedy z Marią Magdaleną? Czy Krym należy do Rosji? Minna szybko sprowadza mnie jednak na ziemię:

 – Ostatnio ogranicza się do odpowiedzi na praktyczne pytania. Im bardziej konkretne, tym lepiej. Czasem przeradza się to w prawdziwy absurd, bo ludzie na przykład pytają go, czym mają czyścić buty.

Podczas podróży do Żarowska ja też znalazłem w Najnowszym Testamencie takie przyziemne miejsce. Na pytanie, czy dobrym, czy złym znakiem jest, kiedy człowiek notorycznie przyciąga komary, a więc, czy te owady atakują świętych czy grzeszników, Wissarion odpowiada: „Postawcie się w sytuacji komara. Czy rzucałby się na coś, czego spożywanie budzi jego wstręt? Komar gwałtownie rzuca się na świętego, mówiąc sobie: «Tak, to prawdziwa krew!» Dlaczego miałby wysysać krew grzesznika?”.

Przerabiam w myślach moją listę pytań. Aktualnie składa się ona tylko z jednego punktu: Jak otworzyć pudełko płatków kukurydzianych bez nadrywania górnych skrzydełek?

 

Przekład: Kamil Markiewicz

Seria: Mundus

Premiera: 15 stycznia 2019

Więcej

 

[1] Tłumaczenie na język polski tego i większości innych pojęć związanych z sektą wissarionowców za: J. Morawiecki, Syberyjska sekta wissarionowców jako fenomen społeczno-religijny, Warszawa 2010 [przyp. tłum.].


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu