Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Gazowy ból głowy Paszinjana, czyli o relacjach Armenia-Rosja
2019-02-11
Mateusz Kubiak

Choć od ogłoszenia przez Rosjan porozumienia ws. dostaw gazu minął już ponad miesiąc, to w Armenii wciąż nie wiadomo, jaka będzie ostateczna cena błękitnego paliwa dla krajowych odbiorców. Cała sytuacja wydaje się przy tym warta uwagi nie tylko dlatego, że droższy gaz będzie rzutował na wyniki armeńskiej gospodarki oraz na sytuację zwykłych obywateli. Kontynuowane negocjacje w tej sprawie dobrze bowiem ilustrują obecny stan relacji Armenia-Rosja i podejmowane przez Erywań próby ich zbalansowania.

 

O tym, że kwestia cen gazu będzie stanowić przedmiot długich rozmów na linii Erywań-Moskwa było wiadomo w zasadzie już zaraz po zmianie władzy w kraju wiosną ub.r. (problem ten powracał zresztą regularnie również za poprzedniej ekipy, która nieraz szła na duże ustępstwa, byle tylko zachować dopuszczalne warunki dostaw). Jeszcze w pierwszych tygodniach swojego urzędowania Nikol Paszinjan zadeklarował, że wysokość taryf gazowych powinna zostać zbadana, zaś we wrześniu podniósł tę sprawę w czasie rozmów z Władimirem Putinem. Nie pomógł przy tym fakt, że jeszcze w czerwcu Rosjanie zgodzili się na 20% obniżkę cen dla grupy najmniejszych odbiorców surowca.

W rezultacie w Armenii powołano specjalną grupę roboczą, która jesienią ubiegłego roku oceniła, że istotnie błękitne paliwo nie powinno być w kraju tak drogie. W tym kontekście stwierdzono, że taryfy Gazprom Armenia (wyłączny sprzedawca gazu i operator sieci na armeńskim rynku, należy do rosyjskiego Gazpromu) mogą zostać obniżone nawet o 10%, ponieważ jak do tej pory deklarowano np. zbyt wysokie szacunki strat ponoszonych podczas transportu surowca. Ustalenia te nikogo chyba szczególnie przy tym nie zdziwiły biorąc pod uwagę, że do stycznia br. gaz trafiał do Armenii jako takiej po cenie 150 USD/tys. m3, zaś do odbiorców końcowych (w uśrednieniu)… po cenie niemal dwukrotnie wyższej.

 

Podwyżka „na granicy”, ale nie w kraju?

Wraz ze zbliżającym się terminem wygaśnięcia dotychczasowego kontraktu (koniec ubiegłego roku) negocjacje armeńsko-rosyjskie dodatkowo zyskiwały na intensywności. Sprawą kluczową dla Nikola Paszinjana było, by zagwarantować przynajmniej utrzymanie dotychczasowych stawek ze strony Gazpromu, co jednak okazało się zadaniem bardzo trudnym. Kolejne publiczne deklaracje w sprawie ze strony Paszinjana nie przynosiły skutku (podobnie jak jego osobista wizyta w Moskwie w ostatnich dniach grudnia), zaś armeńskie media spekulowały nt. możliwego podniesienia przez Moskwę ceny ze 150 USD do… 215 USD/tys. m3. Finalnie porozumienie zostało ogłoszone przez Gazprom 31 grudnia ubiegłego roku. Zgodnie z podanym wówczas komunikatem, cena dostarczanego przez Rosjan gazu „na granicy” (tj. w punkcie wejścia do armeńskiej sieci) wzrosła z dniem 1 stycznia o 10%, do 165 USD/tys. m3.

Choć na pierwszy rzut oka może to budzić zdziwienie, ww. podwyżka ze strony rosyjskiego Gazpromu nie zmieniła nic w narracji armeńskiego rządu, który przekonuje, że cena surowca dla obywateli ma zostać taka sama. Dzieje się tak ponieważ jednocześnie wciąż trwają jeszcze negocjacje z samym Gazprom Armenia ws. taryf krajowych. Przed kilkoma dniami sugerowano zresztą, że również te rozmowy nie toczą się tak, jakby tego chciano i mogą przeciągać się jeszcze na kolejne tygodnie. Jest o tyle możliwe, o ile według doniesień medialnych Gazprom Armenia nie zgadza się na pokrycie 10% podwyżki ceny gazu „na granicy”. Spółka-córka rosyjskiego koncernu ma w efekcie grozić ograniczeniem programu inwestycyjnego w kraju (ten jest ważny również dla Armenii) lub wręcz naliczać swoisty „dług” za dotychczasowe zamrożenie cen gazu wewnątrz kraju, który docelowo mógłby zostać uregulowany np. poprzez przekazanie Rosjanom określonych aktywów. Warto dodać, że informację tę podała poczytna gazeta Hajkakan Żamanak, należąca do żony Nikola Paszinjana.

 

Fragment większej całości

Sprawa negocjacji gazowych w Armenii być może nie jest sama w sobie tematem dla wszystkich pasjonującym. Jest ona jednak warta omówienia, ponieważ jak w soczewce skupia wybrane wątki związane z relacjami na linii Moskwa-Erywań. Poniżej wybrane z nich:

Po pierwsze, Armenia pozostaje uzależniona od Rosji. Tak jak w kontekście całościowo rozumianych relacji jest to oczywiście związane z konfliktem o Górski Karabach, tak w tym przypadku z monopolistyczną pozycją Gazpromu na armeńskim rynku. Oczywiście, uważny czytelnik zada pytanie o dostawy z sąsiedniego Iranu, chęć rozszerzenia których deklaruje zresztą rząd w Erywaniu. Problem zawiera się jednak w tym, że armeńska sieć przesyłowa należy do Gazprom Armenia, w tym nawet sam gazociąg Armenia-Iran. Przejęcie tych aktywów przez Rosjan (oraz samo zmniejszenie przepustowości na połączeniu armeńsko-irańskim) stanowiło w przeszłości cenę utrzymania względnie korzystnych cen gazu ze strony Moskwy.

Po drugie, Armenia stara się ograniczać rosyjskie wpływy wewnątrz kraju. Ciężko bowiem nie odczytywać w tym kluczu wspominanych już starań władz w Erywaniu na rzecz obniżenia bardzo wysokiej „marży” Gazprom Armenia, która prawdopodobnie wynika z tzw. „kreatywnej matematyki” przy wyliczaniu taryf. Znamienne zresztą, że również w listopadzie ubiegłego roku armeńskie służby weszły do biur Gazpromu, prowadząc sprawę malwersacji podatkowych w spółce. Tego typu działania wpisują się w ogólny obraz „odzyskiwania państwa” przez rząd Paszinjana, co w oczywisty sposób uderza nie tylko w interesy oligarchów, ale także Federacji Rosyjskiej.

Po trzecie, Rosjanie chcą zachować swoją pozycję. Pomimo starań czynionych przez armeński rząd, Gazprom nie idzie na ustępstwa i tak jak w ubiegłym roku przeforsował podwyżkę ceny gazu, tak obecnie nie chce zgodzić się na utrzymanie dotychczasowych stawek krajowych. Szczególnie interesujący wydaje się przy tym wątek możliwego powiązania przez Rosjan negocjacji z kwestią przejęcia kolejnych aktywów w Armenii. Prowadzi to do jasnego wniosku, że strategia Moskwy wobec Erywania pozostaje taka sama: dać gwarancje bezpieczeństwa (w tym wypadku energetycznego) za możliwość umocnienia swoich wpływów.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu prowadzonym przez Mateusza Kubiaka Kaukaz Kaukaz.

 

Fot. franek2 (CC BY-SA 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Mateusz Kubiak
Powrót
Najnowsze

Kraków: Gruziński kocioł wrze, czyli o ostatnich wydarzeniach w Tbilisi

27.06.2019
NEW
Czytaj dalej

Rosja i Rada Europy

26.06.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Mniejszość ukraińska i migranci z Ukrainy w Polsce – raport

24.06.2019
Piotr Tyma
Czytaj dalej

Gruzini protestują przeciwko Rosji

21.06.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Zamieszki w Gruzji, czyli nieodrobione lekcje z historii

21.06.2019
Andrzej Brzeziecki
Czytaj dalej

Niespokojnie w Tbilisi

21.06.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu