Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
@sikorskiradek: Panie Ministrze! Trzeba jeździć na Wschód
2011-06-18
Andrzej Szeptycki
W środę minister Radosław Sikorski napisał na Twitterze: „Rodacy! Popierajmy arabskie demokracje. Odwiedzajmy Egipt i Tunezję. W kurortach jest bezpiecznie. Ich gospodarki potrzebują sterydu”. Skrytykowany przez opozycję we czwartek dodał: „W 2010 roku Egipt odwiedziło 600 tysięcy Polaków, Tunezję 175 tysięcy. Prezesowi Kaczyńskiemu też przydałby się urlop”. Nie chcę tu wnikać w wewnątrzpolityczne aspekty deklaracji szefa polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, innymi słowy, zastanawiać się, czy członek rządu powinien wspierać rodzimą turystykę, czy nie. Pragnę natomiast zwrócić uwagę na trzy inne kwestie.

Przed wszystkim, Sikorski w ostatnich tygodniach podjął systematyczne działania w celu otwarcia Polski na Południe – najpierw była wizyta w Libii, teraz w Egipcie i Tunezji. Wsparcie dla popularnych w Polsce wyjazdów turystycznych do tych dwóch ostatnich krajów to tylko pokłosie tego procesu. Dlaczego Maghreb stał się nagle dla polskiej dyplomacji interesujący? Oczywiście, można by wskazać na uwarunkowania wewnętrzne – chęć promocji polityki rządu Platformy Obywatelskiej w przededniu wyborów. Sądzę jednak, że sprawa jest bardziej złożona. Sikorski jako minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej od początku sprawowania urzędu dąży do europeizacji polityki zewnętrznej kraju. W 2010 roku mówił w Sejmie: „Strategicznym celem Polski jest odgrywanie coraz ważniejszej roli w Unii Europejskiej (...) W wielu dziedzinach znaleźliśmy się w pierwszym szeregu europejskich graczy, w miejscu gdzie zapadają decyzje określające kierunki polityki instytucji europejskich. Staliśmy się partnerem cenionym przez innych, krajem, o którego zdanie się pyta, którego rady się szuka. Takiej pozycji nie uzyskaliśmy przez kaprys losu. W Europie jest zapotrzebowanie na aktywny wkład naszego kraju w rozwiązywanie problemów, przed którymi stoi cały Kontynent”. Pierwszym ważnym przejawem tej polityki była inicjatywa Partnerstwa Wschodniego. Obecnie wobec arabskiej wiosny ludów, południowe sąsiedztwo stało się dla Unii priorytetem. Polska, sądzi Sikorski, jako ważny kraj członkowski Unii Europejskiej, zwłaszcza w kontekście zaczynającej się prezydencji, nie może ignorować tego regionu. Jako jeden z ważnych graczy musi być tam aktywnie obecna. Z europejskiej perspektywy takie postępowanie jest uzasadnione – Malta, Włochy, Hiszpania są żywotnie zainteresowane sytuacją u południowych sąsiadów. Z polskiego punktu widzenia sprawa jest bardziej złożona. Trzeba się zastanowić, co możemy zyskać w krajach arabskich: spokój dla polskich turystów – zapewne, poklask dla idei „Solidarności” – być może, jednak czy coś więcej? Jaka będzie skuteczność naszych działań? Francja podczas swojej prezydencji w 2008 roku próbowała angażować się na Wschodzie. Efekty były umiarkowane – ustalono wprawdzie, że nowa umowa z Ukrainą będzie miała charakter umowy stowarzyszeniowej, ale prezydencję Francji zdominowała wojna w Gruzji i fatalne porozumienie ją kończące, wynegocjowane przez Nicolasa Sarkozy’ego. Czy zaangażowanie na Południu wzmocni naszą pozycję w Unii i co to znaczy? W szczególności, czy w zamian za poparcie dla kierunku południowego uda nam się zwiększyć zaangażowanie Unii na Wschodzie, czy też nasi partnerzy ucieszą się z tego, że Polacy porzucili Wschód i przejdą nad polityką wobec tego regionu do porządku dziennego. Południe zawsze cieszyło się w polityce unijnej większym zainteresowaniem niż wschodnie sąsiedztwo. Czy potrzebuje jeszcze naszego wsparcia?

Następnie pojawia się pytanie o to, czemu polski minister nie promuje turystyki u naszych wschodnich sąsiadów, kluczowego, jak się głosi, kierunku naszej polityki zagranicznej. Kraje te również potrzebują „sterydu”, a rozwój dwustronnych więzów gospodarczych i społecznych, któremu przysłużyłaby się turystyka, jest jak najbardziej wskazany. Rzecz jasna, kraje Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego nie dysponują aż takim potencjałem turystycznym jak Egipt czy Tunezja, niemniej mają wymierne atuty: Karpaty, Krym, Kaukaz, ukraińskie i gruzińskie wybrzeża Morza Czarnego, podolskie zamki i starodawne ormiańskie klasztory, niezapomniane pierogi i lawasze, doskonałe wina i koniaki – to wszystko czeka na turystów, nie tylko z Polski. Celowo nie wspominam tu o „polskich śladach” na Ukrainie czy Białorusi, aczkolwiek dla wielu i one będą nie bez znaczenia. Wedle danych Instytutu Turystyki, w 2010 roku Ukrainę odwiedziło 150 tysięcy turystów z Polski – tyle co Tunezję. Inne kraje regionu cieszyły się mniejszym zainteresowaniem. To bardzo mało, biorąc pod uwagę, że Ukraina to nasz bezpośredni sąsiad, „strategiczny partner”, złączony z Polską historią i kulturą. Wskazane byłoby, gdyby nasza władza zajęła się rozwojem polskiej turystyki w tym kierunku. Oczywiście, można powiedzieć, że wciąż potrzebujemy wiz do niektórych krajów Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego, że panują tam autorytaryzm, korupcja etc. Tyle tylko, że to jakoś nigdy nie przeszkadzało Polakom jeździć do Egiptu i Tunezji. Oczywiście, rozwój turystyki wymaga odpowiedniej infrastruktury, której nasi wschodni sąsiedzi często nie mają. Tu właśnie jednak jest pole dla naszej pomocy.

I ostatnia uwaga. W przypadku krajów Południa (ale i potencjalnie Wschodu) turystyka niesie ze sobą zagrożenia. W literaturze ekonomicznej funkcjonuje pojęcie „choroby holenderskiej”. Opisuje ono słabości gospodarki opierającej się na wydobyciu surowców energetycznych – uzależnienie od ich eksportu, zacofania innych gałęzi gospodarki, kupowanie spokoju społecznego dzięki zyskom z ropy czy gazu, utrwalenie tendencji autorytarnych. Ten model funkcjonuje w krajach Zatoki Perskiej czy wielu państwach poradzieckich (Rosja, Kazachstan, Azerbejdżan). Podobne ryzyko niesie silny udział turystyki w gospodarce. Relatywnie nisko rozwinięty kraj, który dzięki naturalnym walorom skupi się na turystyce, staje się podwykonawcą krajów wyżej rozwiniętych, ale o gorszym klimacie – niemiecki inżynier czy przedsiębiorca jedzie odpocząć na Majorkę, ale potem wraca zarabiać pieniądze do domu. Turystyka to łatwe źródło dochodu, niesprzyjające reformom i całościowemu rozwojowi gospodarczemu. Łatwo też ją pogodzić z autorytarnymi rządami. Kraj bazujący na turystyce staje się silnie zależny od zagranicznego popytu – przekonały się o tym boleśnie Egipt i Tunezja, które po wiosennych zmianach politycznych musiały zabiegać o turystów z Europy. Przywołując raz jeszcze wypowiedź ministra Sikorskiego, warto pamiętać, że sterydy w nadmiarze mogą być szkodliwe.

Andrzej Szeptycki jest adiunktem w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem Rady Forum Polsko-Ukraińskiego. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Powrót
Najnowsze

Wiatr zmiany

06.07.2020
Olga Dryndova

 Słabnący paternalizm państwowy na Białorusi łączy się z niskim poczuciem zaufania do władz. Według badań z lat 2017–2018 jedynie około 40 procent Białorusinów ufało władzom państwowym, w tym 34 procent ministrom, a 33 procent władzom lokalnym.

 
Czytaj dalej

„Nas tu nie ma” czyli niesłyszalny głos białoruskiego środowiska LGBT

29.06.2020
Maxim Rust Nick Antipov Nasta Mancewicz Milana Levitskaya
Czytaj dalej

Kampania prezydencka na Białorusi: (nie)oczywiste wybory

26.06.2020
Maxim Rust Yahor Azarkevich
Czytaj dalej

Społeczeństwo obywatelskie na Białorusi już jest

21.06.2020
Czytaj dalej

Wakacyjna promocja na prenumeratę roczną NEW!

16.06.2020
Czytaj dalej

Zderzenie pamięci

08.06.2020
Kristina Smolijaninovaitė
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu