Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Arabskie rewolucje – widok z Kremla
2011-06-28
Robert Cheda
Arabskie rewolucje były dla Moskwy zaskoczeniem, podobnie jak dla innych światowych stolic. Rosja odmiennie od państw zachodnich ocenia następstwa sytuacji kryzysowej i forsuje własne metody jej rozwiązania. Sytuację w regionie rozpatruje jednak głównie pod kątem pragmatycznego wzmocnienia własnej międzynarodowej pozycji. Na przeszkodzie opracowaniu wspólnej z Zachodem linii postępowania stoją także zauważalne elitarne podziały, które odzwierciedlają spór ideowy o kierunek rozwoju Rosji i jej miejsce w świecie.

Premier libijskiego rządu tymczasowego Mahmud Dżibril stwierdził, że arabskie rewolucje są skutkiem globalizacji, która otworzyła region na nowy paradygmat kulturowy. Sądząc po hasłach protestów, które rozlały się od Tunisu po Sanę, zwolennicy zmian rozumieją go jako prawo do wolności od skorumpowanego autorytaryzmu i udziału w głównym nurcie cywilizacyjnym – globalnej integracji. Nastroje arabskiej ulicy można porównać do pieriestrojki, kiedy obywatele ZSRR odważyli się powiedzieć publicznie: „Tak dłużej żyć nie można”. Dlatego też znany rosyjski arabista Gieorgij Mirski podsumował cele orientalnych rewolucji frazą: „Mamy dosyć. Nie wierzymy. Nie boimy się”. Zachodni politycy interpretują wydarzenia jako zaskakujący, ale jednak triumf wartości demokratycznych, zaś Waszyngton uruchamia nowy plan Marshalla. Dla moskiewskich liberałów jest to kolejne okno możliwości partnerskiej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską oraz przesunięcia granic westernizacji Rosji, czyli jej modernizacji. Jednak dla moskiewskich konserwatystów rewolucyjne zmiany są widmem krążącym nad Rosją. Dlatego nazywają wydarzenia „arabskim wirusem” i protestują przeciwko humanitarnej operacji w Libii. Oficjalnie Moskwa podważa zachodnią interpretację wydarzeń, podając w wątpliwość zdolność arabskich społeczeństw do demokracji. Szermuje prognozami postępującej radykalizacji nastrojów na tle pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, która stanie się pożywką dla islamskich fundamentalistów. Spotęguje więc konflikt cywilizacji, globalne zagrożenie terroryzmem, a w wymiarze regionalnym doprowadzi do dalszej destabilizacji pod postacią nasilenia konfliktu palestyńsko-izraelskiego i „somalizacji” Libii. Konflikty Maghrebu i Bliskiego Wschodu mogą natomiast zagrozić delikatnej równowadze na Środkowym Wschodzie, a nawet w poradzieckiej Azji Środkowej. Dlatego Rosja upatruje wyjścia z sytuacji wyłącznie w procesie politycznym dającym każdemu z państw objętych rewolucją prawo do suwerennego wyboru ustrojowego, uwzględniającego jedynie interesy sąsiedzkie. Zatem kluczowa rola winna przypaść wielostronnym mechanizmom, takim jak kwartet bliskowschodni (z udziałem Rosji), i regionalnym organizacjom współpracy. Mimo że Rosja nie zawetowała rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1973, to główne ośrodki władzy krytykują operację NATO w Libii. Wiceminister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej Siergiej Riabkow nazwał działania zachodnie „rodem z second handu, w którym kiepski krawiec dopasowuje wszystkie ubrania pod jedną miarę”. Temperatura dyskusji międzynarodowej i wewnętrznej w Rosji jest tak wysoka, że znany analityk Aleksiej Makarin mógł pozwolić sobie na żart przemianowujący politologię w egiptologię.

Dotychczasową politykę Moskwy w regionie można określić jako ograniczoną do współpracy surowcowej i wojskowo-technicznej. Sytuacja uległa zmianie z chwilą rozpoczęcia niekorzystnej dla relacji ze światem arabskim interwencji irackiej. W tym samym czasie Rosja, przeżywająca renesans energetycznego mocarstwa, zerwała z prozachodnią opcją integracyjną na rzecz polityki samodzielnego centrum siły w multilateralnym środowisku. Aktywnie poszukiwała sojuszników asymetrycznej gry w niezadowolenie z amerykańskiej supermocarstwowości, utożsamianej z ingerencją kulturową. Zdaniem Aleksieja Małaszenki z Moskiewskiego Centrum Carnegie, Rosja od kilku lat stara się intensyfikować kontakty z Maghrebem i udział w uregulowaniach blisko- i środkowowschodnich. Postrzega swoją rolę jako pośrednictwo między cywilizacją muzułmańską i transatlantycką, a także między radykalnymi i umiarkowanymi ugrupowaniami islamskimi. Jednocześnie jednak gra z Zachodem w antyterroryzm oraz współpracuje selektywnie w dziedzinie bezpieczeństwa i nierozprzestrzeniania broni atomowej, bo według Moskwy tak zwana południowa cięciwa niestabilności rozciąga się właśnie w świecie islamu – od Maghrebu po Indonezję. Taka polityka nie przyniosła spodziewanego rezultatu, skutkiem rosyjskich mediacji jest bowiem niespójne stanowisko wspólnoty międzynarodowej wobec najważniejszych zagrożeń, a także przedłużanie w nieskończoność wszelkich procesów negocjacyjnych.

Co zatem z punktu widzenia Moskwy zmieniła „arabska wiosna”? Pozornie niewiele. Rosja zaoferowała mediacje w konflikcie libijskim. Uznała konieczność odejścia Muammara Kaddafiego, ale zablokowała projekt rezolucji potępiający Syrię, czym kokietuje także Teheran i Palestyńczyków. Wcześniej wyraziła obojętność wobec udziału w Grupie Kontaktowej do spraw Libii i mimo misji wiceprezydenta Joe Bidena i sekretarza Roberta Gatesa odrzuciła propozycję mówienia w tej sprawie jednym głosem. Jednak patrząc uważniej na analizy rosyjskich think tanków, nie sposób pominąć postrzegania arabskiej rewolucji jako nowego okna możliwości w relacjach rosyjsko-amerykańskich i rosyjsko-europejskich. Fiodor Łukianow, redaktor naczelny cenionej w kręgach władzy Rosji w światowej polityce, wzywa do ścisłego współdziałania mocarstw na szczeblu regionalnym, wskazując na straconą szansę zapobiegnięcia obecności al-Kaidy w Afganistanie. Dyrektor wpływowej Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej Siergiej Karaganow wskazuje na możliwość kontynuacji rosyjsko-amerykańskiej pieriezagruzki na Bliskim Wschodzie. Sprzyjają temu rekapitulacja waszyngtońskiej polityki przywództwa dokonana przez prezydenta Baracka Obamę w Londynie i obustronnie pozytywne skutki rosyjsko-amerykańskiego „resetu”. Jeśli dodać do tego spotykające się z coraz większym zrozumieniem Unii Europejskiej rosyjskie inicjatywy bezpieczeństwa, to Karaganow uznaje za realną rosyjską ideę Związku Europejskiego, opartego na partnerstwie „starej” Europy i Rosji. Oczywiście, jest to integracja w moskiewskiej manierze koncertu mocarstw, a raczej trójkątów USA-Rosja-UE i USA-Rosja-Chiny, stabilizujących Afrykę oraz Bliski i Środkowy Wschód. Nietrudno dostrzec, że w obu konstelacjach Rosja jest głównym partnerem Stanów Zjednoczonych. Z tym, że bardziej przypomina to geopolitykę, bo nadziei na odbudowę pozycji Rosji w regionie nie ukrywa specjalny przedstawiciel prezydenta do spraw Afryki Michaił Margiełow, który będzie jednocześnie rosyjskim negocjatorem w Libii. Margiełow ostrzega publicznie, że jeśli Rosja nie włączy się do geopolitycznej rywalizacji o afrykańskie bogactwa, przegra ze światowymi konkurentami. Trudno pominąć także fakt, że Libia i Syria zalegają Rosji ze spłatą kilkumiliardowych kredytów, zaś Maghreb i Bliski Wschód należą do głównych odbiorców rosyjskiego uzbrojenia. Trudno także pominąć zainteresowanie rosyjskich koncernów energetycznych nowym podziałem pracy na libijskich polach naftowych.

Jednak nawet tak specyficzne podejście integracyjne ściera się w Moskwie z opcją konserwatywną, której zwolennicy, niezwykle liczni w elitach władzy i biznesu, wykorzystują arabskie rewolucje do bicia na alarm w obronie zagrożonej suwerenności Rosji. To oni są głównymi spadkobiercami imperialnej tradycji i twórcami dzisiejszej „egiptologii”, podobnie jak w okresie kolorowych rewolucji byli rzecznikami „ukrainistyki”. Sprzeciwiają się prawnomiędzynarodowemu uprawomocnieniu interwencji humanitarnej. Partia władzy Jedyna Rosja przygotowała projekt rezolucji parlamentarnej, ostro potępiającej działania NATO. Interwencję negatywnie oceniły wszystkie nurty nacjonalistyczne. Głos teologicznej krytyki rozległ się również z siedziby moskiewskiego patriarchatu. Były także szczere życzenia „ugrzęźnięcia NATO w libijskich piaskach”, które przyspieszy zgodny ze scenariuszem WWW ekonomiczny upadek Zachodu, a rosyjskiej cywilizacji przywróci należne miejsce w świecie.

W rzeczywistości, niezależnie od opcji światopoglądowej, dla Moskwy istotny jest aspekt ekonomiczny „arabskiej wiosny”. Ostatnia gwałtowna zwyżka cen ropy na światowych rynkach była wynikiem niestabilności politycznej tego regionu, co znacząco podreperowało rosyjski budżet, nadszarpnięty przez światowy kryzys i w dużej mierze decydować będzie o stabilności socjalnej, a więc politycznej Rosji. Kontrakt władzy z obywatelami oparty jest na bierności politycznej tych ostatnich, w zamian za stabilizację bytową opłacaną z państwowej szkatuły. Jest to niezwykle ważne w okresie wyborczym, charakteryzującym się, na podobieństwo zrewoltowanych państw arabskich, wzrastającą aktywnością obywatelską o podłożu socjalnym. Jednak podobnie jak tam, także i w Rosji prawdziwymi przyczynami są korupcja i brak konkurencji oraz brak strukturalnych reform gospodarki. Doraźnie jednak to Moskwa jawi się Europie jako stabilny dostawca surowców. Z tym, że rosyjscy ekonomiści doświadczeni niedawnym efektem pęknięcia cenowej bańki surowcowej ostrzegają: w długoterminowej perspektywie niestabilność Maghrebu i Bliskiego Wschodu nie leży w interesie Rosji. Może przyczynić się do drugiej fali recesji w państwach-odbiorcach rosyjskiego gazu i ropy, wpływając na kolejne załamanie cen i wielkości dostaw. Na razie nadzwyczajne dochody rosyjskiego budżetu powodują odrodzenie syndromu petro state, determinując negatywne myślenie elit władzy i biznesu o celowości modernizacji społeczno-politycznej i unowocześnienia gospodarczego.

Spoglądając oczami Moskwy na arabskie rewolucje, trudno oprzeć się paradoksalnemu wrażeniu. Miedwiediew krytykuje Putina za słowa o nowej krucjacie krzyżowców na Libię i dymisjonuje ambasadora w tym kraju. Jednocześnie ostrzega przed próbą interwencji humanitarnej w Rosji. Krytykowany Putin skłania Serbię do udziału w gazowym projekcie South Stream, wzmacniając energetyczną mocarstwowość. Konserwatyści potępiają operację NATO, ale cieszą się z jej impasu, zapominając przy tym o problemie afrykańskich uchodźców w Europie, który może odbić się negatywnie na rosyjskich staraniach o zniesienie unijnych wiz. Wszystkie różnice znikają zaś przed szczytem G-8, na którym Rosja mówi już jednym głosem i uzyskuje amerykańskie poparcie dla swojej akcesji do WTO. Widoczna hybrydowość rosyjskiej polityki zagranicznej ma, jak widać, silne wewnętrzne uwarunkowania. Głównym z nich jest niechęć większości elit do dokonania cywilizacyjnego skoku modernizacyjnego w globalną integrację, pozorny chaos decyzyjny układa się bowiem w przemyślaną linię obrony istniejącego status quo.

Robert Cheda jest research fellow Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, współpracownikiem tygodnika „Polityka” i Wydawnictwa Rambler. Były oficer Agencji Wywiadu.

Tekst ukazał się w ramach „Komentarza Międzynarodowego Pułaskiego”.


Polecamy inne artykuły autora: Robert Cheda
Powrót
Najnowsze

Wiatr zmiany

06.07.2020
Olga Dryndova

 Słabnący paternalizm państwowy na Białorusi łączy się z niskim poczuciem zaufania do władz. Według badań z lat 2017–2018 jedynie około 40 procent Białorusinów ufało władzom państwowym, w tym 34 procent ministrom, a 33 procent władzom lokalnym.

 
Czytaj dalej

„Nas tu nie ma” czyli niesłyszalny głos białoruskiego środowiska LGBT

29.06.2020
Maxim Rust Nick Antipov Nasta Mancewicz Milana Levitskaya
Czytaj dalej

Kampania prezydencka na Białorusi: (nie)oczywiste wybory

26.06.2020
Maxim Rust Yahor Azarkevich
Czytaj dalej

Społeczeństwo obywatelskie na Białorusi już jest

21.06.2020
Czytaj dalej

Wakacyjna promocja na prenumeratę roczną NEW!

16.06.2020
Czytaj dalej

Zderzenie pamięci

08.06.2020
Kristina Smolijaninovaitė
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu