Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wirtualna rzeczywistość
2019-02-13
Anna Głąb

Rosja chce być niezależna od świata zachodniego, a to według rządzących oznacza także własny internet. Jakkolwiek by to nie brzmiało, hasła odnoszące się do „suwerenności Runetu” (tak potocznie określa się rosyjskojęzyczną strefę sieci) świetnie się sprzedają. Podobnie jak technologie, mające w przyszłości zwiększyć możliwość kontroli państwa nad użytkownikami internetu.

Pomysłów na to, jak odgrodzić się od reszty świata, oficjalnie dla bezpieczeństwa Rosjan, realnie dla bezpieczeństwa rządzących, pojawia się wiele. Również możliwość ich realizacji jest oceniana różnie. O ile coraz łatwiej kontrolować dzisiaj użytkowników sieci, o tyle trudniej tworzyć dla nich nowoczesną i bezpieczną infrastrukturę. W wyścigu technologicznym Rosja pozostaje w tyle, ale w sferze nadzoru i blokowania niepożądanych treści ciąży ku modelowi chińskiemu.

 

Kreowanie zagrożenia

Jeszcze w połowie 2017 roku Rada Bezpieczeństwa FR zarekomendowała Ministerstwu Łączności i Komunikacji Masowej utworzenie w krajach BRICS (Brazylia-Rosja-Indie-Chiny-RPA) niezależnego od dotychczasowego systemu głównych serwerów DNS (tzw. root serwery). Jest ich trzynaście (i tyle może być maksymalnie), z czego dziesięć znajduje się w USA i po jednym w Wielkiej Brytanii, Japonii i Szwecji. Ich zadanie jest proste, aczkolwiek podstawowe przy dostępie do zasobów internetu (można je porównać z książką telefoniczną) – zawierają zestaw nazw stron internetowych (np. google.com) oraz przypisanych im adresów IP (odpowiednio  172.217.20.195 i tylko taką kombinację rozumieją urządzenia, z których na co dzień korzystamy) i pozwalają na bieżące przetwarzanie jednych na drugie. Jak łatwo się domyślić, zasób danych na tych serwerach jest ogromny, stąd tworzone są serwery DNS niższej hierarchii z kopiami części tych danych i to z nimi komunikuje się przeciętny użytkownik sieci.

Wracając do Rosji, problematyczne jest już samo dążenie do utworzenia odrębnych serwerów głównych. Z jednej strony, nie można zwiększyć liczby root serwerów, z drugiej – hierarchiczna struktura pozwala co najwyżej kopiować ich dane. Rozmieszczane w krajach BRICS urządzenia musiałyby więc tworzyć odrębną sieć albo pozostać serwerami lustrzanymi, czyli czymś co i tak jest już wykorzystywane. Utopijność „odrębnego internetu” spowodowała, że kraje BRICS nie podjęły tematu.

Jeszcze w 2014 roku w Rosji symulowano wykasowanie na serwerze głównym rosyjskiej domeny .ru i okazało się, że od strony technicznej obecna infrastruktura jest w stanie zapewnić ciągłość usługi, bo dotychczas kopiowane dane pozostały zachowane na serwerach w Rosji. Jedynym problemem, jaki wskazywano, było określenie kompetencji poszczególnych instytucji (czyli kto jest za co odpowiedzialny w godzinie X, tak by nie spowodować chaosu administracyjnego i decyzyjnego).

Kwestia zagrożenia „odłączenia” serwerów DNS powraca jednak jak bumerang i jest dobrze sprzedającym się hasłem wykorzystywanym przez nawołujących do „suwerenności Runetu”.

 

Oblężona internetowa twierdza

Jedną z inicjatyw zwiększenia bezpieczeństwa sieci wewnątrz Rosji podjęto w grudniu 2018 roku. Ma być ona odpowiedzią na przyjętą przez USA strategię narodowego cyberbezpieczeństwa, a antyamerykanizm od razu wzmaga presję bezdyskusyjnego przegłosowania regulacji i osłabia argumentację przeciwników. Projekt ustawy, nazwanej potocznie o „suwerennym Runecie”, ma już poparcie kompetentnego w tej sferze ministerstwa, Roskomnadzoru (właściwa do nadzoru mediów służba federalna), rządu i profilowego komitetu parlamentu, ma mieć też silne nieformalne poparcie w strukturach administracji prezydenta. Dystans wobec nowych regulacji zachowała jedynie Izba Obrachunkowa oraz Rosyjski Związek Przemysłowców i Przedsiębiorców (zaznaczano m.in. powiązany z ustawą wzrost kosztu usług).

Zarzutów wobec projektu jest wiele. Pierwszy z nich dotyczy niejasności proponowanych przepisów i rozwiązań (ze wskazaniem, że osoby je przygotowujące nie do końca znają charakter oraz techniczną stronę działania sieci). Drugi wskazuje, że ustawa jest odpowiedzią na zewnętrzne zagrożenia jakie stoją przed siecią krajową, ale nie wymienia nawet jednego z nich (a w sytuacji zagrożenia wzmocnieniu ulegają kompetencje organów nadzorczych i regulacyjnych). Przy czym współautor projektu sam przyznaje, że w obecnej chwili ich określenie jest niemożliwe. Trzeci odnosi się do niejasności co do kosztów zmian technologicznych, jakie pociągnie za sobą realizacja – inicjatorzy twierdzą, że nie wymagają one dodatkowych nakładów finansowych. Później wskazano, że wydatki są niezbędne, ale zostały już przewidziane w budżecie na ten rok. Operatorzy upominają się jednak, że nowe regulacje to także koszty dla nich.

Eksperci podkreślają, że efektem wprowadzenia zmian będzie centralizacja zarządzania ruchem w sieci, co zamiast zwiększyć jej bezpieczeństwo, wywoła skutek wręcz odwrotny. Dużo niepewności wprowadza też kwestia kontrolowania punktów transgranicznych sieci rosyjskiej z systemem międzynarodowym. Możliwości techniczne mają w założeniu zapewnić bezpieczeństwo na wejściu, dadzą jednak też opcję blokady na jego wyjściu (a więc odetną użytkownikom dostęp do informacji z zewnątrz). Rosja ma się zbliżać w próbach kontroli ruchu w sieci do Chin, a Fang Binxing, który jest uznawany za architekta „wielkiego chińskiego firewalla” w ostatnim czasie miał być częstym gościem branżowych konferencji.

Na zmianę podejścia rosyjskiej administracji w kwestii blokowania internetu wskazywała niedawno międzynarodowa grupa „Agora”. Władze nie starają się już blokować treści u dostawców i prześladować użytkowników, lecz kontrolować gromadzenie i przepływ danych. Pod naciskiem Roskomnadzoru właśnie ugiął się Google, który początkowo nie chciał włączyć się do utworzonego już krajowego zasobu niedozwolonych treści. Wyszukiwarka będzie odtąd filtrować wyniki zgodnie z wytycznymi rosyjskiego nadzorcy.

Ograniczenie dostępu do zakazanej informacji ma być możliwe nie tylko przez blokowanie adresów IP, lecz także całego ruchu w sieci (jest to odpowiedź Roskomnadzoru na nieudaną dotychczas blokadę komunikatora Telegram). Zarządzać tymi blokadami będą nie operatorzy, a sam Roskomnadzor. Komentatorzy wskazują, że stąd do filtrowania treści i cenzury jest już krótka droga. Współautorka projektu broniła takiego podejścia, dowodząc, że treści podlegające blokadzie są określone w ustawie i obowiązują już teraz (a więc nadużyć ze strony państwa nie należy się obawiać). Lista ma być tylko dopełniona danymi ustawy o fake newsach i na tym się zakończy. Wystarczy jednak sobie przypomnieć, że chociażby Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma na swojej stronie zakładkę „fake news” i często uznaje za takie materiały zagranicznych mediów, które nie zgadzają się z oficjalną linią Kremla lub ujawniają rzeczy dla Rosji niewygodne.

Poza chęcią PR-u ze strony inicjatorów, forsowanie określonych rozwiązań technologicznych może być korzystne dla wybranych rosyjskich firm, zarabiających na dostarczaniu niezbędnej infrastruktury. I taka opcja jest bardzo prawdopodobna, zwłaszcza że przeciętny użytkownik internetu (i jednocześnie podatnik i „sponsor” tych technicznych unowocześnień) samodzielnie nie jest w stanie ich rzetelnie i obiektywnie ocenić. Już słynny „pakiet Jarowej” zapewnił dochód głównie dwóm państwowym korporacjom, na czele których stoją osoby powiązane z Putinem ­– Rostiechowi Siergieja Czemiezowa oraz Rostelekomowi Siergieja Iwanowa.

 

Rogozin – rosyjski Elon Musk

Jeszcze jeden pomysł na utworzenie własnej infrastruktury, tym razem internetu satelitarnego (a więc wychodzącej poza ramy dnia dzisiejszego), ma Roskosmos. Obecnie na świecie planowane są dwa duże projekty w tym zakresie – Starlink Elona Muska oraz międzynarodowy OneWeb. Jeszcze niedawno Rosja miała się włączyć w prace OneWeb (do uczestnictwa w tym projekcie namawiały ją Chiny), jednak w połowie 2018 roku Dmitrij Rogozin zaanonsował niezależny rosyjski koncept.

Rosja, z uwagi na swoje przestrzenie, jest żywotnie zainteresowana poprawą możliwości telekomunikacyjnych w trudno dostępnych i oddalonych miejscach, w tym też dostępu do sieci. Nie wszędzie opłaca się ciągnąć tradycyjny kabel i internet satelitarny jest tutaj korzystną i wygodną opcją. Za projekt w Rosji odpowiada Roskosmos, zarządzany przez Dmitrija Rogozina. Warto zaznaczyć, że został on postawiony na czele tej instytucji niejako „za karę” (wcześniej był wicepremierem odpowiadającym m.in. za przemysł obronny czy zaawansowane technologie). Rogozin niejednokrotnie krytykował Roskosmos, a od maja ubiegłego roku ma szansę by samemu się wykazać i pokazać innym, jak kieruje się tak wielką i ważną korporacją. Przekonał się już nie raz, że łatwo nie jest, a łam rosyjskiej prasy nie opuszczają spekulacje o jego dymisji.

Jego poprzednik kilka dni przed odejściem zaprezentował projekt „Efir” (po polsku „Eter”) – sieć 288 satelitów, która miała dostarczyć „internet rzeczy” milionom użytkowników. Projekt miał być finansowany ze środków prywatnych (koszt szacowano na 4,7 miliarda dolarów), chociaż na jego prezentacji byli o dziwo obecni urzędnicy, a nie biznesmeni i inwestorzy. Chociaż na realizację nie zapewniono jeszcze nawet kopiejki, miał się zakończyć w 2025 roku (warto zaznaczyć, że w stadium projektu znajdowała się nawet rakieta, mająca wynosić satelity na orbitę).

Po przyjściu Rogozina do Roskosmosu, nazwę projektu zmieniono na „Sfera” i uznano, że jak już realizować, to z rozmachem i ze środków budżetowych. Władimir Putin zaakceptował powołanie nowego federalnego programu celowego, chociaż brakuje informacji nawet o szacunkowych wydatkach. Roskosmos chce bowiem wysłać na orbitę 640 satelitów, a sygnał udostępniać jedynie na terenie Rosji. Jak słusznie zauważa dziennikarz „Nowej Gaziety” pomysł nad wyraz ekstrawagancki – Rosja zajmuje raptem 3 procent powierzchni kuli ziemskiej, podczas gdy satelity muszą krążyć po całej jej orbicie. Oznacza to wykorzystanie kilku procent możliwości tworzonego systemu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w przyszłości zmienić założenia, ale najpierw trzeba te 640 aparatów wyprodukować i wynieść na orbitę. A potem na bieżąco wymieniać zużyte na nowe (żywotność takiego satelity jest oceniana na około 5 lat).

W tym momencie zaczynają się schody, które nie są łatwe do pokonania nawet dla Elona Muska. Jego Starlink to projekt nad wyraz ambitny – docelowo prawie 12 tysięcy satelitów, a zapoczątkować ma go w 2020 roku grupa licząca 800 sztuk. Wyzwaniem jest już sama masowa produkcja satelitów (przez trzy lata trwania projektu złożono i wyniesiono dwie sztuki) oraz organizacja tak dużej liczby lotów (nawet przy wykorzystaniu kilku rakiet Falcon 9, pozostaje kwestia chociażby okien startowych z uwagi na warunki pogodowe).

Musk ma jednak jedną znaczącą przewagę – wypróbowaną rakietę Falcon 9, której pierwszy stopień może być używany wielokrotnie, co znacząco obniża koszty wynoszenia ładunku. Rogozin do nowego projektu chce wykorzystać rakietę Angara – przetestowaną jeszcze w 2014 roku, ale nigdy nie wykorzystywaną z uwagi na dwa razy wyższe koszty w porównaniu ze starszą, ale sprawdzoną Proton (jej minusem jest wysoko toksyczne paliwo). Założenia lądowania pierwszego stopnia rakiety Rosjanie przedstawiali jeszcze w 2001 roku (ma ono przypominać lądowanie samolotu), jednak projektu nigdy nie ukończono i powrócono do niego w 2016 roku. Na razie więc ta opcja obniżenia kosztu jest niedostępna (a wręcz opracowanie i testowanie rozwiązań będzie koszty pochłaniać). Zamówienie państwowe to jednak jedyna możliwość wykorzystania rakiety i dalszych prac nad jej udoskonalaniem.

Piękne plany, snute przez Rogozina, zirytowały pod koniec stycznia premiera Dmitrija Miedwiediewa. Okazało się bowiem, że Rosja traci swoją pozycję na rynku usług kosmicznych – większą liczbą startów mogły się pochwalić USA, Chiny oraz SpaceX. Roskosmos musi więc szukać finansowania komercyjnego, a nie tylko liczyć na środki budżetowe. A z tymi ma problem, bo chociaż nie jest w stanie zagospodarować całej przeznaczonej dla niego dotacji (w 2018 roku nie wydano 16 procent), wnioskuje o dodatkowe środki m.in. na zakończenie budowy kosmodromu Wostocznyj. „Budowa wieku”, chociaż już spełnia swoje podstawowe zadanie, wciąż jest daleka od zakończenia (z 19 różnych projektów ukończono na razie 5). Rogozin ma za zadanie mniej opowiadać, a więcej robić, i to efektywnie zamiast efektownie.

***

Rosja stara się przegonić świat – Chiny w cenzurze, USA w wyścigu o własny globalny internet. W wielu komentarzach podsumowujących ambitne plany przewijała się słynna fraza „chcieliśmy jak najlepiej, wyszło jak zwykle”. Na razie Rosji świetnie wychodzi głównie wydawanie pieniędzy i tworzenie wewnątrz kraju realnej „wirtualnej rzeczywistości”. W ostatnich dniach ukazały się znamienne wyniki badań – ponad połowa Rosjan nie wierzy, że władze mówią prawdę na temat sytuacji gospodarczej, realiów ochrony zdrowia, systemu emerytalnego czy walki z przestępczością. Oni wiedzą, że już żyją w matriksie.

 

Fot. José Furtado (CC BY-SA 4.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Anna Głąb
Powrót
Najnowsze

Donald Trump – osamotniony dyplomata

21.09.2019
Adam Reichardt Ivo Daalder
Czytaj dalej

Nikt nie chce być barbarzyńcą

19.09.2019
Kamil Całus
Czytaj dalej

Wrocław: Od Republiki Weimarskiej do II Wojny Światowej

19.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Rola intelektualistów w Europie zanika

16.09.2019
Drago Jančar Nikodem Szczygłowski
Czytaj dalej

Lublin: Giedroyć, Osadczuk i stosunki polsko-ukraińskie

14.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Pomóż ratować Zamek w Wojnowicach

10.09.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu