Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski są małżeńsko-pisarskim duetem. Interesują się kulturą i historią krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz Rosji. Publikowali m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Nowej Europie Wschodniej”, „National Geographic”, „Polityce”, regularnie współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy Naukowców spod czerwonej gwiazdy (PWN, 2016), Grażdanina N. N. (PWN, 2017), Naznaczonych przez rewolucję bolszewików (Editio, 2017) oraz Inżynierów Niepodległe (PWN, 2018; książka powstała w efekcie stypednium twórczego MKiDN na 2018 r.)

Ц (C) jak Coj, Wiktor Coj
2019-04-20
Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

„U nich pojawili się tacy sami idioci, jak i my” – czyli słowo o analogiach między radzieckim punkiem a Sex Pistols, ale przed wszystkim o fenomenie Koreańczyka z pochodzenia, Wiktora Coja oraz o jego drodze na scenę. Opowieść o determinacji, różnicach kulturowych i przemalowanych na tęczowo gołębiach. Sporo o duszy młodego Leningradu lat 70. i 80. i nagich młodzieńcach. „Pieprzyć to, niech będzie Kino!

 

Leningrad początków lat osiemdziesiątych. Mógłby to być dzień, gdy w połowie kwietnia wraca zima. Dziesiąta rano. Między ulicami Frunzego i Bassiejną szpalerami ciągną się garaże. Przy jednym z nich zebrała się garstka ludzi. Wpatrują się w daszek, pod którym skrył się od śniegu... gołąb? Obserwujący nie mają pewności. Ptak ma żółte skrzydło, pomarańczowy tułów, a na ogonie mieni się kolorami tęczy. Jaskrawo czerwona głowa znieruchomiała, ale oko z zaciekawieniem spogląda na ludzi w burych płaszczach. – Ja ich znam – ze złością prycha tęga kobieta – jeden z nich mieszka tu, w Generalskim Domu...

2.	Kwiecień, pieśń w estetyce Cziornego worona, Wiktor Coj, który jako nastolatek przemalowywał leningradzkie gołębie, w utworze Kwiecień śpiewał „Siadaj no, przecież w nogach nie ma prawdy”. Jego historia wymaga kontekstu i my też rozsiądźmy się wygodnie, bo oto cofniemy się w daleką przeszłość. Przodkowie muzyka pochodzili z koreańskiego miasta Wonju, a ich nazwisko jest jednym z najstarszych na Półwyspie i oznacza ‘wysokość’, ‘wzniesienie’. Królestwo Korei z czasem popadło w kryzys, który wykorzystała Japonia, czyniąc zeń protektorat. Cojowie, jak dziesiątki tysięcy ich pobratymców, aby ustrzec się konfiskaty, przyjęli rosyjskie obywatelstwo, a po Rewolucji Październikowej i obaleniu marionetkowej Republiki Dalekiego Wschodu znaleźli się w Kraju Nadmorskim. Przybysze z Joseonu – pracowici, utalentowani i lojalni wobec nowej ojczyzny – pełnili ważne funkcje w sowieckiej administracji. Do czasu. Zaostrzenie stosunków z Japonią oraz konieczność rozwiązania problemu chińskich bandytów, hunhuzów, stały się pretekstem do rozprawienia się z nimi. Stalin zastosował rozwiązanie, którego później używał wobec innych zbiorowości i zesłał ich en block do Kazachstanu i Uzbekistanu. Daleki Wschód pozbawiono fachowców i żadnym sposobem nie udawało się ich zastąpić, zaś sowieckim Koreańczykom przez dekady towarzyszyło poczucie krzywdy. Zmiany nadeszły dopiero po śmierci satrapy i umożliwiono koreańskiej młodzieży studiowanie w Moskwie i Leningradzie. Jako jeden z pierwszych skorzystał z tego ojciec muzyka, Robert Maksimowicz i z Kyzyłordy ruszył nad Newę, gdzie złożył dokumenty na Wojenmechu. „Niezależnie od słabej znajomości rosyjskiego, egzaminy zdał pomyślnie”, zapisał Witalij Kaligin, autor książki Wiktor Coj wydanej w popularnej serii „Żizn’ Zamieczatiel’nych Ludiej” („Życie Wyjątkowych Ludzi”). Już jako inżynier poznał na zabawie sylwestrowej leningradkę z krwi i kości, Walentinę Gusiewą i po półtora miesiąca, 13 lutego 1961 roku zaprowadził ją na Anglijskoją Nabierieżną (Angielskie Nabrzeże) do Pałacu Ślubów. Młodzi zamieszkali w kawalerce przy Moskiewskim Prospekcie 193 i tam, po szesnastu miesiącach, w czerwcu 1962 roku, pojawił się trzeci lokator, Witia. Rodzina Wiktora Coja, od gór od lewej, ciocia, ojciec i matka, od dołu od lewej, babcia od strony matki, Witia, i dziadek od strony matki, portal Eagle.mnKaligin zauważa, że rodzina Cojów była typowa na ówczesne czasy, czyli sprofilowana mentalnie na sowiecką modłę oraz zmagała się z charakterystycznymi dla innych familii problemami lokalowymi i finansowymi. Ojciec, mimo że miał wyższe wykształcenie, musiał dorabiać i jeździł do Workuty, gdzie zajmował się pracami inżynierskimi. Matka, z zawodu nauczycielka wuefu, także szukała dodatkowych środków i w wakacje pracowała jako wożata na obozach pionierskich. Chłopczyk był wtedy w żłobku, a później w przedszkolu, gdzie dostrzeżono u niego talenty. Wizytujący malców muzyk zauważył, że jest on w stanie powtórzyć skomplikowane rytmy, a opiekunki wielokrotnie obserwowały, jak sprawnie i ładnie maluje. Gdy zaś przechodził do szkoły, nazwano go „naszym artystą”. Witia w wieku 6 lat, portal Eagle.mnZ inicjatywy matki w życiu Wici zaczęli wówczas pojawiać się nauczyciele plastyki, śpiewu czy gry na instrumentach, ojciec miał mu zaś pokazać pięć akordów na gitarze. Rola mężczyzny w wychowaniu chłopaka uległa ograniczeniu, bowiem Robert Maksimowicz rozwiódł się z Walentiną Wasil’jewną, pozostawiwszy z nią syna i założył drugą rodzinę. W tym czasie nastoletni Witia nowych idoli i nauczycieli znajdywał już wśród kolegów. Lubiany przez rówieśników, a zwłaszcza dziewczęta, został przyjęty do nieformalnej grupy Swinji (zwanego też Swin). Andriej Panow, bo to on nosił ów pseudonim, był liderem jednego z pierwszych zespołów punkowych w ZSRR, Automatycznych Samozadowolaczy. Jego dokonania muzyczne nie były wybitne i znano go raczej – by rzec dzisiejszym językiem – jako influencera leningradzkiej młodzieży. Będąc synem tancerzy od dziecka stykał się z artystami i wielokrotnie obserwował przebierające się baletnice; sentyment do negliżu stał się jednym z jego znaków rozpoznawczych. Rodzina Panowa nie ustrzegła się też problemów i ojciec chłopaka postanowił wyemigrować. Matka sprzeciwiła się temu i doszło do rozstania. Baletmistrz nie zaprzestał opieki nad synem i z Izraela wspierał go finansowo, dzięki czemu jako jeden z nielicznych w ZSRR dysponował prywatnym sprzętem muzycznym. Zanim jednak stanął na scenie, w wieku piętnastu lat nawiązał znajomość ze starszym o rok Jewgienijem Jufitem, późniejszym fotografem i reżyserem, twórcą undergroundowej, sowieckiej kinematografii, zwanej kinem równoległym (parallel’noje kino). Chłopcy wspólnie oglądali filmy i jedną z ich pierwszych akcji było odśnieżanie. Otrzymali propozycję oczyszczenia chodnika przed kinem w zamian za bilety. Przyjęli ją, po czym rozebrali do naga i na oczach zszokowanych leningradczyków kontynuowali pracę. Słuchali też razem muzyki i w roku 1976 Jufit odwiedził Swinję i oznajmił, że na falach zachodniego radia natrafił na Sex Pistols. Odkrycie spointował frazą „U nich pojawili się tacy sami idioci, jak i my”. Wielu z krytyków muzycznych moment ten uznaje za symboliczny początek punk-rocka w Związku Radzieckim. Wracając jednak do Coja, przyjęto go do grupy Swinji ze względu na jego cechy charakteru a nie talenty. Andriej Panow alias Swinja, WikipediaZwrócił bowiem uwagę alternatywnej młodzieży odwagą i nietuzinkowym poczuciem humoru, właściwym dla ludzi Wschodu; dowcip Wiktora nie był przegadany, to raczej gest niż słowna anegdota i zwykł na przykład nosić w kieszeni wyrzeźbioną przez siebie w drewnie końską kupę, którą wręczał poznawanym dziewczętom. Charakteryzowały go też swego rodzaju kindersztuba i silne granice moralne, których nie przekraczał. Coj mógł więc spacerować ze zdechłą kaczką na sznurku czy też czekać w kolejce na otwarcie budki z piwem i na oczach alkoholików wylać sobie kufel na głowę, ale nigdy nie uczestniczył w najbardziej radyklanych akcjach Swinji; ten zaś dopuszczał się między innymi zabijania kotów czy innych występków mających znamiona kryminalne. A przy tym wszystkim nastoletni Wiktor był pechowcem. Odważnie sięgał po wino z nadszczerbioną szyjką i od razu trafiał na duży odprysk, rozcinając sobie dotkliwie gardło. Niefortunnie stąpał, skręcając nogę czy też zjadał nieświeże potrawy; otrzymawszy sto rubli od matki, która wyjechała na miesiąc na Krym, już w pierwszych dniach kupił dwunastostrunową radziecką gitarę elektryczną, a za pozostałe trzy ruble nabył beliaszy (беляш), czyli pączków z mięsem po 16 kopiejek sztuka, zatruwszy się nimi dotkliwie. Wszystko to, w połączeniu z azjatycką aparycją, introwertycznym sposobem bycia oraz charakterystyczną stylizacją – długie włosy, zawsze czarne spodnie i koszula, oraz przy tym kolorowe, finezyjne buty (znajomi nie mieli pojęcia, skąd je dostał) – czyniło zeń intrygującego kompana. O tym, że śpiewa i pisze teksty koledzy dowiedzieli się później. Kino podczas koncertu w Leningradzie w 1986 r., od lewej Jurij Kasparian i Wiktor Coj, WikipediaNie było tajemnicą, że od 1978 roku grał na gitarze basowej w zespole muzycznym Pałata nr 6, czyli Sala nr 6. Nazwa kapeli nie była tylko aluzją do pomieszczenia szpitalnego, ale wprost odwoływała się do opowiadania Czechowa o takim właśnie tytule, gdzie owa pałata nr 6 jest pomieszczeniem, w którym leczeni są psychicznie chorzy. Aluzję do literatury, z czego zresztą słynęli radzieccy punkowy, widać też w nazwie kolejnego zespołu, którego Coj był już frontmanem, a mianowicie powstałej latem 1981 roku kapeli Garin i Hiperbolojdy. Jej nazwa czerpie z powieści SF Aleksieja Tołstoja Hiperboloid inżyniera Garina. Początek lat osiemdziesiątych to również literacki coming out naszego bohatera. Jego pierwszy tekst, jak żartowali koledzy, mógł być zbiorem przemyśleń po konsumpcji beliaszy i choć pozostał w pamięci, to strofy „Wasia lubi disko, disko i serdelki / Na dyskotekę Wasia chodzi co dzień / Na dyskotece Wasię didżej zna” nie przyniosły mu chwały. Ale już kolejny utwór wyśpiewany pod marszową nutę charakterystycznym głębokim głosem, z refrenem, który i dziś nuci wielu: „Moi przyjaciele zawsze idą / Przez życie marszem, / I przystają tylko / Przy budce z piwem”, wpadł w ucho Swinji, a potem samemu Borisowi Grebienszczikowowi. Coj poznał lidera popularnego Akwarium podczas przyjęcia, jakie Swinja wydał w leningradzkiej restauracji Brig z okazji urodzin Andrieja Tropiłły, podówczas bodaj jedynego profesjonalnego i niezależnego producenta muzycznego w ZSRR. Impreza skończyła się skandalem, gdyż goście już na wejściu symulowali masturbację, co zszokowało nie tylko obsługę, ale i wezwanych milicjantów. O nawiązaniu bliższej znajomości nie mogło więc być mowy. Kolejny raz ścieżki artystów przecięły się przypadkiem w elektryczce zmierzającej z Pietrodworca (dziś Peterhof) do Leningradu. „Może zaśpiewam piosenki” – miał zagadnąć lidera Akwarium Coj i w przejściu między rzędami drewnianych ławek pod akompaniament gitary akustycznej wykonał dwa kawałki. „Pierwszy był nijaki, w ogóle zero, a drugi diament” – po latach wspominał Grebienszczikow – „Od razu szczęka mi opadała”. Tą piosenką byli właśnie Moi przyjaciele. Od tego czasu kariera niespełna dwudziestoletniego chłopaka nabrała tempa. Dzięki wsparciu frontmana Akwarium trafił do studia, gdzie z gitarzystą Aleksiejem Rybinem i perkusistą Olegiem Walinskim rozpoczął nagrania. Dość radykalnie zmienił też estetykę, odchodząc od punkowej stylistyki na rzecz rocka i new romantic. Ciążyła też nazwa Garin i Hiperbolojdy, sugerująca dla nieobeznanych z literaturą, iż w zespole są co najmniej trzej muzycy w momencie, gdy ze współpracy zrezygnował perkusista. Coj i Rybin koncertowali właśnie w Moskwie i w przerwie między występami natknęli się na neon Kino Pionier. I to wówczas – zapisał gitarzysta – Coj wypowiedział sakramentalną frazę: „Pieprzyć to, niech będzie Kino”.

KukuszkaZapraszamy zatem na seans. Tych co nie znają, i tych co już mieli przyjemność poobcować. Oto Wiktor Coj artysta, którego słuchał Andy Warhol, muzyk, na koncercie którego po raz pierwszy w historii Związku Radzieckiego zapalono olimpijski ogień. A wraz z nim jego Kino. Wykonają oni utwórKukuszka, czyli Kukułka. Artyści pytają w nim, „Pieśni jeszcze nie napisanych ile?”. Wpisuje się on w konwencję starych ruskich utworów, zwanych Czornyj woron. Zatem ‘czarny kruk’ to nie tylko mrożąca obywatelom ZSRR krew w żyłach aresztancka więźniarka, ale i ludowe pienia, opisujące walkę żołnierza ze śmiercią pod postacią czarnego kruka. Od czasów Bułhakowa wiemy jednak, że cegła nigdy na głowę nie spada i kres twórczości Wiktora Coja, dziewięć lat od założenia Kina, wyznaczy ciemnoniebieski moskwicz 2141.

Ryciny:

W poprzedniej odsłonie Sowieckiego alfabetu – Х (Ch) jak chunchuzi


Polecamy inne artykuły autora: Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

Powrót
Najnowsze

Nikt nie chce być barbarzyńcą

19.09.2019
Kamil Całus
Czytaj dalej

Wrocław: Od Republiki Weimarskiej do II Wojny Światowej

19.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Rola intelektualistów w Europie zanika

16.09.2019
Drago Jančar Nikodem Szczygłowski
Czytaj dalej

Lublin: Giedroyć, Osadczuk i stosunki polsko-ukraińskie

14.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Pomóż ratować Zamek w Wojnowicach

10.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Szaleństwo, głupota czy metoda

10.09.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu